Alleluja i do tyłu

Alleluja i do tyłu

, 0 recenzji

Obecność zakonnika była dla nas łagodnym przytuleniem Pana Boga, a jednocześnie towarzyszył jej ogień, ostre jak miecz Słowo.

Jola od miesięcy starała się znaleźć stałego spowiednika lub kierownika duchowego. Bezskutecznie. Zrezygnowana otworzyła książkę ojca Pio. Przeczytała pierwsze zdanie i kompletnie ją zatkało: „Czy myślisz – pisał stygmatyk – że w dzisiejszych czasach łatwo o dobrego kierownika duchowego?”. Uśmiechnęła się.

Nie lubię słowa kierownictwo duchowe. Kojarzy mi się raczej z dyrektywami, centralnym zarządzaniem. Wolę słowo towarzyszenie. Nasza wspólnota – diakonia modlitwy przy parafii św. Józefa w Katowicach – modli się od kilkunastu lat. Niestety, od samego początku bez kapłana. Po drodze towarzyszyło nam kilku zakonników. Dojeżdżali z innych miast, przyjeżdżali ze słowem, pokazywali drogę.

Przerwany obiad

Wychowywaliśmy się na piersi dominikanów. Byliśmy jeszcze zbyt młodzi, by szukać w nich mistrzów duchowych. Szukaliśmy raczej idoli. Jako młodzi licealiści zaliczaliśmy pielgrzymki, nocne czuwania w wypełnionej po brzegi krakowskiej bazylice, rekolekcje w Białce, wojaże do bolońskiego grobu św. Dominika. To tu zachwyciłem się jego nocnym płaczem: Boże, co się stanie z grzesznikami?

Pierwszego mistrza duchowego poznałem w nietypowych okolicznościach. Pojechaliśmy na kilka dni do Bukowiny Tatrzańskiej. Nadeszła pora obiadu. Przy stole, jak zwykle, pełno było wygłupów, ironii. Gdy kończyliśmy drugie danie, o. Tomasz Golonka, który prowadził rekolekcje, wyciągnął magnetofon i puścił jakąś słabiutko nagraną kasetę. „Twój Bóg tęskni za tobą. Wiem, wiem: rasowy teolog nigdy tak nie powie. Ale to prawda: twój Bóg tęskni. Stoi przed tobą bezbronny i nieśmiały” – mówił spokojnym głosem zakonnik. „To o. Michał Zioło” – wyjaśnił ktoś obok. W kuchni zapadła cisza, jak makiem zasiał. Nikt nie ruszał się z miejsca. „Twój Bóg jest słaby – ciągnął mnich. – Nie mocny, ale słaby. Bo nie jest trudno zamanifestować swą siłę, gdy się jest wszechmocnym. Twój Bóg to wieczny żebrak – tak mówiła o Nim Simone Weil. Jest wszechsłabością. Stoi bezradny na rozstajach dróg i woła: Tutaj jestem, Izraelu, tutaj jestem. Cóżem ci uczynił? To nie jest pytanie retoryczne. To jest pytanie niewiedzy. Nie mogłem ci niczego uczynić, bo jestem samą miłością”.

To dziwne, ale do dziś, po kilkunastu latach, pamiętam każde słowo. Chłonąłem je jak gąbka. Te wirtualne rekolekcje o słabości zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. To było pierwsze w moim życiu: „Alleluja i… do tyłu”.

Budzyński kupuje rybę

Czy można mieć mistrza duchowego na odległość? Pewnie nie. Ale ja karmiłem się słowami dominikanina, później trapisty z kaset, książek, wierszy. Bardzo bliski stał mi się też brat Efraim ze Wspólnoty Błogosławieństw. Dotykały mnie jego teksty, a książki sporo wyjaśniały. Chyba też stał się moim mistrzem duchowym. Znów jedynie wirtualnym. Zacząłem się przyzwyczajać.

Minęło kilka lat. Kończyłem studia. Naszej pozbawionej stałej opieki duszpasterskiej wspólnocie ciągle blisko było do dominikanów. Inni mnisi w białych habitach – paulini byli dla nas synonimem obciachu. „Gaszą świeczki na Jasnej Górze” – kpiliśmy po cichu. Pamiętam charakterystyczną scenę: kiedyś jeden z naszych zaprzyjaźnionych braci kaznodziejów, wzięty w tramwaju za paulina i zagadnięty przez jakąś staruszkę o wieści z Jasnej Góry, przypiął sobie do habitu karteczkę: „Nie jestem paulinem”. Zarechotaliśmy. Mała rzecz, a cieszy.

I wtedy Pan Bóg postawił na mojej drodze nawracających się muzyków rockowych: Budzego, Dzikiego, Stopę, Malejonka, Litzę. To było drugie „Alleluja i do tyłu”. Ich szczeremu do bólu świadectwu towarzyszył nieznany wcześniej żar. Żadnej sielanki, twarda rozmowa o ciemności, nocy, lęku i miłości, która leczy wszelkie rany. W ich opowieściach nieustannie pojawiało się imię: Augustyn.

Pamiętam opowieść Budzyńskiego: Miałem etap, w którym odkryłem na nowo Eucharystię, spowiedź. Ale gdy wróciłem do domu, nie przeszkadzało mi to, że trzymam figurki Buddy na półkach, że żyję z dziewczyną bez ślubu tylko dlatego, że „my się kochamy”, i tak dalej… Praktyki religijne – tak, a życie swoim torem. I w pewnym momencie mego życia spotkałem kolegę na ulicy. Szedłem wtedy po rybę, to bardzo ciekawe – po rybę. Patrzę, a tu idzie mój kolega – Piotr, którego nie widziałem dwanaście lat, przyjaciel z liceum plastycznego. Okazało się, że jest zakonnikiem – paulinem. Przebywał wtedy w Warszawie, a ja mieszkałem dwie ulice dalej… I on wpadł do nas do domu i widzisz – to jest człowiek Boży, wszedł i nie cackał się z nami. Od razu powiedział: „Żyjecie w grzechu”. Pomyślałem sobie: „Kurczę! Przecież to jest mój kumpel. Powinien poklepać mnie po plecach i powiedzieć: »Spoko, wszystko jest w porządku«. A on od razu: »Żyjecie w grzechu«”. Powiedział mi coś, czego moi koledzy nie powiedzieliby mi nigdy, bo są moimi kumplami, nie chcą mnie urazić itd. A on okazał się prawdziwym człowiekiem Bożym – powiedział mi prawdę. Później, po kilku miesiącach, udzielił nam ślubu. Zacząłem drogę w stronę Boga.

Okazało się, że by dotknąć Radykalnych, Pan Bóg wybrał… paulinów. Pamiętam zdumioną minę koleżanki ze wspólnoty, która zaoponowała: chyba dominikanów. Nie: paulinów. Tych od jasnogórskich świeczek.

Sielsko, nie anielsko

Tymczasem nasza wspólnota od kilku lat modliła się bez stałej opieki kapłana. Znajomi dominikanie powędrowali w świat i znów, jak dawniej, modliliśmy się samotnie. Po ludzku, rośliśmy jak na drożdżach. Charyzmaty, uśmiechy, piosenki. Nie wiedzieliśmy tylko, dlaczego często otrzymywaliśmy słowa z Księgi Sofoniasza: „Z pochodniami przeszukam Jeruzalem, i ześlę karę na mężów zastygłych na swych drożdżach, którzy mówią w swych sercach: »Nie uczyni Pan dobrze i źle nie uczyni«”.

Dziś widzę, że rosła jedynie nasza pycha i samouwielbienie, nie chwała Boża. Było sielsko, ale nie anielsko. Kwitło życie towarzyskie. Po modlitwie wspólne wypady do knajpy, na koncerty. Ludzie pytali: „Kto prowadzi waszą wspólnotę?”. „Ja. Z Panem Jezusem” – żartowałem. Niestety, była to porażająca prawda.

W grupie trwała nieustanna rotacja. Uniemożliwiało to jakąkolwiek formację. Jedni odchodzili, inni wracali. Przychodzili też nowi. Kiedyś pojawiła się dziewczyna. Bywała agresywna, jej prowokacyjne zachowanie wprowadzało w modlitwę sporo zawirowań. Jak zareagować? Żaden z kapłanów nie chciał interweniować. Poprosiliśmy o pomoc znanego z opowieści ojca Augustyna Pelanowskiego. Przyjechał. I został na kilka lat. Dojeżdżał od czasu do czasu, ale każde spotkanie zostawiało w nas trwały ślad. Mógłbym opowiadać o tym godzinami. Opiszę jedynie kilka sytuacji.

Kilkanaście osób otaczało ojca Augustyna, który odprawiał dla nas mszę św. W przypływie uniesienia powiedziałem: „Boże, oddaję Ci wszystko”. „A tak naprawdę oddajesz tylko śmieci. To, na czym ci nie zależy” – usłyszałem nad sobą stanowczy głos zakonnika. Zamurowało mnie. Poczułem się ośmieszony. Zarumieniłem się, skuliłem, ale w głębi serca czułem jedno: „On ma rację!”. Te słowa prawdy bardzo mnie oczyściły. Przez lata było ich wiele. Posługując się paulinem, Bóg zerwał wiele moich więzów.

„Jakub ujrzał drabinę, po której wędrowali aniołowie, gdy leżał na ziemi, a pod głowę podłożył sobie twardy kamień. Czy zachwyciłby się tym widokiem, gdyby spał w wygodnym łóżku, mając pod głową mięciutką poduszkę?” – pytał paulin. Doświadczyłem tego kilkakrotnie na własnej skórze. Na przykład, przed czterema laty, gdy zostałem pobity na pustej ulicy. Jak Jakub leżałem bezradny na ziemi. I w tym momencie dostałem SMS–a: „Jezus nigdy nie zapomni ci, że cierpiałeś dla Niego”. Drabina Jakuba była na wyciągnięcie ręki.

Obecność zakonnika była dla nas łagodnym przytuleniem Pana Boga, a jednocześnie towarzyszył jej ogień, ostre jak miecz Słowo. Tylko w Duchu Świętym można pogodzić te żywioły. Dotąd we wspólnocie karmiliśmy się pochlebstwami. Zamykały nas one na słowa prawdy. Wszyscy uśmiechali się, poklepywali po plecach. Gdy przyszedł zakonnik, z miejsca powiedział nam, zadowolonym z siebie katolikom: jesteście prawdziwą wewnętrzną ruiną. Na zewnątrz uśmiechy, żarty i dobre samopoczucie. I pozornie wszystko głęboko zanurzone w Bogu. Ale sam Bóg, przez słowa Biblii potwierdził to rozeznanie: „Jesteście ruiną, wasza świątynia jest skażona trądem”. Księga Kapłańska nakazywała: „macie zamknąć się, aby kapłan mógł oczyścić świątynię. Nie można wpuszczać nikogo nowego, aby… nie zakaził się trądem”.

Zrobiliśmy radykalne i bolesne cięcie. Wspólnota, która, jak się okazało, rzeczywiście stała na krawędzi, przetrwała. Posłuchaliśmy kierownika duchowego. Trochę wbrew sobie zamknęliśmy na pewien czas wspólnotę dla nowych osób. I okazało się, że wydało to same dobre owoce. Ci, którzy przychodzili dotychczas i milcząco siedzieli w kącie, zaczęli się otwierać i dzielić swą wiarą (a jeszcze częściej bezradnością). A nie przychodzi to łatwo… Modlitwa ustna przestała być domeną kilku pewniaków, stała się pokarmem wszystkich. Nawet tych, którzy dotąd milczeli. Coraz więcej rzeczy stawało się wspólnych.

„Pomnożę waszą liczbę” – takie słowo otwierało nam się często kilka lat temu. Może kiedyś Pan Bóg ją pomnoży, na razie solidnie okroił. I to, co dla wielu było bezsensowną, niepopularną decyzją („Zamykacie się? Jak jakaś sekta? I zostanie sama elitka?” – złośliwie pytali najczęściej ci, którzy spotkania omijali szerokim łukiem), okazało się prawdziwym błogosławieństwem. Wspólnota ocalała. Zupełnie wbrew logice tego świata: im więcej osób, tym lepiej.

Dreszcze

Pamiętam rozmowę, gdy paulin przekonywał nas: „Nie macie opieki kapłana. Przecież i szatan będzie wam przysyłał swoich apostołów”. Nie dowierzałem. Aż doświadczyłem tego na własnej skórze.

Przychodzili nie wiadomo skąd. Ich obecność wprowadzała w małej, słabej wspólnocie ogromny niepokój. Niektórzy ostentacyjnie nie klękali przed Najświętszym Sakramentem, inni nie chcieli odmawiać różańca. Po kilku latach widzę, że maryjna modlitwa, którą zaproponował nam o. Pelanowski, do dziś wiąże wspólnotę i jest papierkiem lakmusowym pomocnym w rozeznawaniu duchów. Kiedyś do salki wszedł mężczyzna. Przyszedł po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego, ale przeszedł mnie dreszcz. Stanął na uboczu, nie modlił się. Obserwował. Tydzień później klęczeliśmy przed Najświętszym Sakramentem. On stał pod filarem kościoła i… ironicznie się uśmiechał. Pamiętam, jak rozbiło to wiele osób i zamknęło usta tym, którzy i tak odzywali się nieśmiało od wielkiego święta. W czasie następnego spotkania mieliśmy wspólnotowe rekolekcje. Gdy skończyło się spotkanie i salka opustoszała, w ławce pozostał tylko ten jeden, dziwny mężczyzna. Podszedł do Pelanowskiego, który przyjechał akurat ze Słowem Bożym, i z jawną agresją rzucił: – Dlaczego wy, katolicy mówicie, że Maryja jest pośrednikiem? Przecież jedynym pośrednikiem jest Jezus Chrystus!

– A prosiłeś kiedyś kogoś o modlitwę? – spytał spokojnie kapłan.
– Tak…z
– Po co? Przecież jedynym pośrednikiem jest Jezus Chrystus.

Faceta zamurowało, omiótł mnicha drapieżnym spojrzeniem, obrócił się na pięcie i zniknął. Nie pojawił się więcej.

Prorok jak ogień

Przeżywałem wówczas bardzo trudny czas. Pan Bóg wiedział, kiedy przysłać o. Augustyna. Nie miałem z nim stałego kontaktu, a jednak jego słowa były jak przebłyski, zajączki światła na ścianie. Od czasu do czasu. Ale wystarczały, by odczytać w swym zagmatwanym życiu obecność Boga.

Czytałem wówczas słowa „W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi” i świetnie je rozumiałem. Dokładnie tak się czułem. Bóg ukazał mi się na końcu. Najważniejsze słowo zostawił na deser. Pamiętam, jak kiedyś siedziałem w kuchni przekonany, że jestem ostatnią osobą, na którą Bóg chce spojrzeć. I wówczas przyszedł SMS od paulina: „Bóg wpatruje się teraz w twoją twarz z ogromną radością”. Nie zapomnę tego do końca życia.

Czytaliśmy o gorczycy. Dlaczego Bóg, mówiąc o wierze przenoszącej góry, porównuje ją do najmniejszego z ziaren? – zastanawialiśmy się. I dotarło do nas. Siewca rzuca je na ziemię po to, by w niej umarło. Jeśli nie obumrzemy, nie przyniesiemy owocu. Zaczęliśmy skupiać się wokół krzyża. Ojciec Augustyn pisał maila: „Trwoży się moje serce, bo wiesz, jaki jest Pan… On chce zbawiać, a to wymaga umierania. Boję się jak i wy i… głoszę dalej! Błogosławię Was!”.

Kiedyś czytaliśmy zdumiewające słowo: „Następnie powstał Eliasz, prorok jak ogień, a słowo jego płonęło jak pochodnia. On głód na nich sprowadził, a swoją gorliwością zmniejszył ich liczbę. Słowem Pańskim zamknął niebo, z niego również trzy razy sprowadził ogień. Jakże wsławiony jesteś, Eliaszu, przez swoje cuda i któż się może pochwalić, że tobie jest równy?” (Syr 48,1–4).

To dopiero pedagogika! Wsławiony jesteś, Eliaszu, bo swoją gorliwością zmniejszyłeś naszą liczbę! I sprowadziłeś na nas głód! Bo przestało nam być miło i ciepło. Ale jakie wydało to owoce! Takim Eliaszem był dla nas paulin. Kilka razy sprowadził na nas ogień. Stał się dla mnie bardzo ważny. W pewnym momencie zbyt ważny. Dziś żartuję, że ufałem słowom papieża, ale lepiej było, gdyby potwierdził je Pelanowski. Zacząłem się uzależniać od jego opinii. „Pan Bóg widział tę relację i przeciął ją. Pan Bóg przyśle wam innego anioła” – zapewnił mnich, gdy żegnał się z nami trzy lata temu.

Co tydzień w niedzielny wieczór trwa modlitwa. Już bez fajerwerków. Przychodzimy, by usiąść przy Jezusie i potracić dla Niego czas. Znów opieka duchowa przyjęła wymiar wirtualny. W ruch poszły książki, płyty, empetrójki. Może to nowa forma towarzyszenia duchowego w XXI wieku? Z konieczności, nie z wyboru. Opisana na wstępie historia Joli i ojca Pio jest prawdziwa. Brakuje nam stałej obecności kapłana, a jednocześnie wdzięczni jesteśmy Bogu za wskazanie drogi. Pelanowski zaraził nas miłością do Słowa (często czytał je w oryginale), pokazał drogę. Jak Ambroży św. Augustynowi, Karol de Foucauld małym siostrom, Faustyna służebnicom Bożego Miłosierdzia.

Wspólnota modli się, co tydzień. Otoczona delikatną obecnością Boga. Maski opadły. Widzimy naszą słabość i delikatność. Ale w tym jest przecież sam Bóg. Teraz widać Go wyraźniej.

Alleluja i do tyłu
Marcin Jakimowicz

urodzony 1 czerwca 1971 r. – absolwent prawa Uniwersytetu Śląskiego, pisarz, redaktor „Gościa Niedzielnego”. Redaktor Wydawnictwa św. Jacka. Autor książek Radykalni...