Promieniowanie mistrza
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W przypadku prawdziwej wielkości nigdy nie jesteśmy onieśmieleni, nie czujemy się poniżeni, ale raczej unoszeni, jakby zaczynało się w nas rodzić coś ważnego i wielkiego.

Słowo „autorytet” pochodzi od łacińskiego auctor, czyli autor – twórca. Autorytet trzeba więc widzieć w kontekście twórczości. Mamy tutaj paradoks – muszą zostać spełnione wartości, podstawa bycia autorytetem, posiadania autorytetu, ale choć można te cechy wyrabiać, samemu za autorytet uznać się nie można. Trzeba mieć przyzwolenie społeczne, chociaż rzadko powszechne – jest się raczej autorytetem dla jakiejś grupy ludzi. Nie ma nic bardziej żałosnego niż samego siebie uważać za autorytet.

Mistrzostwo

Niezmiernie rzadko jest się autorytetem pod każdym względem. Trudno też, żeby autorytet w jednej dziedzinie był nim dla wszystkich ludzi. Istnieje również różnica między autorytetami fachowymi a autorytetem moralnym. Byłoby cudownie, gdyby te aspekty szły ze sobą w parze, ale zdarza się to rzadko. Jednakże, by zasłużyć na miano autorytetu, niezbędne jest mistrzostwo, doskonałość w jakiejś dziedzinie. Może nią być nie tylko wiedza, sztuka czy polityka. Istnieją wspaniali rzemieślnicy, o których powiemy, że są mistrzami. Jako szewcy czy krawcy są autorytetami – można zwrócić się do nich o radę i wskazówki.

Mistrzostwo jest najczęściej wynikiem świadomego, nieustannie akceptowanego wyboru. Chcę być wciąż lepszy – bez tego nie dojdę do doskonałości. Jeżeli ktoś mówi „wykonam pracę byle jak”, nie dojdzie do mistrzostwa i z pewnością nikt go za autorytet nie uzna. Istotna jest więc realizacja pewnego rodzaju powołania. Człowiek został postawiony w danej dziedzinie i czuje się odpowiedzialny. Dochodzi do wysokiego poziomu, jest uznawany za znawcę, można się do niego zwrócić o opinię albo rozstrzygnięcie. Autorytetem jest się zatem dla kogoś, nie dla siebie samego.

Prawdomówność, odpowiedzialność, niezależność

Jeśli ktoś ma być autentycznym autorytetem, jego dzieła muszą być wykonane w sposób możliwie najlepszy, wręcz doskonały. Autorytet jest często traktowany jako instancja rozstrzygająca. Zwracamy się doń w przeświadczeniu, że wie, jak rzecz wyglądać powinna, i nie skłamie. Musi być prawdomówny, a my bezwarunkowo przeświadczeni, że uzyskamy opinię prawdziwą, obiektywną i zgodną z jego najgłębszym przekonaniem. Z tego wynika poczucie odpowiedzialności. Kto zasłużył na miano autorytetu, jest jednocześnie uznany za odpowiedzialnego wobec czynów i słów, jest też odpowiedzialny za skutki, które będą w ludziach narastały.

Istnieje jeszcze jeden warunek: autorytet musi być niezależny, niepodatny na naciski, które by go wykorzystały dla cudzego interesu. Prawdomówność, odpowiedzialność i niezależność decydują o tym, że mamy do czynienia z osobą o określonych wartościach moralnych. Niezbędny jest więc pewien charakter moralny, nie tylko znawstwo, mistrzostwo.

Co znaczy „mieć autorytet” albo „być autorytetem”? Sformułowanie „mieć autorytet” wydaje się słabsze niż „być autorytetem”. Oczywiście, ktoś posiadający autorytet w jakiejś grupie może wiele zdziałać. Natomiast „być autorytetem” stoi o stopień wyżej. Mówimy o kimś, że jest autorytetem, jeżeli wszystkie cechy, wartości i warunki, o których wspomniałem, są w nim tak ułożone i zhierarchizowane, że tworzą jedność.

Mistrz i uczeń

Warto zastanowić się nad relacją, która z autorytetem jest blisko związana – mistrza i ucznia. W wypadku autorytetu drugi człon relacji nie jest tak wyraźny. Autorytet jest autorytetem dla kogoś, ale nie jest określone, kim jest ów ktoś. W wypadku relacji mistrz – uczeń, można wskazać pana Iksa – mistrza i pana Igreka, który jest jego uczniem. Ma miejsce dziwna sytuacja, którą opisuje mocne twierdzenie: nikt nie może sam uznać się za mistrza. Mistrzem czynią człowieka uczniowie. Jeżeli powiem: „Jestem mistrzem, bo mam mnóstwo uczniów”, robię niewiarygodne głupstwo, ponieważ ci, których uważam za uczniów, mogą powiedzieć: „My tobie nic nie zawdzięczamy, wydaje ci się tylko, że jesteś mistrzem. Mistrzem jest ten, który rzeczywiście był dla nas autorytetem, który nas wiele nauczył”. To teza, do której przywiązuję dużą wagę: ktoś jest mistrzem, kiedy zostanie choćby przez jednego ucznia za takiego uznany. Żeby tak się stało, musi spełnić też inne warunki. Wytworzyć w sobie wartości, cnoty, zwłaszcza intelektualne, tak zwane dianoetyczne, które decydują, że jest wybitnym specjalistą, mistrzem w jakiejś dziedzinie.

To jest warunek sine qua non. Pozostanie niespełniony, jeżeli ktoś będzie udawał, że posiada wiedzę albo sprawności. To ważne zwłaszcza w zakresie nauki. Trzeba nie tylko się nauczyć, ale też pewne rzeczy prześwietlić rozumem, zrozumieć, o co w nich chodzi. Bez tego – mówiąc brzydko – uczniowie czy studenci szybko pokapują się, że naucza ich ktoś słabo zorientowany. Prędzej czy później zostanie wykpiony.

Promieniowanie mistrzostwa

Pojęcia „autorytet” i „mistrz”, choć nie synonimiczne, są znaczeniowo bliskie. Autorytet nie musi jednak posiadać pewnej cechy niezbędnej w przypadku mistrza. Nazywam to „promieniowaniem mistrzostwa”. Nie wystarczą wiedza i umiejętność, trzeba osobą świadczyć o wadze tego, co robię. Stało się moim powołaniem, zasługuje na poświęcenie, dlatego teraz mam prawo stanąć przed ludźmi. To promieniowanie osobowości mistrza. Ostatecznie bowiem dzieło człowieka i jego wiedza przechodzą przez osobowość. On sam i dziedzina przechodząca przez niego trafiają do innych. To się dzieje mimochodem.

Mimochodem nie dokonuje się jednak inny warunek – przekazywanie wiedzy i dzieła mistrza. Nie ma mistrza bez dzielenia się! Dominikanie mają piękne hasło: Contemplata aliis tradere – co zostało przemyślane, przekontemplowane, winno być przekazywane innym. W tym sformułowaniu zawarty jest kolejny warunek obowiązujący mistrza. Co ma przekazywać? Wyniki swojej wiedzy i przemyśleń oraz tajemnice warsztatu. Wielkością nauczyciela jest, że potrafi tego dokonać. Czasami zaczyna od bardzo prostych rzeczy: pokazać, jak się czyta tekst, jak się dokonuje (okropnie mądrze się to teraz nazywa) jego hermeneutyki. Może pokazywać, jak pisać wypracowanie, pracę magisterską, analizować źródła. Czasami uczy bardzo technicznych rzeczy: ukształtowania materiału, zhierarchizowania go, ułożenia tekstu. To wszystko jest warunkowane jego własnym doświadczeniem.

Uczeń nad mistrza

Zły jest mistrz, który tajemnice rezerwuje dla siebie z powodu zazdrosnej obawy, że ktoś mógłby na podstawie jego dorobku zrobić to samo lepiej. Prawdziwy mistrz nie będzie zamykał drogi, żeby rzeczy robić lepiej. Motyw zazdrości nie wchodzi w rachubę! Cieszy się on osiągnięciami uczniów, przede wszystkim tych, którzy go przerośli. To trudne zadanie, bo każdy z nas jest zdeterminowany miłością własną. Niektórzy, patrząc na sukcesy uczniów, żółkną albo zielenieją z zazdrości. Niektórzy, jak Elsner uczący malutkiego Chopina, stwierdzą: „Wielki talent, geniusz muzyczny!”. Można powiedzieć, że Elsner był niezłym kompozytorem, bo napisał operę Biała gołąbka i parę mniejszych utworów, ale gdzie mu do któregokolwiek poloneza czy sonaty Chopina. Cieszył się, że ma ucznia, który go przerasta!

W muzyce jest kilka takich przykładów. Przywołam jeszcze jedną opinię, która mnie zawsze wzrusza. To wypisana na ścianie muzeum instrumentów muzycznych w Wiedniu opinia Haydna o Mozarcie. Powiedział do Leopolda, ojca Mozarta: „Bóg mi świadkiem, jakem uczciwy, oświadczam panu: pański syn jest największym kompozytorem, jakiego znam osobiście czy z nazwiska. Ma smak, ponadto największą wiedzę kompozytorską”. To mówi Haydn, artysta wybitny, niesłychanie płodny, jeden z największych kompozytorów w historii muzyki. Mozart nie był jego uczniem, ale Haydn bardzo go cenił, a kiedy wypowiadał te słowa, tamten był jeszcze młodziutkim kompozytorem.

Zdarzali się też, niestety, mistrzowie, wygłaszający o uczniach złe świadectwa ze strachu, że ich przerosną. Umiejętność dostrzegania wartości i wielkości pozwala uczniom rosnąć, sprawia, że zostają dowartościowani przez mistrza, czyli przez autorytet w danej dziedzinie.

Otwartość na ucznia

Jakie są dalsze cechy właściwego mistrzostwa? Może to zbyt wygórowane żądanie, niemniej sądzę, że trzeba je zaakcentować. Niesłychanie ważna jest otwartość czy tolerancja wobec poczynań ucznia. Spotykamy tendencję wychowywania na swój obraz i podobieństwo. Tymczasem indywidualności uczniów bywają rozmaite i nie wolno ich niszczyć. Wielkość mistrza potrafi dostrzec swoistość charakteru i talentu podopiecznego, pozwala mu rosnąć wedle modelu, który w nim jest. W każdym człowieku jest zalążek tego, co się w nim najprawdopodobniej rozwinie, jeśli tylko ktoś tego nie zniszczy. Istnieją szkoły naukowe, artystyczne, wydające niesłychanie zróżnicowanych uczonych czy artystów, a są „wyklepujące” wszystkich wedle jednego modelu. Taka była w malarstwie znana szkoła monachijska. Wszyscy malowali prawie tak samo, w słynnych, jak się potem śmiano, „sosach monachijskich”. Obrazy w szarych, ciemnoburych tonacjach. To nie jest złe malarstwo, tylko że można je na pierwszy rzut oka rozpoznać. Inaczej w przypadku impresjonistów, o których trudno mówić jak o jednej szkole.

Husserl i Twardowski

Jedna z najbardziej znanych grup filozofów wykształciła się w atmosferze filozofowania Edmunda Husserla i jest nazywana szkołą fenomenologów. Bardzo różni to filozofowie, niektórzy wierni dziełu Husserla, inni od niego odchodzący. Husserl nie miał nic przeciwko temu. Akceptował, że każdy idzie własną drogą. Nie tylko utrzymywał z uczniami serdeczne stosunki, ale prowadził głębokie dyskusje, przekonując do swoich racji. Jednym z uczniów, który bardzo od niego odszedł, zwłaszcza gdy chodzi o późny okres mistrza, był Roman Ingarden. Ale nie tylko on. Także Edyta Stein. Poszli swoimi drogami, chociaż Husserlowi ogromnie wiele zawdzięczali i zawsze uważali go za mistrza. Niesłychanie wzruszające było słuchać, jak Ingarden mówił o Husserlu jako o wybitnym filozofie, ale też o mistrzu.

Drugą szkołą, która mimo pewnych wspólnych cech wykształciła rozmaite osobowości, była tak zwana szkoła lwowsko–warszawska albo, ściślej mówiąc, szkoła Twardowskiego. Twardowski miał wiele pokoleń uczniów. Od Kotarbińskiego i Witwickiego – to najstarsza generacja – po Swieżawskiego i Dąbską. Pojawiali się w tym środowisku ludzie bardziej czy mniej związani z myślą Twardowskiego, chociaż wszystkich obowiązywał – i wszyscy to akceptowali – pewien szczególny rygor, ścisłość myślowa. Bardzo ważne i piękne było u nich przeświadczenie o wielkości i powołaniu filozofa. Miałem szczęście być w bliskim kontakcie z dwojgiem uczniów Twardowskiego: prof. Dąbską i prof. Swieżawskim. Pod pewnym względem pozostawali na antypodach filozoficznego myślenia. Prof. Dąbska żeglowała w kierunku sceptycyzmu, łagodnego, ale jednak sceptycyzmu, Swieżawski był filozofem związanym najściślej z myślą św. Tomasza z Akwinu. Bardziej związanym z myślą Tomasza chyba być nie można, co – i to jest cudowne – nie przeszkadzało w niesłychanej otwartości na inne typy filozofii. Ze mnie się śmiał, że wyhodował żmiję na swoim łonie, bo pociągał mnie Platon i neoplatonizm, a potem fenomenologia. Ale zawsze mówił to żartem, z niesłychaną miłością. Mój kontakt z profesorem był bardzo serdeczny. Nigdy nie miałem wątpliwości, że Swieżawski był moim mistrzem, podobnie jak Ingarden. Wspominam o tym, bo wielcy filozofowie, tacy jak Husserl i Twardowski, akceptowali, wręcz popierali różnorodność filozoficznego rozwoju uczniów. Znakiem mistrza jest więc tolerancja, otwartość na wielość uzdolnień i charakterów uczniów, życzliwy stosunek i pomoc, gdy tylko jest potrzeba.

Guru to nie mistrz

Jest jeszcze jeden warunek, który trzeba sformułować w zdaniu negatywnym. Mistrz nie jest, nie musi i nie powinien być guru. Nie prowadzi młodego człowieka pod każdym względem, nie pokazuje, co ma robić, a czego nie ma. Nie jest dobrze, kiedy uczeń wpatrzony jest w mistrza jako swojego guru. To zabija w nim inicjatywę, niszczy oryginalność myślenia i otwartość na rozwój intelektualny i duchowy. Guru, niestety, ingeruje w duchowość podopiecznego. Nie jest mistrzem w znaczeniu, o które mi tutaj chodzi.

Wielkość

Ostatnia cecha wiąże się z zarówno z autorytetem, jak i z mistrzostwem. Może się pojawić, gdy chodzi o realizację rozmaitych wartości, o których mówiliśmy w przypadku autorytetu i mistrza. To wielkość. Są autorytety, są mistrzowie, którzy dochodzą do takiego poziomu, że jesteśmy przekonani, iż mamy do czynienia z wielkością. Najczęściej dzieje się tak, kiedy wartości i uwarunkowania, o jakich mówiłem, dochodzą do optimum, doprowadzone do takiego poziomu, że wyżej już nie można. Wszystko jest, jak powie Norwid, w stanie „doskonałego dopełnienia”. W przypadku prawdziwej wielkości nigdy nie jesteśmy onieśmieleni, chociaż wiemy, że przerasta nas pod każdym względem. Nie tylko nie czujemy się poniżeni, ale czujemy się raczej unoszeni, jakby coś ważnego i wielkiego zaczynało się w nas rodzić. Kontakt z człowiekiem wielkim podnosi duchowo ku wyższym wartościom. Takie podniesienie pojawia się często niespodziewanie, ale na pewno jest związane z harmonią wartości, doprowadzonych w człowieku wielkim do optimum.

Jednak, powiedzą niektórzy, z wielkością bywa różnie. Zdarzają się ludzie wielcy z jednej, a mali z innej strony. Ten wątek spotykamy często, studiując biografie najwybitniejszych artystów. U każdego można znaleźć słabe punkty, każdemu można przykleić łatę. To prawda. Beethoven podobno był człowiekiem nieznośnym, żadna służąca nie wytrzymała z nim dłużej niż dwa lata. O Caravaggiu mówią, że był awanturnikiem, podobno nawet kiedyś zabił człowieka i musiał uciekać przed ręką sprawiedliwości. Mozart był hazardzistą, Modigliani zapił się na śmierć. Istnieją kontrasty trudne do pojęcia.

Co robić, jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, czy to byli wielcy artyści, wielcy ludzie? Byli wielkimi artystami – to nie ulega wątpliwości. Ale co sądzić o ich osobowości, wielkości człowieczeństwa? Są ludzie, uwielbiający odbrązawianie. Kiedyś Boy–Żeleński zarzucał biografom naszych wielkich wieszczów, że stawiają ich na piedestale, przetapiając w pomniki z brązu. Według niego zadaniem dobrego krytyka, historyka sztuki i literatury jest odbrązawianie. Mam dokładnie odwrotną opinię. Gdy osądzamy wielkich ludzi, nie zwykły życiorys powinien być brany pod uwagę, ale odwrotnie – powinniśmy ich widzieć przez dzieła. Nie dopatrywać się w dziełach słabości charakteru twórcy, tylko patrzeć na wielkość Beethovena poprzez wielką IX Symfonię, na wielkość Caravaggia poprzez jego obrazy – Powołanie św. Mateusza czy Nawrócenie św. Pawła. Trzeba widzieć w dziełach przejaw tego, co w osobowościach, w charakterach, w duszach artystów jest największe. Właśnie tam przejawili się prawdziwi, ujawniał się ich charakter, osobowość, prawdziwy duch.

Odczyt publikujemy dzięki życzliwości działającej przy Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim „Beczka” Dominikańskiej Szkoły Współczesności. 18.12.2004 roku zorganizowała ona w Krakowie sesję „Autorytety”, na której wypowiadał się prof. Władysław Stróżewski. Tekst publikujemy za wiedzą i łaskawą zgodą, ale bez autoryzacji Pana Profesora. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Promieniowanie mistrza
Władysław Stróżewski

urodzony 8 czerwca 1933 r. w Krotoszynie – polski filozof, profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, kontynuator tradycji fenomenologii Romana Ingardena....