Zbawienny upór

Zbawienny upór

Nie rzucaj się jak wygłodniały zwierz na książki i nie z tym przekonaniem, że przyda ci się to w konkretnym celu. Nie zapomnij o mędrcach, którzy mówią, że należy obcować z dziełem bezinteresownie.

Szanowny Lwie,

bądź pochwalony za to miłosierne prawo, które ustanowiłeś dla człowieka. To ono utrzymuje w jedności i równowadze jakże kruchą i wyboistą powierzchnię naszych dróg, po których biegamy, chodzimy, jesteśmy ciągnięci, wleczeni, na której wreszcie zastygamy w ostatecznym i nieodwołalnym bezruchu śmierci. Powierzchnię, która przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się mozaiką skorup, skorupek, odłamków chrzęszczących pod podeszwami naszych butów, tak innych i do siebie niepodobnych, a tak nam znajomych, choć wstydliwie chowanych w zakamarkach pamięci jako własność ze wszech miar prywatna i intymna.

Stanowią ją ułomki przeżytych i mających nadejść dni, które są spełnieniem zapowiedzi mocno już obecnych i oszlifowanych przez samo czekanie, chce się powiedzieć – tak mocno, że kiedy obietnica staje się spełnieniem, ludzie biorą to za przejaw nietaktu ze strony niebios, rodzaj ordynarnego chamstwa, zbytnią dosłowność, maźnięcie szerokim pędzlem przeznaczonym do malowania sufitów po kunsztownie zagruntowanym płótnie, które nie ma szwów. Stanowią ją rozbite lustra, które dają nam obraz ostry, lecz fragmentaryczny, czasami komicznie dodając nam wzrostu lub bezwzględnie zamieniając w otyłe karły z wodogłowiem. Kiedy choć przez chwilę nie znajdujemy w nich naszych twarzy, wypełniają je nasze i nie nasze sprawy, które nazywamy problemami. Cóż z tego, że natężamy uwagę zdolni wychwycić każdą przesadę lub zbytnią beztroskę w obcowaniu z nimi. Któż z nas potrafi z nimi obcować bez niebezpieczeństwa bycia zjedzonym przez głupstwa, które uzurpują sobie dramatycznie godne miejsca, lub rzeczy ocierające się o prawdziwą śmierć, które jednak wolimy rozwiązywać zawsze później, to znaczy kiedy już jest za późno. Stanowią je tafle nieruchomej wody lub lotne wydmy, które nieme, obojętne i mało przyjazne tym bardziej zachęcają do stawiania na nich domów, wież i zakładania ogrodów, kładzenia na ich powierzchni pisarskich znaków, za całą siłę przyciągania mając ten jeden lichy argument, że jest to miejsce puste, ustronne i dziewicze, gdzie pozbawiony presji jakichkolwiek konkurentów będziesz najzwyczajniej w świecie pierwszy i jedyny.

Wiem, co powiesz, Szanowny Lwie, że prawo to jest znane nie tylko ludziom ryzykującym życie i nie tylko uciekinierzy ścigani ogniem palących się traw sawanny mogą poświadczyć, że ogarnia, obejmuje ich w takich chwilach dojmujący zachwyt – nie nad jedną rozbitą skorupą, roztrzaskanym zwierciadłem, złomkiem bezbarwnego, jak się do tej pory wydawało, żywota, ale całym życiem, które mimo grożących niebezpieczeństw wydaje się nagle soczyste, piękne, bogate i pełne. Tak intensywne i czyste w samym swoim istnieniu, że zapewne nikt nie chciałby go zamienić na coś o wiele bardziej stonowanego i rozwodnionego przez tak zwane normalne warunki. Być może człowiek, czując, że konwenanse zostały złamane, wyświechtane frazesy zostały pozbawione bezpowrotnie swojego kulawego znaczenia, a cierpienie nieblokowane już przez naszą wyobraźnię wróciło naturalnie do życia, jak rzeka do swojego starego łożyska – być może dopiero wtedy staje się prawdziwie wolny, swobodny, gotowy otworzyć ramiona i skoczyć w kosmos. Jednym słowem, Szanowny Lwie, jest gotowy na rozmowę z Tobą.

Wiem dobrze, że prawu temu podporządkowane są dzieci przełykające strach i z drżeniem oczekujące kary za samowolne oddalenie się, a jednak nieumiejące ukryć oczarowania nowymi, co dopiero poznanymi okolicami. Także stukające obcasami pantofelków w nerwowym biegu dziewczęta, powracające z zakazanego przez ojca spotkania z ukochanym. Cisi mężczyźni, pokorni i skuleni w sobie ze strachu aż do chwili, gdy przyszło im w biurze zdjąć z wieszaka płaszcz i wyjść na ulicę mimo wrzasków szefa, i zobaczyć, jak czerwcowy dzień otwiera się na szczęście. I wreszcie ja sam, zagubiony w stolicy świata, spóźniony nieprzytomnie, domyślający się słów ostrych, kaleczących, które spadną na moją głowę, gdy tylko pojawię się na ulicy Beleyer i będę się starał wytłumaczyć, dlaczego nie było mnie w konwencie tyle dni, a jednak szczęśliwy, napełniony po brzegi jasnością, promieniami, blaskiem ześlizgującym się z nieba nad katedrą. Życie, życie…

Nie, raczej zawołam: O! Życie! Życie! Zawsze chciałem oglądać cię z ukrycia, dobrze okryty liśćmi naprędce postawionego szałasu, z wysokości drzewa lub niesiony marzeniami, usadowiony wygodnie na gęsim grzbiecie. Przyglądałem się tobie, lecz bez chciwości, zapatrzony i nieobecny, a jednak w środku ciebie, w samym twym jądrze, w oku cyklonu. Kiedy jednak wołali na mnie, zdawałem się ociężały i zbudzony ze snu, gubiłem ofiarowane mi rzeczy, myliłem adresy, przerastały mnie proste czynności, gdyż nie potrafiłem odkryć ich znaczenia. Obserwowanie ciebie brano za zwykłe lenistwo, podobno przyrodzone nam, czarnym. Przechowywałem cię w sobie niczym skarb w glinianym naczyniu, nawet zadowolony z dziur po wybitych zębach, zbyt szerokich barków i kołyszącego się kaczego chodu. Tak, zadowolony i głupio uśmiechnięty, że inni nie wiedzą, że tam jesteś, w takiej powłoce, przykrywanej wypłowiałą koszulą z darów, okrywaną dziurawą marynarką. Lecz nawet ludzie dobrej woli potrafią cię przygnieść, przyklepać lub wręcz zadusić.

Być może jednak niebezpieczniejsi są ci, którzy żyją tobą zbyt dogłębnie, czynią wszystko powoli i z zaplanowaną świadomością, oczywiście w tej szlachetnej intencji, żeby cię nie stracić, nie uronić z ciebie ani kropli, nie zmarnować ani okruszyny. Stąd też opowiadają dużo, jak celebrują nalewanie kawy, podlewanie kwiatów, opatulanie się w kraciasty pled i zasiadanie do lektury. I w końcu – dlaczego są tak niespokojni, płytcy, a ich rzekome wyrafinowanie przypomina jako żywo maniakalnie dokładne, starokawalerskie gesty?

Mnie uratował ugór, twój ugór, część z ciebie leżąca odłogiem, porosła pokrzywą i łopianem. Być może sięgnę jeszcze kiedyś po tę część, lecz dziś wystarczy mi odczuwać jej puls, bezcelowe, rytmiczne uderzenia. I cóż z tego, że często w rytm ten wkradają się głosy odzywające się jak poczucie winy za zmarnowanie tego właśnie kawałka?

Przytulna samotność

Przekradałem się od strony kuchni. Zdawało się, że konwent powoli zapada się w popołudniową sjestę. Tylko kobiety w białych czepkach i brudnych niebieskich fartuchach krzątały się wciąż w ciasnym jak studnia, otoczonym z trzech stron ścianami klasztoru podwórku. Gęste krzewy przekwitłych dawno bzów zamykały je szczelnie od czwartej, wschodniej chyba strony. Drewniane, głębokie cebrzyki z pomyjami, żelazne, wąskie korytka na resztki dla grubych kotów, obtłuczone, porcelanowe miseczki z wodą dla gołębi niegdyś napełniane wodnistą i po trzy razy odgrzewaną kawą, w której mieszkańcy tego miasta maczają z wielkim kunsztem poranne, chrupkie grzanki – stały na dnie tej studni, czekając cierpliwie na gruby sznur z nieba, spuszczany przez biednych bogów pragnących pokosztować kolorowych resztek z uczty ludzi. I już zdawało się, że zawładnęła mną zbyt wybujała wyobraźnia, gdy okno na drugim piętrze się otworzyło i ukazała się łysa głowa okolona cienkim wianuszkiem siwych włosów.

– Nicole! – zawołała głowa – jabłka! Jabłka i ciasteczka! – I z okna zaczął się opuszczać przywiązany na sznurku wiklinowy koszyk. Nicole, jedna z kobiet w niebieskim fartuchu odrzuciła do tyłu głowę.

– Przecież nie zapomniałam! Cierpliwości! Boże, dodaj mi sił! Sił! – Ale widocznie tylko tych kilka słów, które odbiły się uroczyście echem od burych ścian, wystarczyło jej do przywrócenia tutejszemu światu właściwych proporcji i przypomnienia obowiązujących tu hierarchii, w których pozycja szafarki nie była wcale poślednia, bo skwapliwie, wycierając po drodze mokre dłonie w fartuch, ruszyła do ciemnej kuchni, by już po chwili pojawić się z przysmakami, których zażądano. Sprawnie włożyła je do kosza, nie zapominając o małym bukieciku anemonów, które rosły tu w doniczkach ustawionych na wąskich parapetach. Zanim kosz powędrował do góry, głowa poruszyła się w prawo i w lewo i powiedziała – Ooo! Jest! Odnalazł się! Wyobraźcie sobie! Ogłaszam vobis gaudium magnum!!! Słyszycie tam?! Jest! Nicole, a wpuśćże go do nas!

Wspinałem się powoli po marmurowych, krętych schodach, coraz wyżej i wyżej, jak na ścięcie. Stalowej barwy ściany, plamy bieli, przydymione kurzem kąty, obrazy przedstawiające nie wiadomo kogo, gipsowe popiersia z wyłupiastymi oczami, wreszcie wysokie, hebanowe drzwi. Należało je lekko pchnąć.

Nazywają to, Szanowny Lwie, rekreacją. Muszę Ci powiedzieć, że od momentu spotkania z Jacquesem zapamiętale ćwiczę pamięć. A oto oni, pamiętam ich wszystkich. Przy srebrnej cukiernicy ojciec Tournedos, dalej brodaty brat Saumon i bawiący się nożykiem do obierania jabłek, lekko przygłuchy ojciec Terrine. Schowany za gazetą ojciec Gougere, wykrzykujący do swoich niewidzialnych wrogów: „Łajdacy, łajdacy, gorszyciele, żydzi!”. I ojciec Cassoulet, nieco ociężały i zaczerwieniony na twarzy zakonnik, skracający sobie czas oczekiwania na gazetę ojca Gougere młynkowaniem swoimi pulchnymi palcami. Także archiwista domu ojciec Topinambours długimi łykami pochłaniający kolejną filiżankę kawy, a w przerwach przyglądający się krytycznie swoim starannie wypielęgnowanym rękom, zerkający wciąż na zegarek jego sąsiad i protegowany, młody, lekko melancholijny ojciec Ragout przygotowujący się już siódmy rok do wyjazdu na misje. Wreszcie tronujący pod portretami papieża Piusa X i założyciela zgromadzenia, wciąż czekającego na beatyfikację Dominika Cayenne – sam przełożony wspólnoty ojciec Fumet, syn ubogich prowansalskich chłopów z Montjoyer, jak lubił podkreślać przy każdej okazji. Kazano mi siadać. Ojca Bernarda nie było. Złożyłem dłonie jak do modlitwy i włożyłem je między kolana, myśląc, że tak będzie lepiej. Nadało to mojej sylwetce wygląd pokorny i nieśmiały a przy tym gotowy na przyjęcie każdego trudnego pytania. Nikt jednak o nic nie pytał. Obserwowałem więc, jak chrupią malutkie ciasteczka.

Słyszałem kiedyś, Szanowny Lwie, że katoliccy księża i zakonnicy, kiedy już wyrzekną się żon, muszą jeść bardzo dużo słodkich rzeczy i ucinać sobie krótkie, intensywne drzemki, chroni ich to bowiem przed nieczystymi myślami i czynami. Chorują jednak często z nadmiaru cukru i wtedy sięgają po zgubny dla płuc tytoń. Dowiedziałem się jednak od ojca Topinambours, że równie dobrą, bodaj czy nie lepszą metodą na odgonienie wszelkich cielesnych pokus jest kolekcjonowanie różnych wyrafinowanych i drogich przedmiotów i przyozdabianie nimi ścian i półek pokoju, w którym powinno się przebywać jak najwięcej dla spokoju ducha. Ojciec Topinambours używał słowa „przytulność”, które to słowo w jego ustach zastępowało żonę, dzieci, powóz i przydomowy ogród.

Rozmowy duchownych

Ich rozmowy. Sięgając po ciasteczko, które następnie moczyli w kawie, wypowiadali przed siebie krótsze lub dłuższe zdanie. Nie sądzę, żeby w ten sposób usprawiedliwiali swoje łakomstwo.

– Och, zapłaci wam, nie ma strachu, jak tylko napisze ten doktorat, chyba że jest wyjątkowym niezgułą lub zaczął cierpieć na zaniki pamięci!

– Cóż kolonizacja jest?! Przecież my… my nawet nie wiemy co robić z tymi wszystkimi ziemiami! Chyba że dostarcza nam to witalnych podniet, wiecie, rywalizacja z Anglią. Nie wierzę w te wszystkie misje cywilizacyjne, no cóż, ale propagandę opanowaliśmy w stu procentach, proszę spojrzeć na strzelców senegalskich na tych kolorowych odkrywkach – ludożercy w służbie Republiki, mówię ojcom szanownym, nie ma lepszej psychologicznej broni na Niemca, już drży, już zrzuca zbędne kilogramy, żeby nie być pożartym, ha, ha.

– Ja jednak boję się tych wyborów, stara zasada głosi, że kiedy ambitny przychodzi do zakonu, to co prawda zakonowi przybywa zakonnika, ale w świecie i zakonie nie ubywa ambitnego… nie znamy tu jeszcze co prawda świata zorganizowanej przemocy, lecz mając na uwadze jego nierozwiązane konflikty wewnętrzne, można sądzić, że jest on chory na władzę, a to oznacza świat zorganizowanej przemocy, i cóż z tego, że aksamitnej?

– I jak tu żyć i Francję nazywać słodką, kiedy rocznik Bordeaux 1912 zapowiada się médiocre, co w praktyce oznacza vins maigres et courts. Chwalić Boga, że rok 1906 to trés grande année, vins ronds et trés corses.

– A mnie jest wszystko jedno, jakieś tajne związki ustalają, co jest dobre a co złe, czy wina są maigres czy sans agrément, moellux czy cochylises, do diabła, mamy różne języki i podniebienia, co dla jednego słodkie, to dla drugiego kwaśne!

– Ależ przyzna ojciec, że smak należy wychować?

– I proszę, znów okruchy i ogryzki jabłek na dywanie, paradne, myślę i ja, że to zachowanie starych kultur, które mogą pozwolić sobie na niechlujstwo, gdyż stoi za nimi moc przeszłości całkiem porządnej.

– Całkiem porządnej? Która boi się przekazać, kto rzucił ogryzek, zresztą, to klasyka francuska, znaczy się to milczenie, które zawsze zapada po brzydkiej wpadce, inne nacje skaczą sobie do oczu, my zaś milczymy, cisza, sza, sza, nic się nie stało, a jeśli się stało, to należy wymyślić inteligentną teorię usprawiedliwiającą wpadkę czy stan po wpadce…
– Gadanie.
– Wypraszam sobie!

– Przecież mówię, jestem tylko prostym braciszkiem, ale dobrze widzę, jak my postępujemy, proszę ojca. My musimy doprowadzić wszystko do końca, choć już po drodze widać, że droga nie ta. Ale brniemy, ponosimy ofiary, pieklimy się i przemawiamy, no a potem, jak już dalej nie idzie, stawiamy gilotynę, równamy wszystko, zmywamy bruki i zaczynamy wszystko od początku.
– Zawinił Kartezjusz, przecież my budujemy w nieskończoność tautologie!
– Lecz co ma z tym wspólnego Kartezjusz?
– Skończmy więc.
– Dobrze, skończmy.
– A wiecie, że kobiety są takie, hm… elitarne, no do czasu, wystarczy znaleźć ich słaby punkt.
– A co ojciec może wiedzieć o kobietach, kiedy dopiero trzeci rok obsługuje wyłącznie konfesjonał dla mężczyzn?
– Proszę sobie wystawić, spowiadałem nie dalej jak przedwczoraj starego żołnierza, który bił się pod Lyonem z Niemcami i proszę sobie wystawić, wyznał mi, że… kiedy uczestniczy w zwyczajnych, mieszczańskich pogrzebach, no wiecie, karawan, strusie pióra i peleryny grabarzy, to ogarnia go paroksyzm śmiechu, śmiech nieopanowany, zwijałby się na drodze ten jegomość… Na Boga, dlaczego? I proszę sobie wystawić, za cały powód swego śmiechu podał tę jedną jedyną obserwację – że za jego młodości, kiedy bił się, nie tak się umierało! Nie tak się umierało!

Rachunek sumienia

Stojący zegar marki D. Ponnau i Syn wybił piętnastą. Zaczęto pośpiesznie podnosić się z krzeseł, głośno nimi szurając. Ktoś jeszcze w locie porwał właśnie wolną gazetę, na korytarzu słychać było jeszcze pojedyncze kroki, skrzypienie drzwi, lecz po chwili w domu zapanowała grobowa cisza. Siedziałem wciąż ze złożonymi jak do modlitwy rękoma, które włożyłem między kolana. Lekko pochylony obserwowałem zlatujące się do okruszków muchy. Oczekiwałem kary, a oto pozostawiono mnie samego. Nikt nie zapytał, gdzie byłem. Nikt. Nieważne. Darowany mi w taki sposób czas poświęcę na repetycję, przypomnienie sobie lekcji z rachunku sumienia i robienia dobrych postanowień. Ojciec Bernard kazał mi się w tym ćwiczyć jeszcze w Afryce, dał mi nawet mały zeszyt w kratkę do zapisywania grzechów i dobrych myśli. Co powie, gdy zobaczy, że jest prawie pusty? A dzień chrztu zbliża się przecież milowymi krokami.

Powtarzaj więc, Karomenya, powtarzaj i zapamiętaj, by stworzyć sobie małe punkty oparcia na przyszłość. Czy jesteś gotowy, czy nie przeszkadza ci własna śmieszność? Twoje uraźliwe w końcu ego? Złe pochodzenie? Najpierw więc, niezależnie od okoliczności, Karomenya, masz zapaść się w głąb własnej duszy i tam rozrosnąć się tak potężnie, aby już nie domagać się czegokolwiek od drugich, lecz doskonalić to, co posiadasz w sobie, a posiadasz to w sposób wystarczający do rozpoczęcia pracy. Wtedy nie będziesz żądał szacunku i skierowanej na siebie uwagi, nie będziesz czuł się zraniony obojętnością innych. Będziesz wolny i jako człowiek wolny będziesz zdolny przyjąć najskromniejszy dar z zachwytem i radością! A ponieważ będziesz wypełniony wdzięcznością, nie rozwiną się w tobie żadne argumenty, które nakazują ci niszczyć innych – choćby i przez żywioną w sercu pogardę, a ta, Karomenya, pojawia się jak duch, gdy jesteśmy choć troszkę zawiedzeni lub zniecierpliwieni.

Zatem teraz przyznaj się odważnie – co myślałeś o rozmowach prowadzonych tutaj? Jak oceniałeś wygląd i charaktery zgromadzonych tu jeszcze przed chwilą ludzi? Czy przypadkiem nie rozczulałeś się zbytnio nad sposobem, w jaki cię tu przyjęto? A jeśli się litowałeś nad sobą, to zły znak. Cóż to będzie, gdy warunki życia odmienią się gwałtownie? Podobno to, czy jest się wartościową jednostką, pokazuje postępowanie w zmienionych warunkach, Karomenya.

I jeszcze jedno, zbyt często i nagle popadasz z jednej skrajności w drugą, z obojętności w skwapliwość, z nieuwagi w chciwość, to wszystko jest zgubne dla twojej intelektualnej biografii. Lecz skąd u ciebie ten nagły wstyd? Że osoba twoja, z całym szacunkiem dla twojej humanité, tylko dla dobrego żartu i rozweselenia innych może używać w stosunku do siebie tak wysokiego stylu? Wstydzisz się „biografii intelektualnej”? Nieprawda? Wstydź się, jak chcesz, ale „to” się właśnie tak nazywa, nic na to nie poradzisz, Karomenya, i nie dźwięki słów powinny cię wabić czy przestraszać, ale to, co się za nimi kryje.

I już na koniec, nie rzucaj się jak wygłodniały zwierz na książki i nie z tym, na Boga, przekonaniem, że przyda ci się to w konkretnym celu. Nie zapomnij o mędrcach, którzy mówią, że należy obcować z dziełem bezinteresownie, choć oczywiście tak należy je zawsze wybierać, aby służyło budowaniu twojej intelektualnej biografii. A teraz proszę – wykaligrafuj ostatnie dwa słowa: intelektualnej biografii. Tu, Szanowny Lwie, postawiłem zgrabną kropkę, która – jak wszystko w moim życiu – nie wiadomo dlaczego rozlała się w przypominający jezioro Natron kleks.

Twój Karomenya

Zbawienny upór
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...