Wina koguta
Oferta specjalna -25%

Nowe stare błędy

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Dopóki z ewangelicznych cytatów będziemy robić pociski i wzajemnie nimi do siebie strzelać, niczego nie udowodnimy i nikogo nie obronimy, a jedynie ośmieszymy Ewangelię i podważymy jej autorytet.

Jestem przekonany, że wielu katolików, ale przecież nie tylko, obserwowało w osłupieniu na wydarzenia związane z ingresem abp. Stanisława Wielgusa. To, co ostatecznie nastąpiło, wstrząsnęło nie tylko Polską, ale znalazło odzew niemalże na całym świecie. Komentarze wciąż nie milkną. I nie wydaje się, aby szybko się wyciszyły.

W sprawie arcybiskupa głos zabrały najwyższe gremia kościelne łącznie z papieżem Benedyktem XVI, najwyżsi rangą urzędnicy naszego państwa, dwie komisje, plejada polityków, nie wspominając publicystów, dziennikarzy i najzwyklejszych ludzi.

Raził mnie ton wielu wypowiedzi komentatorów, pohukiwanie niektórych biskupów na dziennikarzy i prasę, obrzydliwe określenia pod adresem arcybiskupa w mediach, odsądzanie go od czci i wiary, ferowanie wyroków. Natomiast jestem zbudowany postawą wielu katolików świeckich, nie tylko tych pojawiających się w mediach. Ich zachowanie w dniach kryzysu, umiar i ostrożność w formułowaniu sądów, ale też odwaga i konsekwencja w dążeniu do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji są nie tylko godne podziwu, ale i naśladowania. Jest to bowiem postawa dojrzałej, mądrej odpowiedzialności za Kościół Chrystusowy, którego przecież są członkami.

Walka na cytaty

Jeśli jednak zabieram głos, to dlatego, że jestem zaniepokojony groźnym nadużyciem, do którego, jak sądzę, doszło w tych burzliwych dniach. Nie chodzi mi o problem tzw. teczek, przemilczenie czy ukrywanie faktów ani ich interpretacje.

Rzecz idzie o Słowo Boże, Pismo Święte, do którego odwoływali się przede wszystkim duchowni. Cytowano Biblię, przywoływano wydarzenia z Ewangelii – mam wrażenie – głównie po to, by uciszyć autorytetem Słowa Bożego mających odmienne zdanie lub podeprzeć swój punkt widzenia. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni”, „kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień” – to po to, aby zamknąć usta. „Unikajcie choćby pozoru zła”, „wasza mowa niech będzie tak – tak, nie – nie”, „biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” – po to, by usprawiedliwić swoje jednoznaczne sądy co do osoby arcybiskupa. Słowa Jezusa: „Jeśli brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” zderzyły się z innymi Jego słowami: „Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszy. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane”, pogłębiając zamęt w głowach tych, którzy w myśl zasady audiatur et altera pars usiłowali jeszcze ważyć racje i argumenty. Tylko ci, którzy ograniczają się zazwyczaj do jednego źródła informacji, uniknęli bólu głowy przynajmniej przez jakiś czas.

Łzy Piotra

Nie zabrakło też odniesień do znanych ewangelicznych postaci. Przywoływano zaparcie się Piotra, kamienowanie św. Szczepana czy casus Pawła z Tarsu, który nawrócony pod Damaszkiem, z prześladowcy stał się gorliwym głosicielem Ewangelii. Szukano inspiracji nawet w Starym Testamencie. Według mnie wyżyn krasomówstwa sięgnął kaznodzieja wzywający do naśladowania synów Noego – Sema i Jafeta, którzy w przeciwieństwie do swego brata, nikczemnego Chama, osłonili nagość odurzonego winem ojca. Pointa była genialnie prosta – nie bądź chamem.

Do czego prowadzi instrumentalizacja Pisma Świętego, manipulowanie jego cytatami?

Zatrzymajmy się na dziedzińcu Kajfasza. Jest tam Piotr, grzeje się przy ognisku. Jest i Jan Apostoł. Z Dwunastu oni dwaj. Szymon Piotr nie uciekł. Idzie za Jezusem, mówiąc prosto, do jaskini lwa. Jego Mistrz jest aresztowany, następnie brutalnie przesłuchiwany. Piotr jest blisko, widzi, co się dzieje. Niewątpliwie wyczuwa, że i jemu grozi podobny los, jeśli ktoś go zdemaskuje, przecież wokół są słudzy arcykapłana. Pojawia się jakaś kobieta, pada pytanie: „Czy ty nie jesteś uczniem Galilejczyka?”. Odpowiedź pierwsza i kolejne. „Nie znam tego Człowieka. Nie wiem, o czym mówicie”.

Dlaczego? Strach, który odjął moc rozumowi i woli? Szok spowodowany rozwojem sytuacji? Rozpacz zaglądająca do serca? Wszystko możliwe. Jednak nie po to Duch Święty natchnął Ewangelistów, by opisali to wydarzenie, aby Piotra jakoś usprawiedliwić okolicznościami, pomniejszyć jego winę i dać nam narzędzie do podobnego postępowania w stosunku do siebie. Skoro Piotr mógł, to komu nie wolno?

Nie po to jest ten fragment, abyśmy obnażali, choćby za pomocą psychoanalizy, ukryte gdzieś w podświadomości Piotra i swojej, skryte intencje, niejasne motywy i nieuświadomione mechanizmy. Niech się tym zajmą specjaliści. Nam niech wystarczy, że to zdarzenie niesie dobrą nowinę: nie ma sytuacji bez wyjścia, dopóki trzymam się Pana Jezusa, dopóki Mu ufam, dopóki liczę na Niego, a nie na swoje siły woli, rozumu i sprytu. Nie ma sytuacji beznadziejnej, dopóki sam się nie usprawiedliwiam, nie tuszuję winy i jej nie pomniejszam. Dopóki czynów swych się nie wypieram, nie usprawiedliwiam i przyczyn własnego upadku nie szukam poza sobą.

Próbka racjonalizacji: no cóż, było ciemno i zimno, dlatego grzałem się przy ognisku. Bałem się wprawdzie, ale jakoś się trzymałem i gdyby nie ta wścibska i gadatliwa baba, nie doszłoby do tego, do czego doszło. A na dodatek to pianie koguta, które teraz budzi mnie każdej nocy. Przypomniało mi ono słowa mojego Mistrza, że trzykrotnie się Go wyprę. Ale czy mogłem Go zawieść? To niemożliwe. Jego słowa zawsze się spełniają. Dlatego wyparłem się Go dokładnie tyle razy, ile mi przepowiedział. W gruncie rzeczy, mogę mówić o wierności Jezusowi. Tak naprawdę chodziło mi o Jego dobro: o Jego wiarygodność.

Nie. Było całkiem inaczej. Pan spojrzał na Piotra. Ten wyszedł na zewnątrz dziedzińca i gorzko zapłakał. Była słabość, była niewierność, był grzech. I była prawdziwa skrucha jeszcze tej samej nocy, a nie po trzydziestu latach. W pełnym miłości spojrzeniu Jezusa i we łzach żalu topniała wina Piotra. Objawiła się moc Chrystusowej miłości. Rodziła się nadzieja.

Niezłomny Szczepan

Kolejny przykład. Natchniony kaznodzieja porównał abp. Wielgusa do św. Szczepana, ponieważ podobnie jak tego ostatniego i jego ukamienowano publicznie, na mocy wyroku współczesnego Sanhedrynu. Manipulacja na pograniczu absurdu. Św. Szczepan cierpiał i został zabity z powodu swego niezłomnego świadectwa o Chrystusie (publiczne wyznanie wiary w Niego uznano za bluźnierstwo) i wściekłości adwersarzy, którzy w żaden sposób nie mogli mu sprostać w dyskusji, jako że przemawiał z mądrości i natchnienia Ducha Świętego. A umarł, modląc się za prześladowców, prosząc Pana o odpuszczenie win swym zabójcom. Ani słowa skargi. Gdzie tu jakieś choćby dalekie analogie do współczesnych wypadków oprócz publicznego zaiste widowiska?

Daruję sobie rozpatrywanie nawrócenia św. Pawła, jako że podobieństw jest jeszcze mniej niż w przypadku kamienowania diakona Szczepana. Jeśli przywołam na moment postać apostoła Judasza, to nie po to, by czynić aluzje do współczesności albo jakimkolwiek podobieństwom zaprzeczać. Chcę postawić jedynie tezę, że gdy mówimy o następcach apostołów czy o sukcesji apostolskiej, to można przyjąć, że ów tragiczny apostoł ma wprawdzie swoich naśladowców, ale na szczęście nie można mówić o sukcesji.

Instrumentalizacja Słowa Bożego

Na naszych oczach rozegrał się dramat człowieka zamotanego w pajęczyny UB, dramat biskupa Kościoła. Broniąc lub oskarżając następcę apostołów, odwoływano się do Słowa Bożego, przytaczano wygodne w danym momencie, lecz wyrwane z kontekstu zdania i wydarzenia. Jestem przekonany, że wszyscy mieli dobre intencje. I jestem przekonany, że wszyscy byli przekonani o swej racji. Nie mogli jej nie mieć, skoro stał za nimi autorytet Słowa Boga.

I stąd mój niepokój. Dopóki robimy pociski z cytatów Ewangelii i mierzymy nimi do siebie, niczego nie udowodnimy; dopóki własne argumenty sakralizujemy przez odwoływanie się do Pisma Świętego, nikogo nie obronimy, jedynie ośmieszamy Ewangelię, podważamy jej autorytet. Instrumentalizacja, nadużywanie Słowa Bożego jest dla wierzących duchowym samobójstwem: niszczy bowiem wiarygodność Słowa Miłości i Prawdy. To właśnie osądowi tego Słowa wszyscy mamy się poddać. W jego świetle kształtować swoje serca i sumienia. Bez względu na to, kim jesteśmy i jaką posługę pełnimy w Kościele. Jeśli prawdą jest, że nikt nie jest sędzią we własnej sprawie (nemo iudex in causa sua), to jest oczywiste, że każdy wierzący w Chrystusa musi swoje sprawy oceniać ostatecznie w świetle Jego słów, również wtedy, gdy wydaje się, że brzmią twardo, gdy odsłaniają grzech i wzywają do nawrócenia. A pierwszymi, którzy winni poddać się osądowi Słowa Bożego, są bez wątpienia ci, którzy zostali powołani przez Chrystusa do jego głoszenia.

Niewątpliwie chwieją się lub zachwieją w przyszłości autorytety niektórych ludzi Kościoła. Wiele wskazuje, że pracowali na to sami. Jednakże w celu ratowania własnej reputacji nie wolno podpierać się Ewangelią, a tym bardziej za jej pomocą cudzej reputacji niszczyć. Nie godzi się Słowem Bożym zarówno wybielać, jak i demaskować podejrzanych życiorysów. Słowo Boże jest święte i zatroszczmy się wszyscy o to, aby zawsze tak było traktowane.

Wina koguta
Aleksander Koza OP

urodzony w 1955 r. – dominikanin, absolwent historii na Uniwersytecie Wrocławskim i teologii na PAT, wieloletni wychowawca młodych dominikanów, związany z ruchem charyzmatycznym. Mieszkał w Krakowie, Korbielowie, aktualnie...