Zdjęcie do artykułu Dzień pingwina
fot. Rafał Masłow

Macie pięćdziesięciu sześciu synów?!

Tak o nich myślimy. Ale inicjatywa wyszła od chłopców. To oni pierwsi zaczęli mówić do nas „mamo”. Oczywiście nie wszyscy. Są tacy, którzy nigdy nie poznali swojej mamy, albo nie wiedzą, że mama istnieje, i to właśnie oni chcą tak do nas mówić. Więc trudno nie poczuć się mamą i nie nazwać ich synami.

Czy to wzajemne bycie dla siebie mamą i synem zmienia wasze relacje? Syn to jednak zupełnie ktoś inny niż podopieczny…

No zdecydowanie. I to nie wynika tylko z samej nazwy. My naprawdę jesteśmy zakochane w naszych chłopakach, taka relacja angażuje. A oni bardzo nam w tym pomagają, żeby być dla nich mamami. Czasami ta matczyna miłość walczy z pedagogiką… Co z tego, że przed chwilą narozrabiał, przecież to jest mój ukochany synek, więc muszę go przytulić. Powiedziałam, że już nic mu nie kupię, a jednak następnego dnia serce mięknie i kupuje się coś wymarzonego dla naszego synka. W rodzinie jest jedna mama, która ma swój pomysł na wychowanie dzieci, a tutaj każda z nas ma inne doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego, inne doświadczenia pedagogiczne i musimy się jakoś dogadać. I to jest niesamowite, że nawet się nie wkurzamy, jeśli któraś nie jest konsekwentna, żeby na przykład coś wyegzekwować…

Czy trudno być mamą dla nie swojego dziecka?

Myślę, że nie. Rodzona mama jest ze swoim niepełnosprawnym dzieckiem w domu najczęściej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma go z kim zostawić, nie ma kiedy odpocząć, nie może wyjechać. My się zmieniamy przy dzieciach, mamy urlopy, możemy zregenerować siły, bo wiemy, że w tym czasie nasi synowie są pod dobrą opieką, otoczeni miłością. Rodzonym mamom tego oddechu bardzo brakuje.

Czy jeśli pod jednym dachem jest tyle dzieci i tyle mam, udaje się zbudować dom?

No pewnie! My nawet w nazwie mamy słowo „dom”. Dom Chłopaków. I to taki otwarty na ludzi, którzy odwiedzając nas na chwilę, często zostają z nami na kilka miesięcy czy nawet lat, jak chociażby wolontariusze. I mówią, że czują się u nas jak w domu. Bo to jest dom, a nie instytucja. Bardzo nas denerwuje, jeśli ktoś nazywa to miejsce ośrodkiem. Ośrodek kojarzy się z tymczasowością. Kiedy projektantka planowała wnętrza naszego domu, to błagałyśmy ją, żeby ani jeden centymetr kwadratowy nie przypominał instytucji, tylko był wypełniony atmosferą domu. Zależało nam na tym, by chłopcy mieli piękny salon, kuchnię, jadalnię, żeby ich pokoje były ich wymarzonymi pokojami, a nie salami. I to jest niesamowite, że kiedy jesteśmy z chłopakami na wyjeździe, czasami nawet w bardzo atrakcyjnych i luksusowych miejscach, to oni już po dwóch dniach płaczą, że chcą jechać do domu. Bo to mi

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się