Święty Józef. Niedopowiedziana historia
Excentrycy, Włodzimierz Kowalewski, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
Ciechocinek, rok 1957. Uzdrowisko najlepsze lata ma już za sobą, miasteczko żyje w letargu, sennym marazmie. Dzień kolejny podobny do dnia poprzedniego. Aż pewnego dnia Wanda odbiera telegram: Fabian wraca! Z Anglii, do komunistycznej Polski, przez wielką wodę historii. I nic już nie będzie takie samo.
Ciechocinek jako Polska
Fabian nie pasuje do Ciechocinka, nie przystaje do swoich czasów. Ma za dużo bagażu, zbyt kolorowe ubrania, za dużo pieniędzy, a do tego taszczy ze sobą puzon. Wydaje się, że szara rzeczywistość lat pięćdziesiątych zaraz przywoła go do porządku. Wódka, donosy, wódka, tłuste jedzenie, tęsknota za prawdziwą kawą, wódka, wszędzie wódka, atmosfera podejrzliwości i beznadziei. Im jednak dłużej mieszka u swojej siostry Wandy, tym bardziej staje się sobą. Trudno go określić, ale na pewno nie sposób go nie polubić. To trochę przestraszony chłopak, który zaokrętował się jako muzyk tuż przed wybuchem wojny. Historyczna zawierucha rzuciła go do angielskich portów, tam dopadła go depresja, niepewność oczekiwania. Walczyć? Wracać? Do czego wracać i o co walczyć? Po latach Fabian wspomina: „Anglia już w stanie wojny, zaciemnienie. Wtedy ludzie przypomnieli sobie o swingu, znowu żądali swingu. Graliśmy. Bo to jedyne lekarstwo na czas beznadziei. Swing niczego nie naśladuje, z niczym się nie kojarzy! Może być szaleństwem, ale nie jest to szaleństwo desperata walącego głową w mur, może być sentymentalny, ale nie jest to łzawa, romantyczna ckliwość. Ma w sobie wieczorne tchnienie oceanu, świeżość cytryny, dreszcz chłodnej bryzy na rozpalonej skórze, a jego wzruszenia nie są wzruszeniami z literatury ani z realnego życia. To osobna kraina”. Ze swoim swingiem przyjedzie do „Polski ciechocińskiej” – prowincjonalnej, szarej, porzuconej na marginesie ważnych spraw.
Wyłączyć pamięć, włączyć muzykę
Im dłużej Fabian przygląda się nowej rzeczywistości, tym bardziej jej nie rozumie. Pozostaje wciąż kolorowy, zjawiskowy, a to szybko przyciąga do niego inne, nie mniej zaskakujące postacie. Pierwszy zjawia się, a jakże by inaczej, milicjant Stypa. Pretekstem wizyty jest donos, ale jeszcze bardziej puzon Fabiana. W dawnym życiu, gdy Stypa nazywał się inaczej, grał na trąbce. Teraz to wspomnienie powraca. Szybko wokół Fabiana gromadzą się miejscowi ekscentrycy: Zuppe, który prowadzi skomplikowane badania na temat wątków homoseksualnych w literaturze polskiej, Vogt, który bardziej czuje się Polakiem niż Niemcem, trójka licealnych muzyków rozdartych między rock and rollem, jazzem Komedy a rytmicznym swingiem. W otoczeniu Fabiana pojawia się także tajemnicza i zmysłowa Modesta: femme fatale czy spotkana zbyt późno miłość życia? Kolorowy zespół zaczyna mozolne próby, w trakcie których muzycy z trudem opanowują repertuar, a czytelnik poznaje tajemnice zatopione w ich życiorysach. Gdy dołącza do nich także Wanda, zespół jest już ukształtowany. Dla każdego z nich występowanie na scenie to akt wielkiej odwagi. Za dnia wiodą swoje posłuszne żywoty lekarzy, milicjantów, uczniów, dentystek, nauczycieli, nocą zaś na deskach domów kultury przypominają sobie, że jest w nich jeszcze inne, zapomniane i przekreślone życie. Każdemu koncertowi towarzyszy strach, czy nie okaże się ostatnim. Nie sposób nie grać, gdy już raz poczuje się rytm swingu. Swing jest jednak tylko pretekstem, aby naprawdę zacząć oddychać. Namawiając Wandę, by przyłączyła się do zespołu, Fabian wykrzykuje: „Swing to jedyne, czego nigdy nie zabije żaden marksizm-leninizm, tak jak nawet sto tysięcy pałek nie zatłucze tęczy, słońca na śniegu czy majowej mgiełki. To też ostatni argument, jaki ci został na twoją obronę! Potworne czasy! Żyjemy w potwornych czasach i sami ze sobą też musimy wyczyniać rzeczy potworne. Na przykład wyłączyć pamięć i włączyć muzykę, żeby zakosztować prawdziwego życia, żeby płynąć”.
Majstersztyk
Fabuła Excentryków Włodzimierza Kowalewskiego tylko z pozoru jest oczywista. Niby to historia w stylu retro, z wdzięcznym tematem przybysza, który mąci ustalony porządek. Barwne postacie, świetne dialogi, ciepły humor sprawiają, że czytelnik kibicuje roztańczonej rewolucji na prowincji. W tej powieści Kowalewski w sposób bardzo subtelny przekazuje nam ukrytą w głodzie życia opowieść o doświadczonym bólu. Milicjant Stypa hardo przedstawia własne wybory, które pozwoliły mu przeżyć wojnę: „Inaczej się też nazywałem, żyję tylko dzięki swojemu wyglądowi, a raczej dlatego, że wyglądałem inaczej, niż się nazywałem. Słomianym blondynkiem byłem, prawie albinosem”. Wanda zaś, na pytanie lekarza, czy kiedykolwiek była w ciąży, odpowie krótko: „Tak, w Rosji”. Kowalewski jest wręcz delikatny w takich opisach: kilka zdań rzuconych jakby mimochodem, a ich ciężar powala. Niezmiernie podoba mi się ta konsekwencja pisarza, aby nie szafować tragizmem, nie szokować czytelnika precyzyjnymi opisami doświadczonego zła. Szybko się okazuje, że każda z postaci krążących wokół Fabiana ma swoją drugą i trzecią, i kolejną tożsamość. Niektóre z nich narzucone, inne przyjęte dobrowolnie. Wszystkich otwiera swing, rytm, „Co było, to było, co przepadło, to przepadło, ale swing jest wciąż ten sam. Mogą wszystko zasmarować gównem, wszystko ci odebrać, cały twój świat rozpieprzyć, ale w swingu zawsze jest siła, która jednoczy. Choćby we wspólnym oczarowaniu, marzeniu, fascynacji”. Gdy opadają maski poszczególnych bohaterów, czujemy się lekko zawiedzeni. A jednocześnie, wraz z nadchodzącym finałem, pytamy samych siebie: Czy nie tego się jednak spodziewaliśmy?
Małpa i diabeł
Fabian jest zbyt zajęty zespołem, żeby wsłuchać się w szmer plotkującego Ciechocinka. Ulica żyje opowieściami o dwóch przedziwnych postaciach pojawiających się znikąd, a każde ich pojawienie się wywołuje skrajne emocje. Małpa i diabeł zdają się niemal terroryzować mieszkańców. Obydwie postacie wprowadzają nieco elementów baśniowych, jednak finał z nimi jest niezwykle zaskakujący. Zostawmy na boku małpę, skoro diabeł interesuje nas bardziej. Kowalewski ciekawie definiuje „diabły narodowe”. Francuski lub niemiecki są do siebie podobne, to urzędnicy w perukach i frakach, domokrążcy skupujący dusze. Polski diabeł jest zgoła odmienny. „Zniszczyć coś, zmarnować nie wiadomo po co, ośmieszyć na złość, złachmanić, schamić, oszukać. Jeśli nie ma się żadnej mocy metafizycznej, to choć pijanego chłopa wytargać za kapotę, drogowskazy poprzestawiać, garnki babom tłuc”. Nasz rodzimy bies karmi się głupotą, tępą złośliwością przypominającą lokalne tornado. Zachwycam się tym opisem autora Excentryków, ponieważ nagle zrozumiałe stały się dla mnie niszczone przystanki autobusowe, podpalane śmieci w koszach, porzucone w piaskownicy butelki po piwie. Co innego diabeł ruski. Ten „własną duszę by zaprzedał, choćby Panu Bogu, żeby tylko przycisnąć kogoś do ziemi i żeby ten ktoś kochał go za to szczerze i z szacunkiem lizał po kopytach”. Zaręczam, że takich urokliwych minitraktacików znajdzie czytelnik znacznie więcej. To tylko potwierdza, jak bardzo czuły słuch na otaczającą rzeczywistość ma Kowalewski.
Skazany na swing
Brawura, dowcip, kolorowa rewolucja w zszarzałej Polsce – tak najprościej można opisać Excentryków. Szerokie marginesy (małpa, diabeł) pozwalają na swobodne dywagacje, a jednak pozostajemy z postawionym pytaniem: O czym jest ta książka? O sztuce, która podtrzymuje człowieczeństwo? O artyście, niepoprawnym wariacie, którego nie złamie żaden system? O swingu, muzyce ponad podziałami politycznymi, bo najważniejszy jest rytm, który wprawia w ruch białych, czarnych i różowych? Tak, o tym wszystkim. Ale również o tym, jaką siłą jest literatura. Pod koniec książki jeden z bohaterów wykrzykuje: „Stworzymy sobie fikcję, ukryjemy się w fikcji. Widzisz, czym jest prawda? Jakie ma kruche nóżki? Nikt nie będzie znał prawdy! Sami nie będziemy wiedzieli, co było prawdą, a co wymysłem”. Potwierdzeniem tej siły jest przygotowany przez Kowalewskiego (razem z Januszem Majewskim) scenariusz do filmu Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy. A jakby tego było mało, to scenariusz zdobył Srebrne Lwy, publiczność zaś nagrodziła film owacją na stojąco. Excentrycy… mają wejść na ekrany kin w styczniu. I ja już wiem, co będziemy wtedy tańczyli.
Oceń