Twarze i imiona
Nie tak dawno byłem świadkiem rozmowy na temat kampanii plakatowej, za pomocą której pewna grupa chrześcijan przypomina innym, że coś jest GRZECHEM. W kolejnych dniach okazało się, że dyskusja wokół akcji toczy się szerzej – w internecie, w telewizji i zapewne znajdzie też swoje miejsce w prasie. Jednak pisanie felietonu do miesięcznika ma tę zaletę, że można nie odnosić się do gorącego nurtu dyskusji – i tak tekst ukaże się, gdy wszystko zdąży wystygnąć. Mogę zatem spokojnie zająć się wątkiem pobocznym…
Na wzmiankowanych plakatach najbardziej eksponowane było słowo „grzech”. I jemu właśnie chciałbym poświęcić parę słów. A raczej temu, jak to słowo jest dziś rozumiane. Wydaje mi się, że ma ono dla mnie zupełnie inne znaczenie niż dla niejednego ochrzczonego w Kościele katolickim mieszkańca Polski. Grzech to rzecz egzystencjalnie straszna: świadomy wybór zła. Wybór, którego konsekwencją jest rozdarcie życiodajnej relacji z Dawcą życia, zaburzenie – nieraz bardzo poważne – relacji z innymi ludźmi oraz wewnętrznej, tożsamościowej równowagi. Rozumiem więc, że gorliwy chrześcijanin może chcieć ustrzec swoich braci przed czymś takim.
Trzeba to napisać wprost i podkreślić wężykiem: Grzech kojarzy się wielu ochrzczonym tylko z bliżej niesprecyzowanym rytualnym tabu. Jak się „to coś” zrobi, to się jest „nieczystym” i nie można w pełni odprawiać katolickich obrzędów, a głównie jednego: „chodzić do komunii”. Mogą być też oczywiście problemy z dopuszczeniem dziecka do chrztu i komunii, z byciem chrzestnym i świadkiem na ślubie. No i w skrajnym przypadku z pogrzebem (ale to już właściwie problem rodziny). Coś tam jeszcze było na religii o tym, że się pójdzie do piekła. Ale tych bajek o smole i diabełkach już chyba nikt nie bierze na serio. A poza tym: Bóg mnie pośle do piekła, bo raz nie byłem w niedzielę w kościele? Serio?
Teraz mogę wyjaśnić tytułowe słowo. Uważam, że termin grzech (nie samodzielnie, ale wraz z całym pakietem słów i pojęć wyrażających centralne intuicje chrześcijańskiej nauki o zbawieniu – z tym ostatnim słowem włącznie, jeśli nie na czele) uległ procesowi skościółkowacenia. To znaczy został wciśnięty – nie bez udziału teologii i duszpasterstwa przeakcentowującego przez wieki rytualną stronę katolicyzmu – do zbioru słów, które mają znaczenie jedynie rytualne i jakikolwiek sens mają tylko w kultycznej przestrzeni odniesienia. Nie mają natomiast egzystencjalnego przełożenia: nie opisują nic z codziennego, niekościółkowego doświadczenia.
Przerysowuję oczywiście. Proces jest bardziej zniuansowany. W sytuacjach mniej skrajnych daleko posunięte skościółkowacenie ujawnia się już u praktykujących katolików. Na przykład w spowiedzi: penitent dostrzega wyłącznie wykroczenia rytualne i tylko te uznaje za grzechy (nie byłem na mszy, nie modliłem się, jadłem mięso w piątek) niezależnie od tego, czy w działanie w ogóle zaangażowana była wola (np. przy opuszczeniu mszy w czasie choroby). Wyżej opisałem stan skrajny – punkt dojścia, który wiąże się współcześnie z opuszczeniem (świadomym lub dryfującym) przestrzeni rytualnej. Przecięcie się z jednej strony procesu kościółkowacenia, z drugiej – nowożytnych procesów desakralizacji świata i dekonstrukcji instytucjonalnych autorytetów, generuje sporą siłę odśrodkową… Jej efektem są osoby, które żyją w sytuacji grzechu nie dlatego, że nie wiedzą, iż w ramach katolickiego systemu coś takiego jest/nazywa się grzechem. Żyją tak, bo ten fakt ich egzystencjalnie ani ziębi, ani grzeje: mentalnie już opuścili kościółek. Czy chcą zła w swoim życiu? Głęboko wątpię. Tylko niekoniecznie potrafią odkryć, nazwać i przeżyć faktyczną życiową szkodliwość swojej sytuacji. I dlatego jestem sceptyczny co do możliwości przywołania ich do porządku przypominaniem, że „żyją w grzechu” albo administracyjnym ostracyzmem w kancelariach parafialnych.
Po mojemu nie ma wyjścia: trzeba upiec ciasto, kupić wino i iść w gościnę do grzesznika, nim do reszty skościółkowaciejemy i przekonamy samych siebie, że nam (z wiadomych, rytualnych powodów) nie wolno, a przynajmniej grubo nie wypada.
Oceń