Zmierzch czy inwazja chrześcijaństwa?

Zmierzch czy inwazja chrześcijaństwa?

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

O czym tu pisać, skoro nie zamierzam pisać o sprawie abpa Wielgusa? Może warto powrócić do świąt. Przy okazji Bożego Narodzenia przetoczyła się przez media dyskusja (trochę już dyżurna) o ich komercjalizacji. Bez wątpienia świąteczny handel kwitnie i niejeden dostaje małpiej gorączki zakupów. Ale – z drugiej strony – nie jest tak, że księża są bezrobotni, gdyż wierni z torbami pełnymi wszelakich dóbr omijają z daleka świątynie. Wręcz przeciwnie! Problem polega na tym, że niejednokrotnie księża nie są w stanie właściwie odpowiedzieć na rozliczne duchowe potrzeby i pytania wierzących. A po różnych kościelnych skandalach tych pytań jakby przybyło.

Mnie dużo bardziej niż komercjalizacja martwi i irytuje polityczna poprawność, o której nieraz na tych łamach pisałem, a która każe swoim wyznawcom m.in. wyrzucać ze szkół szopki i choinki bożonarodzeniowe, bo ponoć chrześcijańskie symbole i tradycje mogą obrazić np. muzułmanów. Komercjalizację można nawet wykorzystać, wchodząc jej drzwiami, a wychodząc swoimi. Innymi słowy, można ją uczynić punktem wyjścia do głębszej refleksji. Natomiast polityczna poprawność jako współczesna wersja komunistycznej rewolucji jest ze wszech miar niebezpieczna. Ma bowiem gębę pełną szczytnych haseł, a w gruncie rzeczy rozmontowuje nie tylko zdrową tradycję, ale wypływające z ludzkiej natury podstawy cywilizacji, w tym szczególnie pojęcie rodziny.

Narzekamy na komercjalizację i laicyzację świąt, a niektórym czarnowidzom wydaje się, że jeszcze trochę i Boże Narodzenie zostanie całkowicie zastąpione tolerancyjnym świętem zimy. Tymczasem nie brakuje też takich, którzy martwią się ponoć rosnącym we współczesnym świecie wpływem chrześcijaństwa. „Brońmy się przed inwazją chrześcijańskiej kultury” – wzywali intelektualiści chińscy w wigilię Bożego Narodzenia. Zdarzyło mi się dyskutować w TVN24 z prof. Marią Szyszkowską, która ubolewała, że osoby niewierzące są w Polsce dyskryminowane: w mediach ateiści są prawie nieobecni, za to księża wręcz nie wychodzą z radiowo–telewizyjnych ośrodków (rzeczywiście, nie przestają tłumaczyć się z zawartości różnych teczek). No cóż! Wygląda na to, że wielu – i to z różnych stron światopoglądowych barykad – czuje się dyskryminowanych, a nawet prześladowanych.

No to jak to jest z tym chrześcijaństwem? Czy jest ono systematycznie spychane w niebyt, czy też – wręcz przeciwnie – zdobywa nowe przyczółki? Przeważa raczej opinia, że przełom XX i XXI wieku nie jest najlepszym czasem dla chrześcijaństwa: dechrystianizacja, sekularyzacja, laicyzacja (dodajmy: bolesna lustracja), a z drugiej strony islamizacja wielu części świata są faktem. Nasza stara Europa wydaje się znudzona samą sobą. Zamiast rodzić dzieci, woli z jednej strony otwierać się na siłę roboczą z krajów muzułmańskich, a z drugiej propagować – począwszy od szkół – małżeństwa homoseksualne. Wielu unijnoeuropejskim przywódcom szwankuje pamięć i zdaje się, że nic nie wiedzą o chrześcijańskich korzeniach naszego kontynentu.   Jeśli jednak z chrześcijaństwem jest tak kiepsko, to powstaje pytanie, kiedy było lepiej. W którym wieku liczba i jakość jego wyznawców budziła respekt na całym świecie? Przecież nie w pierwszej połowie XX wieku, kiedy chrześcijanie zabijali się na frontach I i II wojny światowej. Idąc wstecz, nie znajduję okresu szczególnej świetności chrześcijaństwa. Bo nawet czasom apostolskim, choć są dla nas niewyczerpanym źródłem odnowy, nie brakowało rozczarowań i jedynie mocna wiara w Jezusa mogła wówczas wskazywać, że chrześcijaństwo okaże się czymś więcej niż sektą zagubioną w łonie judaizmu. Nie lubię zatem biadolić, że żyjemy w trudnych i wyjątkowo bezbożnych czasach. Bardziej przekonuje mnie wizja Aleksandra Mienia, który twierdził, że w pewnym sensie chrześcijaństwo wciąż jest przed nami. Innymi słowy, nasze rozumienie Ewangelii jest wciąż dość ograniczone. A Duch Boży nieustannie prowadzi nas do całej prawdy.   Paradoksalnym, a przede wszystkim tragicznym znakiem żywotności chrześcijaństwa są prześladowania jego wyznawców. Tak było w pierwszych wiekach, tak jest i teraz, na początku XXI stulecia. Okazuje się, że żadna z grup religijnych nie jest tak dyskryminowana i prześladowana. Z 2,2 miliardów chrześcijan co dziesiąty jest prześladowany bądź znieważany z powodu swojej wiary. Rocznie z powodu wyznawania chrześcijaństwa traci życie 90 tys. osób, z czego większość w Afryce i Azji. Tertulian mawiał, że krew męczenników jest posiewem chrześcijan. A św. Ignacy z Loyoli prosił Boga, aby założonemu przez niego zakonowi jezuitów nie zabrakło… prześladowań. Taki jest paradoks naszej wiary: Nie ma wielkanocnego poranka bez Wielkiego Piątku. I nie ma śpiewu betlejemskich aniołów bez knowań i zbrodni Heroda, któremu – dzięki Bogu – nie udało się zrobić z Trzech Króli swoich agentów.

Zmierzch czy inwazja chrześcijaństwa?
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....