fot. Unsplash/Aaron Burden

Z niedowierzaniem patrzę na stado, które rzuciło się jak wygłodniałe hieny na padlinę i prześciga się w posądzaniu papieża Wojtyły o zamiatanie pedofilii pod dywan i krycie seksualnych dewiantów. To nasza typowa polska cecha, brak umiaru – zarówno w pochwałach, jak i w podnoszeniu zarzutów.

Minęło zaledwie kilkanaście lat od kwietniowych dni 2005 roku, kiedy mówiliśmy o narodowych rekolekcjach, magicznym czasie i narodzinach pokolenia JP2. Gdy ulice krzyczały „Santo subito!”, a celebryci wylewali łzy i łamiącym się głosem wyznawali przed kamerami, jak wiele zawdzięczają Janowi Pawłowi II. Politycy i dziennikarze twierdzili, że takiego drugiego nie było i długo nie będzie. Że dzięki papieżowi z Polski jest Unia i Europa, i upadek komunizmu, i że w jego osobie świat stracił niekwestionowany punkt odniesienia. Rady gmin i miejskich metropolii prześcigały się w nadawaniu jego imienia szkołom, szpitalom, ulicom i placom. Kto tylko mógł, odkurzał archiwalne zdjęcia, z dumą pokazując, że też ściskał rękę papieża Polaka, był pod oknem na Franciszkańskiej, machał do białego pielgrzyma i jest pewien, że i on na niego patrzył.

Nie jemu, ale nam były potrzebne tytuły honorowego obywatela, nagrody i doktoraty honoris causa. Dzięki nim byliśmy lepsi i mądrzejsi. Pozwalał nam na takie używanie siebie, choć dla wielu było to szokujące. Tańce przybyszów z dżungli, światowi dostojnicy zaludniający papieskie audiencje na równi z chorymi tulącymi się do papieskiej sutanny. Wieńce z kwiatów i indiańskie pióropusze zakładane na głowę. Misie koala i popularni rockowi artyści ustawiani do pamiątkowych zdjęć. Tysiące futbolowych koszulek wręczanych mu niczym kapitanowi drużyny piłki nożnej, hokeja czy ping-ponga. Pluszowe misie i portrety koszmarki przynoszone w dowód wdzięczności. Odwzajemniał się całowaniem ziemi i przemawianiem ojczystymi językami. Odwagą mówienia „przepraszam” i dialogiem ze światem, który coraz bardziej oddalał się od Kościoła. Robił to naturalnie, dając się prowadzić i wydając siebie do końca. Nie oszczędził nic ze swojej prywatności i pozwolił, by kamery śledziły każdy jego ruch. Tak było na początku przy okazji narciarskich wypadów w Alpy, aż do końca po obrazy grymasów i bezbronności w ostatnich dniach choroby.

Po piętnastu latach wszystko się skończyło. Wojtyła już nie zagraża, a czas gra na jego niekorzyść. Dyżurni komentatorzy zajmują ciepłe miejsca w loży krytyki, która nie znosi pustki. Oczywiście nie są banalni i wulgarni. To racz

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się