Po nas choćby potop

Po nas choćby potop

, 0 recenzji

Apocalypto, scenariusz i reżyseria: Mel Gibson, wyst. Rudy Youngblood, Dalia Hernandez i inni, USA 2006

Posłużmy się wytrychem z Szymborskiej – „Istnieli albo nie istnieli. Na wyspie albo nie na wyspie. Ocean albo nie ocean. Połknął ich albo nie” (Atlantyda). Załóżmy, że podobnie jest z filmem Mela Gibsona. Choć tytuł i dekoracje wskazują na opowieść o przyczynach konfliktu i upadku cywilizacji, to może całość jest tylko zgrabną konwencją kina przygodowego, za którą kryje się sens uniwersalny, w którym możemy odnaleźć samych siebie? Ekranowe wizje zagłady mało nas w końcu poruszają, stąd przypuszczenie, że apokaliptyczny, czarnobiały schemat ma zasugerować coś innego. Spróbujmy zapytać: co?

Pierwsza myśl – Apocalypto to opowieść o miłości, a właściwie o kilku jej aspektach: gwałtownych, wielkich, przerażających. Może nawet chodzi nie tyle o miłość samą w sobie, ile o to, jak ludzie są w stanie ją wypaczyć. Po kolei. Najpierw scena w mieście, prawdopodobnie stolicy kraju, gdzie w obliczu suszy dokonuje się masowych, rytualnych mordów. Wszystko po to, by przebłagać bóstwo, które trzeba nasycić krwią ofiar, a dzięki temu uwieść lud, by uwierzył w skuteczność podjętych praktyk i nie zbuntował się przeciw władcy. Mamy więc przykład manipulacji w celu ratowania własnej pozycji. Obracamy się ze wstrętem, bo brutalność i okrucieństwo scen testują naszą emocjonalną wytrzymałość. Czy słusznie, na razie powstrzymajmy się od oceny. Drugi rzut oka na miłość, zaznaczony ledwie muśnięciem filmowej taśmy. Gdy zdaje się, że historia dobiega końca, oto do drzwi starego świata pukają już konkwistadorzy z nieodłącznymi misjonarzami u boku. W ręku jednego z nich krucyfiks. Znów miłość, tym razem wprzęgnięta w religię, w imię i pod sztandarem której zaraz rozpocznie się krwawe nawracanie na wiarę w Chrystusa. W podtekście jakby polemika ze zdaniem – „Bóg jest miłością” – do którego lubimy sprowadzać chrześcijaństwo. Okazuje się, że „miłość” może być pustym słowem, które pozbawione rzeczywistej treści tworzy pułapkę, choć dającą jakieś poczucie samozadowolenia, to jednak daleką od przesłania Ewangelii. W końcu wątek trzeci. Uczucie łączące głównych bohaterów: silne i mocne. Motor napędowy akcji filmu, który popycha ich do zdumiewających, wprost nadludzkich czynów. Widzimy, jak pomimo piętrzących się przeciwności, po początkowej tragicznej rozłące, udaje im się spotkać, ocalić rodzinę i rozpocząć nowe życie. Ich wewnętrzny impet daje do myślenia, sympatia reżysera pozostaje po ich stronie. Czy dlatego, że on sam jest tak głęboko przekonany do siły miłości zdolnej „pokonać góry”? Może, ale chyba nie tylko to.

Uwaga druga. Jest w filmie scena, reżyser każe nam myśleć, że nie jest ona jednostkowym zdarzeniem, ale odbywa się cyklicznie. Oto najstarszy członek plemienia opowiada zgromadzonym przy ognisku młodym wojownikom i ich rodzinom historię stworzenia człowieka. To opowieść o początku świata, ale w gruncie rzeczy wpajanie prawdy, o tym, jaka jest ich tożsamość. Chwila zastanowienia i można dostrzec podobieństwa. Czyż nie przypomina to układu paschalnej haggady, opowieści o wyjściu z Egiptu? Choć to inna tradycja religijna, ale rzecz znamienna, w obu przypadkach chodzi o przekazanie dziedzictwa przodków, wprowadzenie we własną historię i związaną z nią aksjologię. Utrata znaczenia tych prawd równa się utracie własnej tożsamości, rozmyciu w szarej masie ludzkości. Taka jest droga wychowania głównych bohaterów. Bardzo prawdopodobne, że dramatyczne wydarzenia, jakich stają się uczestnikami, wydobywają to, co zostało im wszczepione przez wspólne życie w wiosce. Z satysfakcją odnotowujemy, że edukacja nie poszła na marne. W obliczu zagłady ich świata tryumf odnosi przekazana im plemienna tradycja. Liczy się rodzina, jej bezpieczeństwo i przyszłość.

Wykorzystując te analizy, przejdźmy do wniosków. Film ma osobliwą konstrukcję. Zaczyna od złowrogiego motta, które oznajmia wielkie zagrożenie dla świata, potem sugeruje, że w tym zagrożonym destrukcją świecie jest jednak coś, co może stanowić szansę ratunku, by w finale zawahać się i ustąpić pod naciskiem ducha poprawności politycznej, pozostając na poziomie bezpiecznego, ekologicznego przesłania. Stąd może w pierwszym odruchu zdumiewa idylliczna naiwność sceny finałowej. Bo czy to wystarcza za odpowiedź na postawione na początku pytanie o ukryty sens filmu? Wydaje się, że nie. Jednak zanim osądzimy reżysera, raz jeszcze przyjrzyjmy się temu, co nam pokazał.

Walec historii toczy swe zamachowe koło. Plemiona, cywilizacje, narody idą pod nóż, przemijają w następstwie nieuchronnego ciągu wydarzeń. Czy w tej perspektywie ma znaczenie ocalenie ludzkiego istnienia? Czy raczej jednostki się nie liczą i bezsilnie muszą poddać się bezwzględnym regułom życia, zgodnie z którymi prawo dyktuje silniejszy? Film stara się zestawić te dwa systemy myślenia. Sugeruje, że w świecie, w którym zdajemy się nic nieznaczącym trybikiem maszyny, jednostka jako uosobienie pewnych wartości – ojcostwa, macierzyństwa, honoru – jest najważniejsza. W niej tkwią potencjalności, które trzeba przekazać pokoleniom następnym. Widać to w symbolicznej scenie końcowej. W tym miejscu należałoby dodać akapit poszerzający finałową konkluzję. Każdy z nas musi mieć taki zakątek, arkę pamięci, w samym sobie. Miejsce, gdzie dochodzi do osobistego połączenia z historią swoich przodków. Nie tylko po to, by zawłaszczać cudzy trud czy powielać błędy poprzedników. Raczej po to, by choć ciut odkryć to, co własne i niepowtarzalne, a w zalewie procesów globalizacji zauważyć cechy wybrania i jedyności. Ale, świadomie czy nie, Mel Gibson póki co zawahał się dać taką odpowiedź. Może nie miał ku temu powodów, a może to celowy zabieg? Może autor od początku wierzył w to, co pokazywał, a więc, że kultura i tradycja przetrwają dzięki ocaleńcom z pogromów, którzy poniosą w sobie okruchy cywilizacji? Może jednak ta wizja ratunku rozpływa się, bo w przedstawionym świecie nie ma racji bytu. Jednostki muszą ustąpić pod naporem przemian i złożyć swe życie w ofierze, na ołtarzu dziejów, wikłając się w ideologię religijną lub polityczną. A ich ocalenie to kwestia przypadku.

Stąd nuta rozczarowania, ale i wniosek, że filmowa historia to nie efekt naiwności reżysera, lecz zmagania w świecie, w którym okrucieństwo, w widowiskowej formie, ściera się nieustannie z potrzebą ocalenia tego, co najważniejsze. Czy tak właśnie myśli Gibson? Z odpowiedzią na to pytanie przyjdzie nam poczekać do następnego filmu. W poprzednim zachował się jak gorliwy neofita, z impetem pokazując prawdę o ludzkim zbawieniu, dziś nadszedł czas otrzeźwienia i zanurzenia w codzienność. Po nim rzeczywiście może przyjść apokalipsa – nabranie ducha i podniesienie głów, bo blisko jest czas odkupienia, jak zanotował św. Łukasz.

Po nas choćby potop
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...