Nostalgia większa niż prawda

Nostalgia większa niż prawda

Niczego nie żałuję, reż. Olivier Dahan, wyst. Marion Cotillard, Emmanuelle Seigner, Gérard Depardieu, Francja 2007

Film, jaki jest, każdy widzi. Należy pisać o nim, a nie o tym, co się wokół niego kłębi. To karkołomne, zwłaszcza w wypadku obrazów traktujących o historii świeżej i przez wielu pamiętanej, jak choćby opowieść o życiu Edith Piaf. Z drugiej strony film biograficzny, jakikolwiek by był, w sposób naturalny odnosi nas do realnego życia i w naszym odbiorze miesza to, co prawdziwe, z tym, co fikcyjne, a co jest kreacją autora. W Niczego nie żałuję sam reżyser sugeruje oddzielenie stworzonej przez niego historii od narosłego mitu i zatrzymanie na poziomie obrazu. Dlaczego? Chyba dlatego, że z bogatego życiorysu Piaf pokazuje tylko wybrane wydarzenia, zestawione w kilku udramatyzowanych wątkach. Filmowa historia miesza odległe dzieciństwo artystki z końcem jej życia, a następnie przenosi w jego centralną część, która stanowi główną oś filmu. Burzliwe życie uczuciowe zostaje delikatnie wymazane z ekranu, a na plan pierwszy wysuwa się zmaganie z własnymi słabościami i artystyczną pasją. Tyle o treści.

Z kalejdoskopu migawek wyłówmy kilka kluczowych scen, które można uznać za filmowe kontrapunkty, momenty istotne dla zrozumienia odautorskiego przesłania. Co z nich wynika? Choćby z takiej: Na pustej plaży Piaf rozmawia z młodą dziennikarką, która pyta ją, co radziłaby kobietom w różnym wieku. Odpowiedź jest zawsze ta sama: „kochać, kochać, kochać”. Może to i słuszne, ale trąci uproszczeniem. Tym bardziej że w tle milcząco przewija się korowód mężów, kochanków, narzeczonych, kariera przez wiele lat torturowana narkotykami. Jak zinterpretować ową „miłość”, o której mówi Piaf? Przypominają się wykłady profesora Mariana Grabowskiego o fenomenologii miłości, podczas których rozważał ją w przestrzeni dobra i zła moralnego. Zwracał uwagę, że popularne narracje wpoiły w nasze myślenie slogan, wyśpiewywany przez Ordonkę – „miłość Ci wszystko wybaczy”. A to znaczy, że w imię miłości można dokonywać łajdactw, bo najważniejsze, że się kocha – to usprawiedliwia. Gubimy, mówił profesor Grabowski, wcale nie takie oczywiste przeświadczenie o prymacie moralności nad miłością. Wyższości tego, co znajdujemy w przykazaniach, nad tym, co się nam przydarza w świecie. Tym samym budujemy moralność bez miłości, zapominając o innej prawdzie, że nie ma miłości bez moralności.

Albo taki wątek. Wycieczka do Lisieux, do grobu świętej Teresy. Piaf żywi szczególne nabożeństwo do „małej świętej”. W dzieciństwie za jej wstawiennictwem miała zostać cudownie uzdrowiona z zagrażającej jej ślepoty. Potem kilkakrotnie ten wątek się pojawi, zawsze jako ratunek w momentach kryzysowych. Joanna Petry Mroczkowska w swojej najnowszej książce zalicza Teresę z Lisieux do grona świętych niepokornych, choć przykrytych nadmiarem lukru, typowego dla czasów, w których przyszło im żyć. Może zestawienie świętej z piosenkarką to celowy zabieg? Takie duchowe alter ego? Piaf jako artystyczny geniusz: niepokorna, na zmianę czarująca i tyranizująca, z ulicznym akcentem, głośnym śmiechem i ironicznym językiem. I Teresa, która jak pisze Mroczkowska, „nie wybrała załamania, samotności, zła, ale poszukiwanie Boga, nie tyle swoje poszukiwanie Boga, ile Boże poszukiwanie jej samej (…) podjęła drogę przezwyciężania psychologicznych i duchowych trudności z uporem, zaangażowaniem i entuzjazmem. Okazała się kobietą silną, praktyczną i skuteczną”.

Przyznajmy, to doskonały materiał na film. Choćby o tym, dlaczego artystyczny talent częściej staje się udziałem niepokornych, nieokrzesanych lekkoduchów, którzy – mogłoby się wydawać – nie zasługują na boską uwagę. Albo dlaczego artysta, trochę jak mistyk, jest w swej wielkości tak wolny, ale i tak samotny zarazem? Niestety, miast dodać coś do legendy i pogłębiać artystyczny portret, Olvier Dahan grzęźnie w przeciętności, szukając sensacji i tworząc jedynie fabularną ilustrację do niezapomnianych muzycznych szlagierów.

Przytaczam te sceny nie dlatego, by teraz z nieukrywaną satysfakcją dokonać miażdżącej krytyki ikony francuskiej piosenki. Chodzi o coś innego. O przebijający z ekranu dyskretny urok paradygmatu francuskiego myślenia, utkanego z nienagannych manier i dobrego wychowania. O świecką religię, która wyrasta z tego, co piękne, duchowo pożywne, a którą mało poprawnie politycznie nazwać można pogaństwem. Jest w niej miejsce na miłość, której wystarczy powierzchowne „kochaj i rób, co chcesz”. A także na obcowanie z sacrum, a nawet i nabożeństwo do świętej traktowane jako nieszkodliwa ekstrawagancja odprężająca duchowo. Ten, niepozbawiony osobistego uroku, wysoki styl jest wyzwaniem rzuconym każdemu z widzów, by między melodramatycznym wzruszeniem, oplecionym wspaniałymi, zapadającymi w ucho Je ne regrette rien, La vie en rose, La chanson bleue dostrzec traktat o zwolnieniu z wyborów moralnych, prywatnej moralności, sterylnych relacjach wobec drugiego, gdzie w dobrym tonie jest asertywnie używać zwrotów: „nic mnie to nie obchodzi”, „to moje życie”, „jego osobista sprawa”.

Ktoś powie: to za daleko posunięta interpretacja. Może, ale trudno nie odnieść wrażenia, że jako widzowie rozgrzeszamy bohaterkę z jej zachowań, dostrzegając w postaci cechy wyłącznie dobre, które nas samych usprawiedliwiają z postaw podobnych. Któż nie chciałby wyjść na scenę i zuchwale rzucić światu w twarz: „Niczego nie żałuję”! Tu nie chodzi o wymuszone dziwactwo, szantaż sumienia i kościelne ględzenie, co to nie zna twardych problemów życia, ale o obnażenie moralności pustych słów i ciągu nic nieznaczących rytuałów, zawieszonych na wielkich filozoficznych ideach, gdzie wstyd jest wspominać o Dobrej Nowinie i rzeczach ostatecznych. To pytanie do świata, który broni się pięknym językiem bez kantów i niebanalnym stylem zainteresowań. Który potrafi walczyć i manifestować w imię ekologicznych ideałów, a jednocześnie przejść obok zabitego człowieka, tym samym pielęgnując w sobie skazę, cień niepokoju.W nim dorastają postacie pokroju Maurice’a Papona czy Adolfa Eichmanna, zażywających szczęśliwości pod nosem krematoriów, zakochanych w sztuce, z manierami, którym trudno cokolwiek zarzucić.

Wszystko to znane tematy o wzajemnych relacjach wiary i kultury. Mieczysław Jastrun wyznał w rozmowie z księdzem Januszem Pasierbem, że „tego nie można oddzielić. Dwa tysiące lat chrześcijaństwa, a nawet wcześniej, bo przecież Stary Testament…, wszystko zostało nam dane, sposób odczuwania, myślenia (…) to zorganizowało naszą wyobraźnię, zaczepiło uprawę intelektu”. Choć to temat na zupełnie inną historię, warto o tym pamiętać, oglądając biografię Piaf. Inaczej film stworzy w nas zgrabne pozory, które nie manifestują żadnej prawdy. Ich przekazem stanie się intensywność przeżycia i, niestety, nic więcej. A jedyna prawda, do której się przybliżymy podczas seansu, to nostalgia za wspaniałymi czasami świetności muzyki, które minęły bezpowrotnie. To jednak mało odkrywcze stwierdzenie i trudno tego nie odnieść do samego kina.

Nostalgia większa niż prawda
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...