Tacy sami, ale całkiem inni

Tacy sami, ale całkiem inni

A może to pokolenie jest stracone? Pierwsze pokolenie urodzonych jeszcze tam, pamiętających stary kraj i beznadziejnie za nim tęskniących. W gruncie rzeczy to bardzo chrześcijański obraz, bo oni już nie należą do tamtego świata, do tego zaś nie będą należeli nigdy.

– To bez sensu – mówi ksiądz przed czterdziestką. Chłopięca twarz, modne oprawki okularów, w Stanach Zjednoczonych od dwóch lat. – Na kolędzie wszyscy są chętni, mają pomysły, a potem, gdy ich zaczepisz po mszy, to tłumaczą się brakiem czasu. Tak jak z tym spotkaniem komitetu Parady Pułaskiego. Zapraszałem, mówiłem, że darmowa kawa, ale nikt nie miał czasu i tylko biedny Tom Kovalik cały wieczór stał sam przy termosie z kawą – dodaje z żalem. – A tobie nikt prawdy nie powie, każdy będzie koloryzował – ostrzega.

Kiedy przed ponad osiemdziesięcioma laty budowano nasz kościół, wokół mieszkało wielu Polaków. Teraz okolica podupadła, w zaniedbanych domach nie ma ani jednego białego. Ci, którzy budowali, pomarli, reszta się rozproszyła. Parafię ożywiono dopiero jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy zaczęli się tu przenosić dorobieni uchodźcy z Brooklynu. Wtedy też, jeden za drugim, odnaleźli się jej pierwsi członkowie. Staruszkowie i staruszki, tu urodzeni, opowiadający o swojej pierwszej komunii czy pogrzebach dziadków, wychowani na Katechizmie Baltimorskim, rzadko mówiący po polsku. Tacy sami, ale jakby całkiem inni. Śmieszny jest ten podział na Polaków z Ameryki i tych z Polski. Na zabawach parafialnych siadają po dwóch stronach sali, na urodzinach proboszcza niby wszyscy razem, a jednak w osobnych podgrupach. Już niedługo… I tak nieliczne szeregi starej Polonii szybko się przerzedzają.

Rozkrok nad Atlantykiem

„Kim są i skąd przybyli? (…) To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku” – można by popróbować nowej egzegezy Janowego Objawienia. Rzeczywiście trochę tak jest. Często zapominamy, że właściwie większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych to ekonomiczni emigranci i ich potomkowie. Nie inaczej jest z Polakami. Mimo kilku mniejszych lub większych fal imigracji intelektualnej (1939, 1968, 1980) do Ameryki przyjeżdżali w większości ludzie gorzej wykształceni i ubodzy. Te dwie sprawy, a także brak znajomości języka i nowych obyczajów, sprzyjały integracji środowisk emigracyjnych, choć stanowiły również pożywkę dla – niewybrednych niestety – żartów. Trzeba jasno powiedzieć, tak zwane Polish jokes są już w tej chwili rzadkością. Szczególnie kiedy porównamy ich liczbę z liczbą żartów o Irlandczykach, Włochach, Żydach czy czarnoskórych Amerykanach.

W Chicago osiedlają się głównie Polacy z południa kraju, podczas gdy w Nowym Jorku przeważają ludzie ze wschodu: Łomża, Białystok, Augustów, Rzeszów, Mielec, Stalowa Wola, jest trochę Tarnowa. Właściwie nie tyle z samych miast, ile z ich okolic. Większość przyleciała jako turyści, część przyszła przez lasy Kanady czy pustynie Meksyku. Zwabieni mirażem Wielkiego Kraju Wielkich Możliwości – one pracują na plejsach, oni zaś jako karpenterzy, plamerzy, kierowcy traków… Młodszym udaje się czasem złapać robotę gdzieś w ofisie. Tych ostatnich jest zresztą coraz mniej, bo od paru lat bliskość Wysp Brytyjskich i wciąż niezniesione wizy skutecznie odcinają dopływ młodej krwi. Ci, którzy dopiero przyjechali, przez rok, dwa przyzwyczajają się do tego obcego kraju, stoją jakby w gigantycznym mentalnym rozkroku nad Atlantykiem, mieszkając tu, a żyjąc tam. W końcu tego nie da się utrzymać. Znajomości w Polsce słabną, wiele usycha, a człowiek wtapia się w to mimo wszystko dość wygodne amerykańskie życie.

Tu, gdzie mieszkam, żyją ludzie dobrzy i spokojni, względnie bezproblemowo spłacający morgedż za mały domek z jardem i kredyt za samochód na drajwłeju albo za plazmę w liwingrumie. Odliczają dzień za dniem do weekendu, żeby zrobić grilla, obejrzeć „Fakty” z satelity i z drinkiem w dłoni zbyt głośno wygłaszać jedynie słuszne poglądy na wszystko. Obiecują, że wrócą do Polski na emeryturze, ale wraca niewielu. Dolar teraz taki tani, a mieszkania w Polsce tak podrożały… Wielu, większość może, w drugim małżeństwie lub na kocią łapę, żyjący z bojfriendami czy bojfriendkami. Z dziećmi z pierwszych i drugich małżeństw… Poznałem kiedyś kobietę, która mieszka z dwoma mężami: byłym i obecnym. „Bo on nie ma się gdzie podziać” – mówiła. Jej dzieci z drugiego małżeństwa, maluchy jeszcze, bawią się z synem jej córki z pierwszego, bo ta nie mieszka już ze swoim Spaniszem, ojcem dziecka. Nie wiadomo, kto dla kogo jest matką, a kto babcią, kto wujkiem, a kto dziadkiem. W rzeczy samej: nieszczęsny dar wolności.

– Panie, ja panu mówię, tak samo będzie w Polsce – komentuje korpulentna starsza kobieta. – Jeszcze te stare ludzie jakoś chodzą na mszę, ale młodzi to wcale. Nic ich to nie obchodzi. A przecież wiara jest ważna. No bo jak to? Nigdy do kościoła nie idzie, a potem chce ślub w kościele? A pogrzeb? Chleje taki jeden dziad z drugim, na księży gadają, a jak się zachleje, to mu pogrzeb chrześcijański zrobić. Gdzie to kto słyszał?

W Ameryce jakoś tak daleko do Pana Boga. Co prawda w parafii w tej części miasta księża odprawiają w sumie pięć mszy św. niedzielnych po polsku. Tylko z pozoru jest tak, jak choćby w Kraśniku czy Mońkach. Nie ma starszych kobiet, które najgłośniej się modlą, nie ma tłumu ministrantów. Msza jakby bardziej płaska. Gdyby nie grały organy, pewnie nikt by nie śpiewał. Rzadkie wciąż pogrzeby są zupełnie ciche, może po trosze dlatego, że nasze „Dobry Jezu…” nie współbrzmi z nieustannym szumem miasta, wyjącymi syrenami policyjnych aut czy grzmotem lądujących samolotów.

Kielbasy, pierogis and golombkis

– Wszyscy mają to w d… Jakbyś płacił, to by przyszli. A tak to nikogo nie obchodzi. Ale zrobione, to każdy by chciał mieć. Ostatnio po parafialnej zabawie nikt nie został, żeby pomóc sprzątać. Tylko ta stara Sobieniecka. A ja do czwartej rano garbeć wywalałem. Dobrze, że proboszcz dał parę złotych – żali się mężczyzna, któremu niedawno stuknęło 50 lat, niski, łysawy, wąsy zbrązowiałe od papierosów, które kupuje przez Internet od Indian.

Nigdzie lepiej niż na emigracji nie widać słabości naszej formacji duchowej. Typowy polski katolicyzm, oparty na emocjach z dzieciństwa i wzruszeniach młodości, nie sprawdza się w Ameryce, kruszeje i szybko się rozpada. Tu nie ma mamy ani babci, która mogłaby wygonić do kościoła. Pasterka, Triduum, ale poza tym jakby świąt innych nie było. Dzieci nie mają tu naturalnego, jak w Polsce, otoczenia wiarą. Jeśli rodzice nie zadbają – a często nie dbają – to młodzież po bierzmowaniu z Kościołem ma niewiele wspólnego. Zresztą podobnie jest z językiem i kulturą. Rodzice urodzonych tu dzieci rozmawiają z nimi tylko po angielsku, bo, jak uczenie twierdzą, nauka dwóch języków szkodzi dzieciom w kontaktach z rówieśnikami. Zresztą i tak niewielu z czystym sumieniem może powtórzyć za mistrzem Kaczmarskim: „Po dekadzie wygnania – polskim jeszcze władam”. Dochodzi potem do takich śmiesznosmutnych, ale prawdziwych sytuacji, kiedy ojciec nie może zrozumieć, co mówi do niego własny syn.

Mimo tysięcy nowojorskich rodaków polskie życie kulturalne, pomijając kilka brooklyńskich dyskotek, to zjawisko ściśle elitarne. Nawet Parada Pułaskiego w Nowym Jorku z roku na rok jest coraz bardziej rachityczna, szkieletowa i smutna. Przewodzą jej niemówiący po polsku Polacy; jest co prawda polski biskup, a kilka parafii z okolic niesie flagi, ale sama impreza jest zredukowana do kielbasy, pierogis and golombkis. Nic dziwnego, że nie przyciąga tłumów, jak ta grecka czy irlandzka. Wygląda na to, że polskość niedługo rozpuści się w tyglu narodów i kultur.

– A kiedy? – sześćdziesięciolatka w okularach, bez kilku zębów, mówi szybko i głośno – przecież pracują, nie? Jak robią do piątej czy szóstej, potem jakaś godzina w trafiku, to o której on jest w domu? Ósma godzina, obiad, coś tam w telewizji i spać. Przecież wstać trzeba rano. A co ty sobie myślisz? – pyta retorycznie. – Do kościoła chodzą, jak mogą. Dzieci są ochrzczone i na polską religię zapisane. A co mają jeszcze robić? Na tacę dajemy. A plebanowi po co nowy samochód? Tamten był jeszcze dobry.

Co zrobić z wstydliwą sprawą pieniędzy? To jest jak otchłań ziejąca pomiędzy oczekiwaniami proboszcza a tzw. zrozumieniem wiernych. Syzyfowa ekwilibrystyka argumentów. „Bo nie można wrzucać dolara, kiedy przejazd autobusem kosztuje dwa, a litr wódki trzydzieści”. Nie, proboszcz nigdy nie mówił z ambony o wódce, ale wspominał o oleju, którym jest ogrzewany kościół, i prądzie na klimatyzację. O tym, że umiemy narzekać na chłód czy upał, ale kiedy przychodzi do płacenia, jeden spogląda na drugiego. W kraju, w którym na każdym kroku wyczuwa się swoistą tymczasowość, to nie dziwi. Do tego dochodzi przekonanie o zamożności Kościoła, wywodzące się z być może słusznych przesłanek, ale tu całkowicie fałszywe. Decyzją biskupów zamykane są małe, narodowe parafie. Jedni tłumaczą to potrzebą unifikacji Kościoła amerykańskiego, inni widzą tylko, że te parafie nie były w stanie zebrać i przekazać umówionej sumy. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku, choć trudno nie zauważyć, że duże hiszpańskojęzyczne parafie kwitną w najlepsze, podczas gdy małe kościółki imigrantów czeskich, węgierskich czy polskich są sprzedawane, niejednokrotnie w atmosferze skandalu. Stąd też rozdarcie duszpasterzy: zostać i łatać ten cienki materiał, narażając się na pohukiwania kurii, czy rzucić to i pytać retorycznie: „Dokąd oni pójdą”?

Z drugiej strony, na każdym kroku widoczny jest polski głód Boga. Bo skąd biorą się, budzące zdumienie u innych narodowości, kolejki do konfesjonałów przed świętami? Skąd wysoka mimo wszystko frekwencja w kościołach? A zdobywający szturmem amerykańskie parafie zwyczaj święcenia pokarmów w Wielką Sobotę? Wydaje się na pierwszy rzut oka, że poszukujący i głodni wiary Polacy na pewno wiele skorzystaliby, dołączając do którejś z lepszych amerykańskich parafii, ale często nie znają języka na tyle, by zaufać inności i przełamać lęk przed byciem innym. Zresztą amerykański katolicyzm, mimo że piękny i często konserwatywny, chyba byłby zbyt obcy i chłodny dla wielu.

Brak rynku na niebo

Jest jeszcze piesza pielgrzymka do amerykańskiej Częstochowy, trzydniowa namiastka tej polskiej. Bardzo angażuje się w nią odnowiona przez o. Groeschela gałąź franciszkanów. Zbiera swoje żniwo, bo polskie powołania, nie tylko franciszkańskie, zasilają amerykański Kościół. Tu i ówdzie prężnie działają młodzieżowe organizacje: ŚwiatłoŻycie, Rodziny Nazaretańskie, Neokatechumenat. To też bardzo dobrze, chociaż większość tej młodzieży dawno przekroczyła trzydziestkę…

Dziewczyna, około trzydziestki, pali cienkie papierosy. Ładna buzia, kociewski akcent: – Uśmiejesz się, ale ja częściej chodzę do kościoła, odkąd jestem z Oskarem (byłym księdzem). Jakoś tak mi potrafił pewne sprawy wytłumaczyć. Ale wiesz, że chodzimy do baptystów.

A może to pokolenie jest stracone? Pierwsze pokolenie urodzonych jeszcze tam, pamiętających stary kraj i beznadziejnie za nim tęskniących. W gruncie rzeczy to bardzo chrześcijański obraz, bo oni już nie należą do tamtego świata, do tego zaś nie będą należeć nigdy. Niewielu tylko zdaje sobie sprawę, że nie tęsknią za krajem, a za samymi sobą z czasów młodości. Ludzie w drodze, wiecznie pomiędzy, próbujący zapełnić duchową pustkę coraz to nowymi zakupami. Może ich dzieci, jeśli tylko z wiarą i szczerym przekonaniem będą zaszczepione potrzebą religijności, może one będą umiały wytworzyć dla siebie nową formułę, która obejmie to, co daje Kościół amerykański, i to, co było ważne dla rodziców. Ale to stanie się tylko tam, gdzie wiara była nieodłącznym elementem codziennego życia. Jak bumerang powraca prawda o swoistym elitaryzmie egalitarnego przecież chrześcijaństwa. Zostaną najmocniejsi, podczas gdy reszta, karmiona telewizyjną pulpą i definiująca świat na podstawie nagłówków prasowych artykułów, w imię nowoczesności gardłować będzie, że teraz są inne czasy.

– Najgorsze, że tu nikogo nie da się postraszyć piekłem. No, może nie postraszyć, ale tak… zmobilizować. A niebo dla wielu to będzie wyglądało tak, jak te całe Stany, może z pogodą lepszą, taką jak na Florydzie czy w Kalifornii. Tu chyba nie ma rynku na niebo. Ludzie żyją bezpiecznie, niczym nie muszą się martwić, a ten kto pracuje i jest legalnie, to już zupełnie. To znaczy: chodzą do kościoła, ale chyba im mniej potrzeba Pana Boga. Chociaż w wielu sprawach są lepsi niż Amerykanie. Biali Amerykanie to już zupełnie tak kulturowo podchodzą. Sam nie wiem, jak to będzie… – mówi prawie całkiem siwy ksiądz, który niedawno skończył 45 lat.

Wielu powie, że nakreślony obraz jest zbyt pesymistyczny. Że tak źle chyba nie jest. Niestety, jest. Trzeba jednak sprawie przyjrzeć się w nieco szerszej perspektywie. Nie wolno desperować. Ot, po prostu przyszło nam żyć u schyłku tego, co mniej czy bardziej poprawnie nazywamy cywilizacją łacińską albo europejską. Cywilizacją, która z jakichś powodów coraz mniej potrzebuje Pana Boga. Cywilizacją piękną i fascynującą, bogatą muzyką Bacha i freskami Michała Anioła, zadumaniem filozofów i zmyślnością wynalazców, ale cywilizacją, która niechybnie się kończy. Ba! Niektórzy twierdzą, że skończyła się już dawno, wraz z drugą wojną, a my żyjemy już w czasach przejściowych.

Jezus Chrystus obiecał, że Kościół będzie trwał „aż do skończenia świata”. Tak wierzymy. Nigdzie jednak nie powiedział, że będzie on zawsze zdominowany przez Europejczyków czy białych. Już teraz widać to w katolickich społecznościach przybywających do Ameryki z Indii, Wietnamu czy Korei. Tam jest Kościół żywy, wchodzący w swoisty czas fascynacji Panem, trochę jeszcze z uśmiechniętą nieśmiałością, ale z coraz odważniejszym sercem. I nie trzeba poddawać się smutkowi, ale ewangelicznie cieszyć się z tej zmiany.

Tacy sami, ale całkiem inni
Mariusz A. Wolf

urodzony w 1974 r. w Gdańsku – absolwent historii i teologii, lektor i polsko-amerykańska osobowość radiowa, okazjonalnie pisze dla polsko-amerykańskich magazynów i pracuje jako komentator w polskich audycjach radiowych. O...