Do maszyn, do maszyn
fot. martin sanchez PhtTb / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dlaczego? Biblijne podstawy katolicyzmu

0 votes
Wyczyść

To zupełnie niemodne, ale uwielbiam pracować. Nie powinnam się do tego przyznawać, szczególnie teraz – w dobie lamentu nad uciskaną i wyzyskiwaną generacją prekariuszy, pozbawionych etatów, świadczeń socjalnych i uspokajającej wiary w bezpieczną starość. Ludzi stosunkowo młodych i ponoć coraz bardziej sfrustrowanych, stanowiących nadzieję tych, którzy liczą na wielki bunt i wywrócenie kapitalizmu. Należę do tej grupy formalnie, ale nie mentalnie. Doświadczam wszystkiego, co prekariuszy cechuje: braku finansowej stabilizacji, pauperyzacji profesji, którą uprawiam, stale obniżanych wynagrodzeń za tę samą pracę, końca epoki etatów i wieloletnich związków z jedną firmą. Zamiast zawodowej monogamii mam serię bliższych i dalszych związków z różnymi pracodawcami, żaden z nich nie jest moim szefem – żaden nie czuje się za mnie odpowiedzialny, ale i żaden niczego nie nakazuje. Nasza współpraca opiera się na zaufaniu, porozumieniu i dobrych intencjach – bywa zmienna, a przez to więcej w niej prawdy o tym, na ile i kiedy jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Ode mnie ta sytuacja wymaga większej dbałości, starań – wyraźniej przypomina mi, że praca jest przywilejem, szansą, a nie czymś danym i pewnym. Mocniej czuję jej sens, bo codziennie konfrontuję się z możliwością jej braku. Jestem bardziej czujna i czuła wobec pracy. Bardziej ją lubię i bardziej doceniam. Nie podzielam i nie rozumiem złości przypisywanej prekariuszom, jak gdybyśmy stanowili jednolity twór tożsamych ambicji i oczekiwań.

Pamiętam list, który młoda dziewczyna wysłała kilka lat temu do „Tygodnika Powszechnego”. Napisała w nim – na przekór wyraźnej tendencji do krytykowania państwa za brak gwarancji zatrudnienia i emerytur – że nie chce od Polski ani etatu, ani świadczeń – woli samodzielność, chce sama zarobić i zaoszczędzić na późniejszy etap życia, bo wie, że potrafi o siebie zadbać. Zachowałam ten list i choć od kryzysu w 2008 roku wiele się w życiu społecznym i gospodarczym zmieniło, wciąż myślę podobnie. Z autorką listu łączy mnie dorastanie w latach 90., które promowały przedsiębiorczość i samodzielność, a do pewnego stopnia także fikcyjną samowystarczalność i życie na kredyt. Z jednej strony ten czas ukształtował ludzi zdeterminowanych, zaradnych i zmobilizowanych, świadomych, że nie mogą liczyć na zewnętrzne zabezpieczenia ani opiekę wspólnoty, którą mogłoby być państwo, gdybyśmy nie traktowali go jak obcego politycznego tworu. Z drugiej strony – wyrośli ludzie przekonani, że świat będzie rosnąć w zgodzie z ich marzeniami, a wszelkie potrzeby uda się zrealizować i opłacić. Że ograniczenia nie istnieją – są tylko możliwości, ciągle coraz bardziej puchnące. Te wyobrażenia dotkliwie weryfikują się, odkąd wraz z upadkiem Lehman Brothers umarła obietnica, że każde kolejne pokolenie będzie żyło lżej i dostatniej.

A jednak, być może za sprawą skażenia wczesnym etapem polskiej przedsiębiorczości, nie potrafię dołączyć do wkurzonych. Nie mam czasu kopać się z rzeczywistością. Wiem, że etatów nie będzie. A nawet, gdy są, nie niosą ze sobą pewności – je także traci się z dnia na dzień, doświadczając szoku: nagle odebranych samochodów służbowych, odciętych kart i telefonów, tych sponsorowanych niby-gwarancji.

Mam wśród prekariuszy wielu znajomych i przyjaciół, którzy nie lamentują, tylko pracują. Na pewno więcej niż etatowcy, ale też inaczej – żywiej, z większym zrozumieniem, dlaczego i w jakim celu to robią. Przede wszystkim – w wolności, bo niepewność stała się szybką szkołą wyborów. I wymusiła zmianę na lepsze – lepsze odczuwanie własnego życia, kontakt z samym sobą. To zmiana, która często zmusza do przewartościowań. Po 2008 roku przybyło w Polsce ludzi młodych i niepewnych jutra, ale też zadających sobie pytanie, czego chcą i czy to, dokąd pędzili, jest jeszcze ważne i aktualne. Ubyło żyjących w iluzorycznej pewności.

W opowieściach o ciężkim losie prekariuszy umyka najważniejsze – że bez pracy, lubianej i sensownej, żyje się gorzej, smutniej, z mniejszym poczuciem sensu i celowości. Jakby w gąszczu oczekiwań i pretensji zabrakło miejsca na myśl o tym, że jesteśmy w dużej mierze tym, co potrafimy i robimy, co jesteśmy w stanie wytworzyć z innymi i dla innych. Praca ma wartość o tyle, o ile jest relacją, o ile znajduje się „pomiędzy” nami. W jaskrawej baśni o krwiożerczych pracodawcach i rozwścieczonych pracownikach brakuje prawdy o tym, że gdybyśmy nie mogli razem pracować, czulibyśmy się mniej szczęśliwi i chyba mniej ludzcy.

Do maszyn, do maszyn
Paulina Wilk

urodzona 17 września 1980 r. w Warszawie – pisarka, dziennikarka, reportażystka i publicystka. Studiowała w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wsp...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze