W galerze dziennika

W galerze dziennika

Imre Kertész, Dziennik galernika, przeł. Elżbieta Cygielska, W.A.B., Warszawa 2006, s. 255

Zakończona lektura. Odkładam książkę na bok i spoglądam raz jeszcze na okładkę. Imre Kertész dotyka ronda kapelusza – aby się przedstawić czy zasłonić twarz? Nie wiem. Ta niepewność pozostanie największym wyznacznikiem czytania jego dziennika.

Trudno jest napisać cokolwiek o tej książce. Przyglądam się jej raz jeszcze, kartkuję; podkreślenia, uwagi, dopiski jak głos w dyskusji, wykrzykniki i znaki zapytania, cały szereg znaków poczynionych moją ręką. Niemal zapisałem tę książkę podczas lektury, a to się nie zdarza.

Dziennik galernika nie jest typowym zapisem kronikarskim. Niewiele w nim chronologii, a jeśli już występuje, to niemal od niechcenia, raczej by dać czytelnikowi jako takie zakotwiczenie w rzeczywistości niż świadectwo dokumentu. Zapiski zaczynają się od roku 1961 a kończą na 1991. Trzydzieści lat ze sporadycznie zaznaczoną dokładną datą, czasem miesiącem, częściej zwyczajnie dniem tygodnia. Niedokończone szkice Budapesztu, który trwa ciągle spowity we mgle, półmroku, niejednoznaczności. Zatem to nie autobiografia jest tu ważna, ale myśl.

Niewiele dowiadujemy się o Kertészu z dziennika. Żadnych rozliczeń z kobietami, sporadyczne zapiski o matce, czasem o sobie samym w trzeciej osobie. Bez zbędnej wiwisekcji. Niemal nic o warsztacie pisarskim. Dziennik galernika jest konsekwentną literacką kreacją, pozostaje jednak na tle innych diariuszy niespecjalnie upudrowany, bez, zdaje się, większych aspiracji w literaturze. Kertész, sam będąc wytrawnym czytelnikiem prywatnych zapisów (na kartach pojawiają się liczne nawiązania do takich artystów, jak Camus, Márai, Pascal, ale najwięcej ma tu do dopowiedzenia Kafka i Nietzsche), tworzy dziennik, bo chce zrozumieć siebie. Czuć walkę autora, dojrzewające i krystalizujące się sądy. Oprócz samego Kertésza odbiorcą dziennika jest przede wszystkim Bóg. A są to rozmowy niełatwe, jak prawowanie się o życie. Lub śmierć.

Mowa Auschwitz

Z wielu tematów jeden powraca uparcie, niemal obsesyjnie: Auschwitz. „Słyszę opinię, że spóźniłem się z »tym tematem«. Że już nie jest aktualny. Że »ten temat« trzeba było podjąć wcześniej, przynajmniej dziesięć lat wcześniej, i tak dalej. A ja teraz znowu sobie uświadomiłem, że tak naprawdę nie interesuje mnie nic poza mitem Auschwitz. Jeśli myślę nad nową powieścią, znowu myślę tylko o Auschwitz. O czymkolwiek myślę, zawsze myślę o Auschwitz. Jeśli mówię o czymś na pozór całkiem innym, to i tak mówię o Auschwitz. Jestem medium ducha Auschwitz, Auschwitz mówi przeze mnie”. To jest największa trudność diariusza. Waham się, nie wiem, czy wolno mi powiedzieć coś więcej. Wobec wyznania człowieka z obozu koncentracyjnego pozostaje mi jedynie słuchać. Jeśli ośmielam się skreślić kilka słów na marginesie Dziennika galernika, to dlatego, że jak dowodzi Kertész, skutki Auschwitz, a nieraz i on sam, są obecne do dziś. Temat się nie przedawnił. Przypomina się Jerzy Nowosielski, który kilka lat temu porównywał zabijanie zwierząt w celach konsumpcyjnych do Holocaustu. Z perspektywy Kertésza – „Ten wiek, wiek XX, jest jak pełniący nieprzerwanie służbę pluton egzekucyjny” – takie wypowiedzi nieoczekiwanie są jeszcze bardziej zrozumiałe.

Zatem czytam te słowa i boję się cokolwiek powiedzieć. Kertész przeciwnie: mówi dobitnie, nie zapomina, bo tego nie można zapomnieć. Pisanie w Dzienniku galernika o obozie koncentracyjnym nieraz podczas lektury sprawia wrażenie, że węgierski pisarz właśnie w tym miejscu mówi bez ogródek. Niepotrzebna jest już fikcja, niepotrzebni bohaterowie, wreszcie niepotrzebna jest też akcja, skoro on przeżył i nosi Auschwitz w sobie. Nie mogę pozbyć się odczucia, że właśnie w diariuszu Kertész przede wszystkim chce mówić o tym, czego doświadczył, a chce tym bardziej, im mniej słyszalny wydaje się jego głos we współczesnym świecie. Może świat zapomina, ale Auschwitz trwa.

Ciemność, światło i znów ciemność

Ciemność Auschwitz, z której pisze węgierski intelektualista, jest światłem, którym oświetla niemal wszystkie poruszone problemy. „Dwie wielkie metafory XX wieku: obóz koncentracyjny i pornografia – obie w aspekcie totalnego podporządkowania, niewolnictwa. Jak gdyby natura, radykalnie obnażając naturę ludzką, odwróciła się teraz do człowieka swoją przeklętą stroną”. Przede wszystkim zachować godność wobec siebie samego. I jeszcze: upomnieć się o godność pojedynczego człowieka. To są konsekwencje obozowego numeru. Nietrudno dostrzec, że intelektualista żyjący w państwie komunistycznym aż nazbyt łatwo zauważał liczne analogie. Z unicestwienia w zniewolenie. Granica jest migotliwa, niejasna, niemal nie istnieje. Stąd też takiej wagi nabiera wierność samemu sobie. Podjęte decyzje, choć w rzeczywistości komunistycznego państwa wydaje się, że skazują pisarza na artystyczny niebyt, są ważne, bo dzięki nim można dochować wierności sobie. Pesymizm, cierpka ironia („Skoro Bóg umarł, kto się będzie śmiał ostatni?”) wymierzone we wszystkich pospołu – w siebie, w państwo, w historię – cechują bohatera diariusza również w świecie demokratycznym. Brak radości czy innych cieplejszych uczuć dla przemian na Węgrzech po roku 1989. Kertész nie zmienia swojej pozycji: tak samo obecnynieobecny, trochę z boku, choć zanurzony w rzeczywistość po samą szyję, obserwuje tych, którzy odeszli, i tych, którzy przyszli. I znów: analogie będą nasuwać się same, dopóki pojedynczy człowiek nie będzie się liczył. Dopóki człowiek nie będzie „w cenie”.

Galernicy

I wreszcie metafora galery. Nieraz to pokoik z zasłoniętymi oknami, czasem hotelowy pokój. Znacznie częściej po prostu biurko. Tkwienie przy maszynie do pisania prawie niewolnicze, choć w każdej chwili można wstać i wyjść na zewnątrz, do ludzi. Ale czy można tak zwyczajnie wyjść? „Czy zdołam we właściwy sposób przywołać obóz koncentracyjny? Czy to możliwe, że taki jest głębszy sens mojego osobliwego trybu życia, mojego dobrowolnego zamknięcia się w czterech ścianach? I czy to możliwe, że kiedy skończę powieść, doświadczę swojego własnego, odrębnego wyzwolenia?”.

Zapiski Kertésza dotyczą wreszcie życia żywego, czyli odzyskania własnego istnienia. Jak zwodnicza jest granica między życiem narzuconym a życiem zdobytym! Niejednokrotnie autor podkreśla, że sposób, jaki wybrał na życie – boleśnie świadome istnienie – jest łaską. Kértesz wadzący się z Bogiem nadaje temu słowu głębsze znaczenie, a żeby to dostrzec, musimy pamiętać o tym, że te zapiski mają na sobie ciężar trzydziestu lat.

Tak, lektura Dziennika… nie dostarcza pocieszenia. Przynajmniej nie takiego, jakiego byśmy w pierwszym odruchu szukali, obcując z dziełem sztuki. Nie ma wątpliwości, że diariusz śmiało wpisuje się w kanon najważniejszych dzienników XX wieku. Zamiast łatwego pocieszenia znajdziemy w nim jeszcze jednego przedstawiciela tej społeczności, do której można zaliczyć Zbigniewa Herberta czy Andrzeja Bobkowskiego: widzących dalej, ostrzej.

Wiem: zbyt dużo tu cytatów. Pierwszy raz nie wstydzę się tego.

W galerze dziennika
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....