Czy zwierzęta mają duszę?

Czy zwierzęta mają duszę?

Spotkałem niedawno na Ukrainie starego chłopa, który opowiedział mi następującą historię:

– Ojciec mój miał konia, a ten koń był jego najlepszym przyjacielem. Zawsze jako pierwszy rozpoznawał, kiedy ojciec jest smutny. Podchodził wtedy do niego, kładł swój łeb na jego ramiona i ocierał się tym łbem o głowę ojca. Kiedy jechali razem po drewno do lasu, przekomarzali się zawsze, czy wóz nie jest przeładowany. Kiedy ojciec załadował za dużo, koń kręcił przecząco głową i nie chciał ruszyć; ojciec zrzucał drewno za drewnem na ziemię, a koń kręcił głową: jeszcze, jeszcze, jeszcze… W końcu koń prychał, że dosyć i kiwał łbem, że można ruszać. Mijały lata, koń się zestarzał, coraz mniejsze ciężary mógł ciągnąć, coraz dłużej smutnym wzrokiem spoglądał na ojca. Pewnego razu przyszedł do nas agronom i przy poczęstunku powiedział ojcu: „Jest okazja wziąć konia do rzeźni. Stary jest, do roboty się nie nadaje. Lepiej załadować go teraz, póki są tu moi pomocnicy, niż później ciągnąć go samemu do rzeźni i patrzeć mu w oczy”. W ojca jakby piorun strzelił. Huknął pięścią w stół. „To wy nie wiecie, co to za koń! – wykrzyknął. – Dla was koń to tylko mięso, ścięgna i kości, a gdzie dusza?”. W tym momencie agronom ze łzami w oczach wybiegł z chaty. Matka skoczyła na ojca: „I co żeś, durniu stary, narobił, naubliżałeś człowiekowi i się obraził. Biegnij i go przeproś!”. Agronoma jednak w pobliżu chaty nie było. Zjawił się po godzinie. Ojciec chciał coś powiedzieć, ale tamten mu przerwał: „Macie rację – powiedział. – Koń to nie tylko mięso i kości. Miałem kiedyś karego ogiera, do którego byłem bardzo przywiązany. Służyłem wtedy w Białej Armii. Biliśmy się na Kubaniu. Pewnego razu nasz dowódca zarządził atak kawaleryjski w miejscu, gdzie nie spodziewaliśmy się wielkich sił wroga. Ruszyliśmy do boju i nagle mój posłuszny zawsze koń stanął dęba i zanim zdążyłem zdumiony zareagować, bo nigdy mi takich niespodzianek nie robił, zrzucił mnie na ziemię, a sam zwalił się przede mną. W tym momencie rozpoczęła się kanonada z kulomiotów. Bolszewicy zastawili zasadzkę i urządzili krwawą jatkę. Z mojego oddziału nikt nie ocalał. Koń był podziurawiony jak sito, a krew z niego lała się prosto na mnie. Potem bolszewicy chodzili po polu i dobijali rannych. Udawałem martwego. Poczułem, jak dotykają mnie bagnetami i usłyszałem, jak jeden mówi do drugiego: „Kto by pomyślał, że w białych jest tyle krwi”. Agronom skończył opowieść i powiedział: „Rozumiem, że koń może być przyjacielem”. Ojciec nie oddał konia do rzeźni i ten umarł – bo jakoś przez gardło nie może mi przejść, że zdechł – na rękach mojego ojca.

Opowieści tej przysłuchiwał się inny mężczyzna, w średnim wieku, ale wyglądający dość staro. Jako młody chłopak został wcielony do Armii Sowieckiej i wysłany na wojnę do Afganistanu. Ten opowiedział następującą historię:

– Niosłem kiedyś jedzenie na nasz oddalony posterunek. Nagle na drogę wypełzł wąż. Rozpoznałem od razu, że był jadowity. Sunął powoli w moim kierunku, a ja obie ręce miałem zajęte żarciem. Rzuciłem jedzenie w jego stronę. Znieruchomiał, a po chwili zabrał się do połykania wszystkiego, co mu rzuciłem. Obserwowałem go nieruchomo. Kiedy zjadł, odpełzł w krzaki. Kilka dni później szedłem na ten sam posterunek. Nagle w tym samym miejscu wypełzł wąż. Nie wiedziałem, czy to ten sam, czy tylko taki sam. Był zbyt blisko, bym mógł uciec. Nie mogłem sięgnąć po broń, bo miałem ją przewieszoną przez ramię. Znieruchomiałem. Wąż podpełzł pod moje stopy, po chwili poczułem, jak oplata się wokół mojej nogi, potem ślizga po brzuchu, aż wreszcie kątem oka zobaczyłem jego głowę. Unosiła się nad moim ramieniem i czułem, że wpatrywała się we mnie bez przerwy. Była kilka centymetrów od mego policzka.

Mężczyzna przerwał opowiadanie: „Widzicie moje siwe włosy?”, zapytał. „Wtedy osiwiałem, w jednym momencie. Znieruchomiałem to za mało powiedziane, ja po prostu skamieniałem. On też. Czułem, że ani drgnął. Tylko od czasu do czasu wysuwał i chował swój język, a ja czułem jego muśnięcia na policzku. Nie wiem, jak długo tak staliśmy. Wreszcie ni stąd ni zowąd poruszył się, powoli zsunął się ze mnie i zniknął w krzakach. Spojrzałem za zegarek: minęły dwie godziny. Kiedy przyszedłem na posterunek, wszyscy moi koledzy leżeli martwi. Mieli poderżnięte gardła. Ich ciała były jeszcze ciepłe, a więc musieli zginąć niedawno, nie dalej jak godzinę temu. Gdyby nie zatrzymał mnie wąż, leżałbym razem z nimi”.

Zapadło milczenie. Wszyscy obecni popadli w zadumę. Może zwierzęta widzą więcej niż my? Księga Liczb podaje, że oślica Baalama zauważyła stojącego przed nią Anioła, podczas gdy jadący na jej grzbiecie właściciel nie dostrzegł niczego. Pierwsza Księga Samuela opisuje krowy, które nie kierowane i nie popędzane przez nikogo, ciągnąc na wozie Arkę Przymierza, bezbłędnie trafiły z obozu Filistynów do Izraelitów. Świętego Jana od Krzyża wyprowadził z więzienia na wolność pies. Słusznie zauważył swego czasu Tadeusz Żychiewicz: „ostatecznie żadne bydlę nie wymyśliłoby tortur, bezeceństw i najróżniejszych paskudztw, które wymyślił człowiek. Nie widział też nikt, aby zwierzę zdemoralizowało człowieka. Widziano natomiast, jak człowiek demoralizuje zwierzęta. To człowiek uczy je nienawiści – i strażnicze psy łagierne pozostaną na wieczną hańbę człowieka”.

Czy zwierzęta mają duszę?
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...