Następca po tysiącu lat

Następca po tysiącu lat

Stara katedra kołobrzeska przyjęła na wieczny spoczynek ciało śp. Biskupa Ignacego Jeża. Spoczął jako pierwszy biskup koszalińskokołobrzeski w krypcie, tuż obok płyty upamiętniającej biskupa Reinberna, który był biskupem w 1000 roku w Kołobrzegu podległym metropolii gnieźnieńskiej. Nie wiemy, gdzie jest grób biskupa Reinberna, gdzieś daleko na Rusi Halickiej, dokąd posłował z polecenia króla Bolesława Chrobrego.

Biskup Ignacy był jego prawowitym – po tysiącu lat – następcą. Bardzo świadomie chciał spocząć w krypcie kołobrzeskiej. Jego długie życie – ponad 93 lata – zakończone w dniu rocznicy wyboru Przyjaciela na Stolicę Piotrową w Rzymie zaskoczyło nas wszystkich, bo dla nas biskup Ignacy był znakiem. 70 lat kapłaństwa, 47 lat posługi biskupiej i zawsze uśmiech na twarzy. Obok innych najwyższych odznaczeń posiadał Order Uśmiechu. Gdy go otrzymywał, musiał bez skrzywienia twarzy wypić szklankę soku cytrynowego. I zrobił to. Tak jak całe życie przeżył bez skrzywienia mimo nadzwyczaj trudnych zadań, jakie wyznaczyła mu Opatrzność Boża. Bo czyż kilkuletni pobyt w Dachau nie był takim trudnym zadaniem? Czyż praca w czasach stalinowskich z młodzieżą nie była takim zadaniem? A przemierzanie ogromnych przestrzeni, najpierw z Gorzowa, a później z Koszalina, by „w porę i nie w porę” utwierdzać braci w wierze, nie było to trudne zadanie wyznaczone przez Opatrzność? Czy wreszcie ostatnie piętnaście lat, gdy jako Biskup Senior mógł odpocząć, a jednak był zawsze prężny. Do końca.

Na Biskupa Ignacego ciągle patrzę jak na swojego głównego Nauczyciela, który w Imię Chrystusa uczył mnie i karcił, gdy zaszła potrzeba. To on na mnie włożył apostolskie ręce, jeszcze jako biskup pomocniczy w Gorzowie, a potem dwadzieścia lat był „Szefem”. Trochę się go wtedy bałem – tak jak szefa, ale chyba bardziej go kochałem. Pamiętam wspólną wyprawę z innymi kapłanami, pod jego przewodnictwem, do Ziemi Świętej. W Eljad nad Morzem Czerwonym poszliśmy się wykąpać. W pewnym momencie biskup Ignacy zapytał mnie, czy umiem pływać. Odpowiedziałem: „w życiu”. „W życiu to ja wiem, ale czy w wodzie” odrzekł i popłynęliśmy daleko w morze. W pamięci pozostanie mi wspólna wyprawa do Sankt Petersburga w 1995 roku na poświęcenie cmentarzyska 46 tys. pomordowanych (w tym 15 tys. Polaków) na Liwaszowie. Mordowano ich w „wielkim gmachu nad Newą”, czyli w leningradzkiej siedzibie NKWD, a później wywożono do lasu, do zbiorowych mogił, tam, na Liwaszowie. Do 1992 roku terenu tego strzegły wojska wewnętrzne KGB. Gdy wreszcie można było postawić krzyże – prawosławny i katolicki – ówczesny konsul generalny w Sankt Petersburgu śp. Zdzisław Nowicki zaprosił Biskupa Ignacego, by w imieniu katolików poświęcił krzyż katolicki. Zresztą metropolita prawosławny powiedział wyraźnie, że jeżeli będzie święcił arcybiskup Kondrusiewicz z Moskwy, to żaden duchowny prawosławny nie weźmie udziału w tej uroczystości. Obecność Biskupa Ignacego była jednak nie tylko rozwiązaniem kompromisowym, ale wynikała z wielkiego szacunku do jego osoby. Wtedy także Ola – młodsza córka konsula Nowickiego, ucząca się w Sankt Petersburgu, miała przystąpić do sakramentu bierzmowania. Arcybiskup Kondrusiewicz nie tylko wyraził zgodę, ale zostawił jeszcze swój pastorał, by nie wozić z Polski. Tak więc Ola była bierzmowana w Sankt Petersburgu z 25 Rosjanami przez swojego Biskupa z Polski.

Ta wyprawa do Rosji obfitowała w ciekawe zdarzenia. Już na samą propozycję udania się do Rosji Biskup Ignacy powiedział mi: „Co wyście wymyślili, ja przecież nawet przeklinać po rosyjsku nie umiem, a co dopiero mówić…”. I śmiał się głośno. Przyjechaliśmy do Sankt Petersburga w prawosławny Wielki Piątek. W Wielką Sobotę towarzyszyłem biskupowi w zwiedzaniu czynnych cerkwi. Wieczorem było bierzmowanie Oli, a na godzinę 22 pojechaliśmy do Morskiego Soboru na Noc Paschalną. Biskup Ignacy ubrany był w fiolety – w historii Cerkwi Prawosławnej w Rosji był pierwszym biskupem rzymskokatolickim uczestniczącym w tej najważniejszej w ciągu roku liturgii. Sobór Morski pełnił wówczas funkcję prokatedry petersburskiej. Jest dwupoziomowy. Uczestniczyliśmy w liturgii na piętrze, w głównej części cerkwi. Wypełniona była po brzegi, a liturgię sprawowało sześciu kapłanów z dwoma diakonami. Co ciekawe, główny celebrans zwracał się do Biskupa Ignacego z prośbą o błogosławieństwo, a wszyscy celebransi okadzali go, jako pierwszego, stojącego za Carskimi Wrotami. To było wzruszające. Byliśmy tam do 3 nad ranem – musieliśmy wracać, bo o godzinie 11 ks. Biskup miał celebrować sumę w jedynym wówczas czynnym kościele katolickim Najświętszej Maryi Panny z Lourdes. Podczas tej mszy słyszeliśmy piękny śpiew gregoriański, byliśmy nim zachwyceni. O godzinie 15 mszę miała Polonia petersburska, biskup Ignacy wygłosił dla niej kazanie, ja zaś byłem celebransem. Gdy wyszedłem, aby rozpocząć mszę, Biskup Ignacy siedział na uroczystym tronie biskupim, konsul Zdzisław stał w tłumie wiernych, a stare „polonuski” zaczęły szeptać między sobą, patrząc na mnie. Po skończonej mszy udałem się do zakrystii, a Biskupa odprowadzono do drzwi kościoła. Gdy podszedłem do samochodu, zdziwienie „polonusek” doszło do zenitu. Jedna z nich nie wytrzymała i śpiewnym głosem zawołała. „A myśmy myśleli, że pan konsul jest utajnionym księdzem”. Biskup Ignacy przyjął to z radością, stwierdzając przy tym, bym nigdy nie posługiwał się paszportem dyplomatycznym brata.

Tam, w Rosji zadziwił mnie biskup Ignacy czymś jeszcze: swoją wiedzą i znawstwem historii i sztuki. To było w Ermitażu. Długo chodziliśmy po pierwszym piętrze. Przystawał na długie chwile, zatopiony jak w modlitwie, nie tylko przed Powrotem syna marnotrawnego, ale przed niemal wszystkimi obrazami. Po kilku godzinach rzekł: idziemy na drugie piętro, muszę cię nauczyć patrzeć na Picassa, i dał mi wtedy najlepszy chyba wykład na temat współczesnego malarstwa.

Wraz z Biskupem Ignacym byłem wtedy na Koncercie Wielkanocnym w Filharmonii Petersburskiej. Koncert ten, z przerwą bolszewicką, ma tradycję ponad 150letnią. Patrzyłem na jego twarz, gdy słuchał utworów Czajkowskiego, Rachmaninowa, Musorgskiego i innych wielkich twórców rosyjskich. Ta twarz pełna skupienia, przeżywająca piękno. A później były jeszcze – już nie w filharmonii – chóry polonijne i wzruszenie Biskupa, gdy słuchał Pożegnania Ojczyzny. To był właśnie Biskup Ignacy. Nie dziwiłem się, gdy pracownicy polskiego konsulatu już na drugi dzień pobytu mówili mu tak zwyczajnie: Ojcze Biskupie. On był rzeczywiście Ojcem Biskupem, Ojcem Uśmiechu. I Ojcem nas, kapłanów koszalińskich, gorzowskich, katowickich i tylu innych.

Następca po tysiącu lat
ks. Władysław Nowicki

(ur. 27 kwietnia 1946 r. w Augustowie – zm. 6 października 2018 r. w szpitalu w Pile) – kapłan diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, doktor teologii fundamentalnej, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Pile od 1998 roku....