Pustynia w życiu księdza

Pustynia w życiu księdza

Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Nigdy nie wolno rezygnować z wewnętrznych pragnień! Bóg daje ci małe światełko – marzenie, które gdzieś tam kiełkuje. I to jest to! Nie wolno tego zagubić…

Pierwsza, jeszcze niezidentyfikowana myśl o „roku pustyni” pojawiła się gdzieś w drugim roku po święceniach. Byłem wtedy wikariuszem w małym miasteczku – uczyłem w sześciu szkołach, prowadziłem oazę, ministrantów, byłem dekanalnym duszpasterzem ruchu „Światło–Życie”, kapelanem harcerzy, organizatorem pieszych pielgrzymek do Częstochowy z regionu, miałem próby scholi dziecięcej i zajęcia na kursie przedmałżeńskim. Oprócz tego – tak jak każdy ksiądz – codzienna msza św., konfesjonał, kazania, chrzty, śluby, pogrzeby, przygotowanie katechez, brewiarz… Gdy wieczorem padałem zmęczony w fotelu w swoim pokoju, około jedenastej wieczorem przychodził do mnie kolega – ksiądz z tej samej parafii – i zaczynały się rozmowy, wędrówki w sferę marzeń, które gdzieś tam jeszcze tliły się na dnie duszy. „Ale bym wstąpił do paulinów! – zaczynał. – Znowu wczoraj byłem w Częstochowie i mogłem cały dzień spędzić przed Matką Bożą, modlić się”. „A ja to bym wziął kiedyś taki »rok pustyni«, żeby gdzieś wyjechać, nawet poza Polskę, i zaszyć się w samotności, w jakiejś wspólnocie, w ciszy. Jeszcze nie teraz, ale tak około dziesięciu lat po święceniach” – odpowiadałem.

Dziś tamten ksiądz jest przeorem jednego z paulińskich klasztorów. A ja? Ja zapamiętałem z tamtego okresu jedno: Nigdy nie wolno rezygnować z wewnętrznych pragnień! Bóg daje ci małe światełko – marzenie, które gdzieś tam kiełkuje. I to jest TO! Nie wolno tego zagubić…

Bez litanii, bez tekstów, bez słów

Trzy lata później byłem już w Krakowie, na dużej parafii osiedlowej, a równocześnie dostałem nominację na duszpasterza akademickiego. Podczas wakacji znalazłem się na zastępstwie poza Polską i po raz pierwszy miałem dużo czasu dla siebie. Zacząłem więc przygotowywać się do wyjazdu rekolekcyjnego ze studentami, który czekał mnie we wrześniu. W kaplicy pomodliłem się i poprosiłem Ducha Świętego o światło. „O czym mam im mówić? Do czego chcę ich doprowadzić?”. Odpowiedź nasuwała się jedna: „Do pogłębionego kontaktu z Bogiem. Do modlitwy. Niczego innego ode mnie nie oczekują”. I wtedy pojawiła się myśl: „A czy ty sam się modlisz? Nie oszukuj się! Czy potrafisz teraz tu pozostać przez godzinę, w milczeniu? Bez litanii, bez tekstów, tylko dla Boga – bez słów, po prostu być dla Niego?”. Pytanie to sparaliżowało mnie. Czułem, że oddech się przyśpieszył. Zacząłem wiercić się w ławce. „Przecież się modlę. Codziennie brewiarz, msza św.” – próbowałem sam sobie odpowiedzieć i usprawiedliwić się. Ale nie znalazłem ani spokoju, ani racjonalnego wytłumaczenia dla mojego wyjścia z kaplicy. Więc zostałem…

„Zanim zaczniesz mówić o modlitwie, najpierw sam się módl. I nie uciekaj! Jeśli tu teraz nie zostaniesz, nie masz prawa powiedzieć ani jednego zdania o modlitwie!”. I tak odbyła się moja pierwsza modlitwa w ciszy. Pozostałem tam godzinę. Wróciłem następnego dnia. I następnego… Wiedziałem, że jeśli teraz – w czasie wakacji – każdego dnia nie znajdę czasu dla Niego i tylko dla Niego, bez intencji i bez biznesów, które chciałbym z Nim załatwić, to okłamuję samego siebie. I innych. Po dwóch miesiącach, razem z pierwszą dwunastoosobową grupą studentów, przez osiem dni uczyliśmy się na pustelni, jak być z Bogiem w ciszy przez pół godziny.

Na pewno odmówi i będzie zwlekał

Mijały następne lata. Lata, w których każdego dnia, bardziej lub mniej regularnie, starałem modlić się wewnętrznie przez pół godziny. Lata, w których jeździłem ze studentami, by razem uczyć się tego przebywania z Bogiem w milczeniu. Aż przyszedł rok 1997 – rok kiedy nagle pojawili się dorośli: świeccy, którzy od dawna modlili się tak samo i zaczęli uczyć mnie, jak mam to robić, którzy korygowali moje błędy zbytniego aktywizmu na modlitwie, szukania w niej siebie, braku połączenia jej z codziennym życiem w duchu zapomnienia o sobie. To była trudna lekcja. Lekcja dla księdza, „specjalisty od spraw duchowych”. I wiedziałem podświadomie, że nie mogę jej opuścić.

Rok 1997 był też rokiem Teresy z Lisieux, kiedy to Kościół świętował setną rocznicę jej „wejścia w życie” i ogłosił ją najmłodszym doktorem Kościoła. Po raz pierwszy otworzyłem jej Rękopisy i… doznałem wewnętrznego wstrząsu. Jako dwudziestodwuletnia dziewczyna pisała o Wielkich Pragnieniach, które Bóg wzbudza w duszy i realizuje! „Jezu, gdybym tak mogła powiedzieć wszystkim małym duszom, jak niewysłowiona jest Twoja przychylność”. I „to właśnie z powodu mojej słabości spodobało ci się, Panie, spełnić kiedyś moje małe dziecięce pragnienia, a dzisiaj chcesz spełnić i nowe, które większe są od wszechświata” (Rkp B). Przypomniałem sobie o tamtych rozmowach, marzeniach. Mój przyjaciel był już wtedy w nowicjacie paulinów w Leśniowie. A ja? Minęło osiem lat od moich święceń. Pozostały już tylko dwa. I znowu natrętna myśl: „Idziesz czy nie? Jeśli żyjesz w prawdzie, to trzeba zacząć działać. Musisz iść do biskupa i prosić o »rok szabatowy«, bo i tak cię od razu nie puści. Na pewno odmówi i będzie zwlekał, wystawiał cię na próbę przez jakiś czas, o ile w ogóle ci pozwoli”. Pamiętam tamte dni rozterki. „Jak tu iść? Co powiedzieć? Czy ktoś o coś takiego prosił już przede mną?” Poszedłem. Przyjął mnie życzliwie. Kazał czekać.

Wyjeżdżam!

Konkretyzowanie marzeń uświadamia małe szczegóły, które stają się wówczas istotne. Jednym z nich było pytanie: gdzie? Już wcześniej szukałem miejsca na mój rok pustyni i doszedłem do wniosku, że muszę wyjechać gdzieś dalej. Jeśli zostanę w Polsce, to nie uwolnię się od telefonów, odwiedzin, listów. Ciągle będę w tej samej atmosferze polskiego Kościoła, co nie pozwoli mi stanąć poza tym wszystkim, czym żyję na co dzień. Czułem, że muszę się zupełnie oderwać, ogołocić, że muszę pracować na łonie przyrody jak trapiści, żyć w milczeniu jak prawdziwi mnisi, zerwać kontakty jak pustelnicy. No i pytanie bardzo istotne: gdzie mogę otrzymać gruntowną formację do modlitwy wewnętrznej? Znalazłem takie miejsce w pewnej wspólnocie we Francji. Pojechałem najpierw na dwa tygodnie. W następne wakacje znowu. I byłem pewny: „Tu chcę być przez ten rok!”. I stał się cud – mój biskup się zgodził!

A więc wyjeżdżałem! Dostałem zwolnienie z diecezji na dwanaście miesięcy, choć pod wyraźnym nakazem powrotu do normalnej posługi po zakończeniu roku szabatowego. „Oczywiście” – zapewniłem.

Problem z najmniej oczekiwanej strony

Byłem już gotowy do wyjazdu. I nagle pojawił się poważny problem z najmniej oczekiwanej strony. Promotor mojej pracy doktorskiej, którą w międzyczasie zacząłem redagować, chyba nie rozumiejąc moich intencji, zażądał ode mnie dalszej nauki języka francuskiego i regularnego dostarczania tekstów, które będę pisał za granicą. Ale ja nie mogłem się tym zajmować na pustyni! Tłumaczyłem mu, po co jadę, że wrócę do doktoratu po powrocie itp., jednak on nie przyjmował tego do wiadomości. Doszło do poważnego kryzysu. Otrzymałem list w oficjalnym tonie, że skoro tak, to on nie bierze odpowiedzialności za moją dalszą pracę naukową. Wyjeżdżałem z bólem serca, ale przecież nie mogłem ustąpić. Próby są zawsze. I do końca trzeba walczyć z różnymi trudnościami. One ci uświadomią, czy naprawdę chcesz…

Czym był dla mnie rok pustyni?

Był czasem milczenia. Żyliśmy w ciszy (z wyjątkiem chwil rekreacji po obiedzie i kolacji). Nie chodziło jednak tylko o ciszę zewnętrzną, lecz bardziej o tę wewnętrzną. Nie było telewizji, komputera, maili, telefonów, odwiedzin. Była regularność planu dnia. Ktoś by powiedział monotonia. Jednak to było potrzebne, by wejść w modlitwę, skupienie, czytanie duchowe. Nie wiedziałem, że Małysz zdobył puchar świata, że zmienił się prezydent w USA… Czytałem wtedy Chcę widzieć Boga i zatapiałem się w prawach życia duchowego, które dopiero odkrywałem.

A potem modlitwa. W ciszy. Codziennie godzina rano, godzina wieczorem. I jeszcze w nocy – trzy razy w tygodniu. Dni całkowitej samotności raz na tydzień, gdy o świcie brało się plecak, a w nim Pismo Święte i prowiant. Wyjście na cały dzień do lasu czy w góry, by być z Nim sam na sam. Pustynia. Lecz to, co istotne, to nie tylko modlitwa, ale i solidna formacja do niej. Liczne konferencje, mówiące, co robić przez godzinę przebywania z Bogiem w ciszy. Raz od osoby świeckiej, raz od jakiegoś księdza. Nieważne, od kogo. Jedynym kryterium było to, że osoba ta zjadła zęby na modlitwie i wiedziała, o czym mówi. Na płaszczyźnie duchowej wszyscy są równi.

Rok na pustyni to także rok codziennej pracy fizycznej, zwykle przed południem: budowanie muru z kamieni, czyszczenie drogi w lesie, zwożenie drzewa na zimę, zbiór oliwek, praca w winnicy. Zobaczyłem wtedy, ile trudu trzeba włożyć, nim dobre wino pojawi się na stole, na ołtarzu. Winnica wymaga od gospodarza, by każdego roku przeszedł ją kilka razy i zatrzymał się przy każdym krzewie – spalenie pozostałości z poprzedniego sezonu, przycinanie nowych pędów, podwiązywanie ich, przycinanie liści dwa, trzy razy, wycinanie nadliczbowych gron – by dopiero pod koniec lata doczekać się vendange, czyli winobrania. A potem trzeba jeszcze zawieźć grona do tłoczni, oddać do butelkowania, odebrać młode wino, złożyć je w piwnicy. I czekać. Zwykle latami. Wino dojrzewa powoli. Tak jak i ludzka wewnętrzna dojrzałość, która nie pojawia się wskutek jakiegoś natchnienia czy nawiedzenia z góry, ale jedynie w wyniku codziennej wierności modlitwie, ciszy, studium Pisma Świętego. Praca w winnicy uczy praw obowiązujących w życiu duchowym. Uczy, że trzeba wychodzić każdego ranka na pole spotkania z Bogiem, trzeba pozwalać się przycinać, ogołacać, formować przez innych, którzy mają większe doświadczenie, czekać, otwierać się na Boga, jak na południowe słońce, by przyjmować Jego wolę i działanie. Nie przeszkadzać Mu, nie przyspieszać niczego…

Owocowanie modlitwy

„Po owocach ich poznacie” – mówił kiedyś Jezus. I to najbardziej chyba widać w owocowaniu modlitwy wewnętrznej. Bo Bóg działa w duszy, która nie stawia Mu oporów. I to działa w sposób niezwykły! Jeśli tylko zostaniesz wierny codziennemu przebywaniu z Nim sam na sam, jeśli każdego ranka poddasz swoją duszę Jego promieniowaniu, to On zmieni cię całkowicie! Zmieni twój stosunek do świata, który nagle rozbłyśnie innymi kolorami – optymizmu, nadziei i piękna. Zmieni twoje podejście do innych ludzi. Każdy z nich, nawet ten najtrudniejszy, będzie wysłannikiem z góry, przez którego Bóg będzie cię szturchał, popychał, mówił, jaki jest twój problem. Zmieni twój stosunek do siebie. Staniesz się bardziej odważny, otwarty, częściej uśmiechnięty. A ludzie będą do ciebie ściągać z każdej strony, instynktownie wyczuwając, że tu jest Bóg, a ten człowiek jest kompetentny, gdy o Nim mówi. I w relacji do Boga zauważysz dziwną zmianę – przestaniesz się Go bać, walczyć z Nim, zmuszać, by spełniał twoją wolę. Po prostu zaczniesz żyć inaczej, inną jakością życia. Zaczniesz żyć w zawierzeniu. Tak działa Bóg. Powoli sprawia, że dojrzewa wino twojej duszy. To On jest krzewem winnym, ty – latoroślą. Kto w Nim trwa, ten przynosi owoc obfity. Bez Niego nic uczynić nie można. Najwyżej trochę wiatru w Kościele.

I to jest sens roku szabatowego. Mogłem go przeżyć razem z dwoma księżmi francuskimi i kilkoma osobami świeckimi. Jak np. Natalie, która skończyła ekonomię w Paryżu, a po studiach postanowiła pójść na pustynię na dwa lata! I dopięła swego! Dziś pracuje w swoim zawodzie gdzieś we Francji i codziennie modli się w ciszy przynajmniej godzinę. Bo rok pustyni jest nie tylko dla księży…

Co ksiądz może dać człowiekowi?

Minęło już pięć lat od mojego powrotu. Ciągle jestem duszpasterzem akademickim i ciągle jeżdżę ze studentami do pustelni w górach, by uczyć się kontemplacji. Grupy są coraz liczniejsze. Niedawno byliśmy także z księżmi – dziewięć osób, przez cztery dni. Podczas jednego spotkania padło pytanie: „Wyobraźmy sobie, że już wszystkich nawróciliśmy, że wszyscy są ochrzczeni, wszyscy chodzą do kościoła, nie ma głodnych, bezdomnych, wszędzie są szpitale. I co my, księża, wtedy będziemy robić? Jaką nową akcję wymyślimy, by usprawiedliwić naszą ucieczkę od modlitwy wewnętrznej?”. Nie znaleźliśmy odpowiedzi. Bo co innego ksiądz może dać dzisiejszemu człowiekowi?

Czy warto „stracić” taki rok? Warto! Nie ma lepszej inwestycji duchowej!

Pustynia w życiu księdza
ks. Andrzej Muszala

urodzony 2 lutego 1963 r. w Andrychowie – polski duchowny rzymskokatolicki, kapłan archidiecezji krakowskiej, doktor habilitowany nauk teologicznych, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, bioetyk....