Jest źle, a będzie gorzej
fot. wolfgang hasselmann / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Wyczyść

Świąteczna rozmowa z moim serdecznym przyjacielem była niezwykle gorąca, pełna stanowczych deklaracji, słów oburzenia i gestów rozpaczy. Nie dlatego jednak, że pokłóciliśmy się politycznie, biznesowo czy cywilizacyjnie. Nie pożarliśmy się o Smoleńsk, o Palikota czy Nergala. Wręcz przeciwnie, było burzliwie, bo zgadzaliśmy się co do joty i nakręcaliśmy się wzajemnie, dodając kolejne argumenty, przerzucając się śmiałymi tezami, które zawsze prowadziły do tej samej konkluzji: jest źle, a będzie gorzej.

Czy domyślają się już państwo, o czym rozprawialiśmy z takim zapałem? O młodych ludziach, rzecz jasna, i o tym, co wciskają im dziś do głów szkoły, a raczej, czego nie wciskają. Odniosłem zresztą wrażenie, że to dzisiaj główny temat naszych polskich, domowych i biurowych debat, bo wcześniej odbyłem już kilka takich rozmów, później jeszcze jedną, a zapewne parę mnie jeszcze czeka. Jako ojciec dwojga nastolatków mam szczególne inklinacje do psioczenia i załamywania rąk, ale chyba przesady w tym niewiele, bo rzeczywiście jest nad czym załamywać ręce i jest na co psioczyć.

Wróćmy do wspomnianej, wielkanocnej dysputy. Stwierdziłem z teatralnym przerażeniem na twarzy, że o ile dzisiejsi gimnazjaliści i licealiści w przyszłości z trudem będą pamiętać tytuły lektur, które mieli obowiązkowo przeczytać, tak my, czterdziestolatkowie, dokładnie pamiętamy, których lektur… nie przeczytaliśmy. Ja nie przebrnąłem przez jedną. Okazało się, że mój przyjaciel także. I, co ciekawe, była to ta sama, gruba i nudna powieść, nad której autorką nie będę się tutaj znęcał, zaznaczając jedynie, że jej nazwisko zaczynało się na literę „O”, a akcja książki toczyła się nad pewną szeroką rzeką.

Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem i mocno uścisnęliśmy sobie dłonie, bo choć znamy się od lat i mamy zbliżone poglądy na życie, nie wiedzieliśmy, że łączy nas coś jeszcze: nieprzeczytana za młodu lektura.

Pamiętam ten tytuł, bo pamiętam to nieprzyjemne, gryzące poczucie winy z powodu owego zaniedbania. Dojechałem do połowy i odłożyłem powieść na półkę, a potem musiałem się intensywnie gimnastykować, odpowiadając na szczegółowe pytania nauczycielki.

Pamiętam też, że tych przeczytanych lektur było całkiem sporo. Literatura polska, europejska, wszystko w całości, nie jakieś tam fragmenty czy rozdziały. Wówczas nie toczyła się dyskusja o tym, czy kazać dzieciom czytać Sienkiewicza czy Gombrowicza i czy przypadkiem zbyt duża liczba obowiązkowych lektur nas nie przeciąży. Na szczęście nie mieliśmy zbyt wielu rozrywek, oprócz wielogodzinnego kopania piłki na podwórku, gry w kapsle lub wieczornego westernu, z listą dialogową czytaną przez Jana Suzina. Nie mieliśmy fejsbuków i tłiterów, gier komputerowych, więc otwieraliśmy książki – choć czasami z niechęcią – ale jednak nie traktowaliśmy ich jako gorzkiej pigułki, którą trzeba połknąć każdego dnia. Ba, mnie zdarzało się przeczytać lekturę dwa razy, np. Quo vadis Sienkiewicza, i o dziwo nie miałem poczucia, że jestem „przeciążony” lub zmuszany do wykonywania znienawidzonej czynności.

Teraz dzieciaki z własnej woli czytają oczywiście dużo mniej. W wielu domach, które miałem okazję odwiedzić, książek jest bardzo mało albo nie ma ich w ogóle. Niektóre klasowe koleżanki mojej córki wręcz szczycą się tym, że książek nie dotykają. Wydawałoby się więc, że powinno się listę lektur raczej poszerzać niż zawężać, żeby oderwać nastolatki choć na chwilę od otaczającego je chłamu. Ale jest dokładnie odwrotnie: skoro literatury w szkole jest coraz mniej, to znaczy, że nie jest w życiu taka ważna. Że dziewczynki mogą spokojnie oddać się lekturze „Bravo Girl”, a chłopcy poświęcić kilka godzin dziennie na zabijanie oprychów w jakiejś fascynującej grze. Bez wyrzutów sumienia i bez ględzenia ze strony rodziców, którzy właśnie oglądają Dr. House’a.

Dziękuję Bogu, że mam dzieci, które lubią czytać (choć lubią też leniuchować i grać na komputerze), bo nawet jeśli nie zostaną zmuszone do przeczytania paru ważnych książek w szkole, to być może same sięgną po nie w przyszłości. Być może uda się w mojej rodzinie zachować jakąś kulturową ciągłość, może moje wnuki będą jeszcze wiedziały, skąd pochodzi wers „Być albo nie być”, dlaczego „Chińczyki trzymają się mocno” i kim był doktor Judym. Choć wielkich nadziei sobie nie robię…

Wspólnie z moim przyjacielem doszliśmy do przerażającego wniosku, że PRL-owska szkoła była pod wieloma względami lepsza niż obecna. Owszem, uczyliśmy się zakłamanej historii, długa była lista książek zakazanych, lecz zdobyliśmy wiedzę na temat historii, literatury i sztuki prawdopodobnie po wielokroć przekraczającą zasoby, które przekazuje się obecnym nastolatkom.

Dzisiaj zanika kulturowy kod, niszczy się aspiracje, awans społeczny w coraz mniejszym stopniu kojarzy się z oczytaniem, erudycją, wszechstronnym wykształceniem. Co gorsza, zwolennikami edukacji „lekkiej i przyjemnej” są ci sami ludzie, którzy odmieniają przez wszystkie przypadki słowo „Europa”. A przecież jesteśmy Europejczykami nie dlatego, że należymy do Unii Europejskiej, lecz dlatego, że znamy Szekspira, Cervantesa, Balzaca, Goethego czy Petrarkę. Bez nich nie będziemy Europejczykami. Bez Sienkiewicza, Norwida i Miłosza nie będziemy Polakami. Będziemy wyłącznie podatnikami, konsumentami i sales managerami.

Jest źle, a będzie gorzej
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze