Razem czy osobno?

Razem czy osobno?

Zbigniew Nosowski, występując przeciwko wielowiekowemu błędnemu dostrzeganiu świętości tylko w celebrowaniu samotności i ucieczce od więzów międzyludzkich, popełnia błąd przechylenia duchowych zaleceń na przeciwną szalę – niczym mantrę powtarza w książce wezwanie do porzucenia „indywidualnej” duchowości na rzecz absolutnej jedności małżeństwa i jego wyłącznej wspólnotowości.

Przed trzema laty Zbigniew Nosowski wydał bardzo ciekawą i przez wielu uznaną za przełomową książkę o małżeństwie. Parami do nieba 1 upomina się o zaniedbaną dotąd w Kościele – jak śmiało i słusznie ocenia autor – formułę duchowości małżeńskiej. Co więcej, proponuje nowe jej odczytanie, które najkrócej można streścić, odwołując się do tytułu książki: „parami” zamiast „osobno”.

Hiperindywidualizm w historii Kościoła

Nie sposób nie zgodzić się z autorem, że małżeństwo przez długie wieki traktowane było jako dużo mniej doskonała droga do świętości niż życie konsekrowane. I choć przynajmniej 83 parom małżeńskim (do tylu w badaniach historiograficznych dotarł Nosowski) udało się znaleźć na ołtarzach, zwykle uświęcały się nie tyle poprzez rzeczywistość małżeństwa, ile „pomimo” czy „obok” niej: na drodze ślubu zachowania wstrzemięźliwości seksualnej, poprzez pospieszne udanie się do klasztoru po śmierci czy nawet za życia małżonka lub przez męczeństwo. Fakty mówią same za siebie: znakomita większość kanonizowanych to celibatariusze, znamienne przemilczanie lub niechętne, marginalne wspominanie w opisach hagiograficznych stanu małżeńskiego kanonizowanych (jak gdyby był on „wypadkiem przy pracy”), pierwsza wspólna beatyfikacja pary małżeńskiej (bł. Maria i Luigi Beltrame Quattrocchi) dokonana dopiero w 2001 roku. Jednym ze źródeł deprecjacji małżeństwa było traktowanie współżycia małżeńskiego jako smutnej konieczności dla bardziej popędliwych i mniej doskonałych chrześcijan: konieczności uniemożliwiającej przyjmowanie Komunii świętej (!).

Nic więc dziwnego, że małżonkowie żyjący w XX i XXI wieku zaczęli pytać o drogę świętości w małżeństwie. Pozbawieni są bowiem wzorców wśród kanonizowanych, bo jak w codzienności wzorować się na małżonku wyrzekającym się współżycia, udającym się do pustelni, spędzającym czas na umartwieniach i żyjącym rytmem klasztornym, jeśli odpowiedzialnie podchodzi się do rodziny, pracuje zawodowo i żyje w świecie?

Błogosławiony przełom

Niewątpliwie autorowi należy przyznać rację, że duchowość małżeńska nie może być naśladownictwem życia konsekrowanych, sztucznie adaptowanego do warunków świeckich. Próba uświęcania „pomimo” małżeństwa kończyła się takimi absurdami, jak porzucenie małżonki tuż po narodzinach dziesiątego dziecka po to, by udać się do klasztoru (św. Mikołaj z Flüe). Stąd potrzeba sformułowania definicji duchowości małżeńskiej jako niezależnej od sposobu życia konsekrowanych jest prawdziwa, a przedstawiana przez Nosowskiego droga świętości „poprzez małżeństwo”, która w ostatnich dekadach wybrzmiewa coraz pełniejszym głosem Kościoła, teologów i samych małżeństw – jak najbardziej słuszna.

Opisanie duchowości małżeńskiej jako uświęcenia poprzez wzajemne ukochanie małżonków pośrodku wspólnej codzienności, jak i poprzez swoiste ukochanie tejże codzienności, jest niewątpliwie odkryciem na wagę złota. „Mistyka codzienności” to potraktowanie zwykłych czynności (praca, obieranie ziemniaków, wspólne wyjazdy na wycieczkę i wszystko, co składa się na „szarą, płaską i nieodświętną” codzienność) jako okazji do pięknego życia dla Boga, do spełnienia swego człowieczeństwa. Wszystko więc, co robimy – mamy robić jak najlepiej; niekoniecznie z pobożną pieśnią na ustach, byle wielkodusznie.

„Mistyka codzienności” jest niewątpliwie nowością wobec niegdysiejszych pomysłów na idealne chrześcijaństwo, szczególnie wobec brzydzących się codziennością rodzin. Jednak wydaje się, że wielu już dawno żywiło podobne intuicje; choćby św. Teresa z Lisieux zachęcająca do czynienia najdrobniejszych rzeczy – jak podniesienie kamyka – z miłością, nadającą im zbawczy charakter.

W odniesieniu do cielesnego wymiaru miłości małżeńskiej autor przywołuje współczesną teologię ciała, która szczęśliwie odeszła od uznawania czystości za synonim wstrzemięźliwości i nazwała akty miłosnego złączenia małżonków przeczystymi wyrazami oddania ich serc. Zbliżenia małżeńskie stanowią szczególnie wyrazisty element sakramentu małżeństwa, w którym jest obecny żywy Bóg.

Wreszcie autor rewiduje tak częsty nawet dzisiaj stereotyp „całkowitego oddania się Bogu” w konsekracji, w przeciwieństwie do „niecałkowitego” w małżeństwie. Nosowski dowodzi, że żyjąc wśród rozlicznych spraw przyziemnych, takich jak pieluchy i zakupy, praca i płaca, serce chrześcijanina, który przez wzgląd na Chrystusa cieszy się darem każdego dnia i chce go przeżyć pięknie, może być Jemu całkowicie oddane. Serce poślubionego chrześcijanina, oddane ziemskiemu oblubieńcowi/oblubienicy może być także oddane całkowicie Bogu, czas ofiarowany najbliższym jest bowiem dany Bogu.

Hurrawspólnotowość małżeńska

Zdaje się jednak, że Zbigniew Nosowski zapędza się w budowaniu wizji małżeństwa jako rzeczywistości absolutnej jedności i wyłącznej wspólnotowości. Występując przeciwko wielowiekowemu błędnemu dostrzeganiu świętości tylko w celebrowaniu samotności i ucieczce od więzów międzyludzkich, popełnia błąd przechylenia duchowych zaleceń na przeciwną szalę – niczym mantrę powtarza w książce wezwanie do porzucenia „indywidualnej” duchowości na rzecz duchowości „wspólnej”.

Wspólne ogłoszenie błogosławionymi Marii i Alojzego [Quattrocchich – przyp. MW] oznacza też watykańską aprobatę dla tezy, że duchowość małżeńska powinna być przeżywana wspólnie, nie zaś pojedynczo. Uprzednio w życiu świętych, którzy żyli w małżeństwie, podkreślano raczej ich osobiste starania o uświęcenie. (141)

Nosowski chce, aby określenie Jana Pawła II „jedność dwojga” interpretowano jako zupełną unifikację z pominięciem indywidualności osoby i indywidualnej relacji z Bogiem. „Z istoty małżeństwa wynika, że nie może istnieć szczęście (także świętość) jednego małżonka pojedynczo” (175). Autor wyraża przekonanie, że z racji świętości związku małżeńskiego świętość jednej osoby przechodzi na drugą, ponieważ stanowią jedno ciało. Krytykuje wynoszenie na ołtarze małżonków pojedynczo jako skutek błędnego postrzegania świętości jako „sprawy indywidualnej”.

Skoro uznawano, że małżonkowie nie mogą się uświęcić poprzez małżeństwo jako para, a co najwyżej mogą pojedynczo tak przeżywać swój związek, że osobiście uda im się dojść do świętości – to nic dziwnego, że nie kanonizowano par, a pojedyncze osoby. (109)

Autor zdaje się nie cenić „starań osobistych” na drodze do Boga, a w zamian za to podkreśla, że małżonkowie powinni wszystko robić razem, gdyż przed Bogiem stają najpierw jako „my”, później zaś jako dwa „ja”. Stąd też Nosowski podkreśla, że najważniejszą modlitwą małżonków jest modlitwa wspólna – małżeńska, nie indywidualna.

Autor twierdzi, że w Kościele odeszliśmy już od indywidualistycznego modelu „zbaw duszę swoją” i że wielu świętych zostało wykreowanych przez otaczającą ich wspólnotę, bez niej bowiem „nie byliby sobą”. Zachęca do przełamania monopolu „świętych indywidualnych” na rzecz swoistej wspólnej, zbiorowej świętości. Ponadto zaznacza, że w sakramencie małżeństwa „pozostają sobą, jednostkami, ale to, co ich łączy, staje się ważniejsze od tego, kim są niezależnie do siebie”.

Nosowski zdecydowanie zaprzecza, jakoby małżonkowie mieli budować więź z Bogiem indywidualnie i być przed Nim indywidualnie rozliczani. To małżeństwo jako monolit, jeden byt ma być drogą do nieba, a nie „sposób przeżywania go przez każdą ze stron” (160). W książce pojawia się pogląd, że małżonkowie, jako „dusze zrośnięte”, na sądzie ostatecznym będą rozliczani razem – we dwoje, nawet jeśli się rozwiodą lub będą umierać w samotności, „to i tak przed Bogiem pozostają złączeni” (175).

Powyższa interpretacja jedności małżeńskiej może budzić poważne wątpliwości.

Samotność osoby w świetle antropologii personalistycznej

Zacznijmy od przyjrzenia się pewnym koncepcjom antropologicznym, które pozostają w sprzeczności z powyżej opisaną ideą „zrośniętych dusz”. Osoba jest bowiem odrębna, osobna, co oznacza, że dzierży osobne od innych istnienie. Jej egzystencja jest oddalona od innych o nie dający się pokonać interwał. Dzięki samoistnieniu może cechować się intelektem i wolą, ponieważ gdyby nie była od innych radykalnie osobna, nie mogłaby posiadać władz umożliwiających samodzielne oceny i czyny. Z powodu tej właśnie odrębności osobom przysługuje egzystencjalna samotność i jej różne przejawy.

Po pierwsze: każda osoba to inny wszechświat, niezgłębiona tajemnica, której drugi człowiek nie jest zdolny poznać w pełni. Nie da się przekazać drugiemu mojego ja w całości. Treści świadomości i akty woli są niezbywalne i niekomunikowalne do końca. To sprawia, że nie można tak naprawdę razem nieść cierpienia choroby, starości czy śmierci. Skutkiem tak ujętej podmiotowości jest także odpowiedzialność, którą ostatecznie ponoszę samotnie. Jest ona źródłem szczególnej samotności, najdramatyczniejszej i najbardziej doniosłej wobec ostatecznego wyboru.

Po drugie: już św. Tomasz z Akwinu, za Boecjuszem, określił osobę jako individua substantia – konkretne indywiduum, akcentując unikalność każdej z nich. Adam Rodziński, niedoceniony personalista, ujął tę cechę w lapidarnym określeniu: „osoba ta oto”. Na cud niepowtarzalności składają się: indywidualność – inne cechy, słabości, doświadczenia; indywidualna duchowość – inne natchnienia, dary, cierpienia, zadania, etapy formacji sumienia; osobiste posłannictwo – adekwatne do własnej, tylko sobie właściwej, osobowości. Kto odpowiada na to najbardziej wsobne powołanie, doznaje samotności bycia niepowtarzalnym – bogactwa i godności.

W samym pojęciu „duszy” zawiera się obok intelektu cecha wolnej woli; niezależnej, osobnej, czyli z samej swojej i istoty niezrośniętej z żadną inną wolą. W świetle owej fundamentalnej cechy osobowej niezrozumiały staje się pomysł dotyczący „przechodzenia świętości” z jednej osoby na inną czy wspólnego powołania (w znaczenia drogi wzrastania osobowego, z jej etapami, odkryciami i wysiłkiem) dwóch odrębnych osób. Sakrament małżeństwa nie buduje wbrew naturze osoby, lecz na naturze osoby, a naturą najbardziej podstawową jest osobność intelektu i woli. Samotna odpowiedzialność za swoje „ja” i czyny sprawia, że jestem najpierw odpowiedzialny za siebie, a potem, i w innym sensie, za bliskie i powierzone mi przez Boga osoby. Owszem, żona powinna troszczyć się o zbawienie duszy męża i jest to jej zadanie – i na odwrót. Moja odpowiedzialność, pomimo głębokiej miłości, nie sięga jednak duszy bliźniego i wbrew niemu nic nie uczyni. Czy zatem rację ma Zbigniew Nosowski, potępiając frazę „zbaw duszę swoją”? Wszak nie stoi ona w opozycji do naszego nakierowania ku innym i troski o ich dobro. Czy jednak mogę zbawić inną duszę, np. współmałżonka?

W świetle powyżej przypomnianych cech osoby bezzasadne staje się krytykowanie „osobistego starania” małżonków, a zalecanie „uświęcania się wspólnego jako para” w przeciwieństwie do „pojedynczego, osobistego przeżywania związku w sposób święty” – antropologicznie chybione. Cytowane wyżej wyniesienie znaczenia miłości łączącej małżonków ponad znaczenie ich osób „niezależnie od siebie” pozostaje w opozycji wobec hierarchii wartości narzucającej się jako oczywistość: Bóg – osoba ludzka – małżeństwo. Czy godziwy byłby wybór więzi, gdy sprzeciwia się ona podstawowemu dobru osób, np. żona powinna walczyć o trwanie relacji z mężem, choć jest wraz z dziećmi permanentnie maltretowana fizycznie? Kościelna instytucja separacji potwierdza tę hierarchię, choć podtrzymuje trwanie sakramentu: małżonka powinna modlić się za powierzonego jej przed Bogiem męża, jednak potrzeba ratowania jej dobra jest w tym momencie istotniejsza od dobra związku.

Szczególną antropologiczną konsekwencją bytowej odrębności osoby, jest jej „niezłączalność” z innymi. Doznajemy pewnego niespełnienia w relacjach międzyludzkich. Jak zauważa Paul Tillich w książce The Eternal Now 2 nawet najgłębsze i najbardziej jednoczące międzyludzkie spotkanie – spotkanie miłosne osób dwojga płci – nie usuwa ontycznej samotności obojga.

Samotności z jednej strony w związku niezbywalnej i niekiedy dokuczliwej, z drugiej wszakże, za sprawą wyodrębnienia bytów, przecież umożliwiającej wszelkie relacje. Owa zależność bytowej osobności osoby i możliwości wchodzenia w relacje przekłada się także na nasze życiowe doświadczenie. Osoba musi zaznać samotności, aby mogła wracać do relacji nie pusta, lecz z bogatszą tożsamością. Samotność ma wartość snu; regeneruje i ucisza naszą psychikę. Tylko w samotności możemy oddać się głębokiej refleksji, nabrać dystansu do zasłyszanych opinii i autonomicznie wykuć swoje własne poglądy. Kto nie udaje się na „samotnię”, łatwo staje się bezmyślnym fanem, zlepkiem co barwniejszych cytatów i stylów. Małżeństwo, które nie docenia pewnego rodzaju zamknięcia, dystansu służącego indywidualnemu rozwojowi i samodzielnemu poszukiwaniu pytań i odpowiedzi, szybko staje się związkiem nudnym, płaskim i zaborczym. Jak mawiał Karol Wojtyła – kto siebie nie posiada, nie może siebie dać.

Samotność w duchowości: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”

Na pytanie saduceuszów, czyją żoną w niebie będzie kobieta, która na ziemi była zamężna siedmiokrotnie, Jezus odpowiedział:

Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. (Łk 20,34–36)

Wypowiedź ta rozstrzyga, że małżeństwo jest rzeczywistością przynależną wyłącznie doczesności i trwa tylko do śmierci jednej z osób. Nosowski usiłuje, wbrew tym słowom, przenieść małżeństwo poza doczesność – w świat przyszły, mówiąc o wspólnym rozliczaniu małżonków na Sądzie i ich złączeniu trwającym pomimo rozwodu czy samotnej śmierci. Zdaje się, że ma przed oczyma parę, która zmierza razem do nieba i razem, tego samego dnia, do niego się udaje. Zalecając małżonkom życie jedną, wspólną, zsumowaną niejako duchowością, zapomina, że któregoś dnia jedno odejdzie jako pierwsze, a drugie pozostanie nawet na długie dziesięciolecia i jego doczesną wędrówką przestanie być małżeństwo. Osoba, która – wedle jego wskazań – żyła tylko wspólnym życiem duchowym, wykluczając pierwszeństwo indywidualnej duchowości i pewnego „sam na sam” z Bogiem, zostanie postawiona w dramatycznej sytuacji i stwierdzi, że dla niej droga już się skończyła, miała być bowiem wspólna i tylko wspólna. Niewiele zatem brakuje, aby za wynikającą z wymowy tekstu uznać aprobatę hinduistycznego zwyczaju rzucania się wdów w ogień kremujący ciała ich zmarłych mężów.

Trzeba by zatem zapytać, co się dzieje z ponownymi związkami małżeńskimi. Przypomnijmy Zbigniewowi Nosowskiemu pytanie saduceuszów: „A jeśli miała siedmiu mężów?”. Czy z każdym z nich będzie na Sądzie rozliczana wspólnie i z każdym, jak pisze, „złączona przed Bogiem”? „Tak więc każdy z nas o sobie samym zda sprawę Bogu” (Rz 14,12).

„Dzień Pański” i nowa relacyjność osób

Intencje autora książki prawdopodobnie wynikają z zachwytu więzią małżeńską i jej głębią oraz z lęku przed tym, że to, co nas czeka po śmierci, mogłoby małżeństwo rozdzielić, pozbawić szczególnej jedności, która jako jedyna może małżonków uszczęśliwić. Ów zachwyt nad małżeństwem, rzeczywistością czasową, może przyćmić piękno głębsze i większe, które czeka nas w Królestwie Bożym. Jak tłumaczy Jan Paweł II w Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, dwie prawdy jednego człowieczeństwa: prawda początku – stworzenia, jedności małżeńskiej i rodzicielskiej, należąca tylko do „tego świata”, oraz prawda eschatologiczna to etapy realizacji tego samego, oblubieńczego wymiaru ciała i bycia osobą, do których stopniowo się dorasta. Wymiar eschatologiczny, czyli widzenie Boga „twarzą w twarz”, zrodzi w człowieku miłość tak głęboką i tak skoncentrowaną na samym Bogu, że ogarnie ona całe jego jestestwo i uzdolni do odnalezienia w Bogu „całego świata”. Wchodząc w komunię Trójcy Świętej, odnajdzie się w kręgu komunii wzajemnej, na nowo poznając żonę, męża i wszystkich bliźnich. To spełni ostatecznie ludzkie miłości i sens bycia osobą – sens oblubieńczy: bycie darem z adekwatną afirmacją wartości wszystkich osób. Spełni się w nas obraz Boga, który kocha wszystkich, a nie faworyzuje nikogo; co nie znaczy, że relacja z każdym będzie taka sama. Już na ziemi każda z relacji ma inny koloryt, nadawany przez indywidualne tożsamości tworzących ją osób.

Doczesność przygotowaniem do osobistego zjednoczenia z Chrystusem

Jan Paweł II we wspomnianym dziele dobitnie akcentuje, że każdy człowiek jest wezwany do noszenia w sobie obrazu Chrystusa Zmartwychwstałego jako rzeczywistości „przyszłego świata”, zaszczepionej w człowieku i dojrzewającej w nim ku spełnieniu ostatecznemu. Oznacza to pielęgnowanie wewnętrznego skupienia na Bogu i Jego pierwszeństwa przed wszelkimi innymi wartościami w życiu; ta bowiem, odpowiadająca naszym najgłębszym tęsknotom hierarchia miłości rozbłyśnie dla nas po śmierci. Na to wskazał Jezus w przypowieści o uczcie (Łk 14,15–24), ukazując Królestwo Boże jako rzeczywistość przewyższającą małżeństwo („poślubiłem żonę i dlatego nie mogę przyjść”). Podobnie napomina św. Paweł, „aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci” (1 Kor 7,29).

Podejrzewam, że autor, słysząc cytowane frazy, wypomniałby mi regres – powrót do prób aplikacji zakonnej formy życia do małżeństwa. Daleka jestem od tego, gdyż rozumiem zalecaną przez niego duchowość wspólnej świętej codzienności i żyję nią. Niemniej jednak uważam, że w przekazie Nosowskiego dotyczącym małżeńskiej mistyki codzienności czai się ważne niedopowiedzenie, wynikające z zaprzeczania naszej (małżonków) indywidualnej relacji z Bogiem. Dotyczy ono braku wskazania na hierarchię, o którą wołają cytowane wyżej fragmenty, a o której mówi zapowiedź naszego życia eschatologicznego. Wezwanie do traktowania małżeństwa jako rzeczywistości przemijającej i jako pewnego środka do ostatecznego celu, jakim jest dla mnie i dla małżonka zjednoczenie z Chrystusem, nie musi być równoznaczne z promowaniem słusznie krytykowanej duchowości „pomimo” małżeństwa, właściwej ubiegłym stuleciom. Choć świętość pary jest także tą nowatorską, współcześnie wydobytą w teologii świętością poprzez małżeństwo, to jednak wartością je poprzedzającą jest moje „sam na sam” z Bogiem.

Nosowski uważa, że żyć dobrze codziennością, to jak najlepiej pracować lub odpoczywać. Takie wielkoduszne podejście pozwala nam żyć drobnymi sprawami na miarę naszego człowieczeństwa. Nie uważa za potrzebne dodatkowego uświęcania tej codzienności poprzez np. ofiarowanie obierania ziemniaków w jakiejś intencji czy pobożne przy tym rozmyślanie. Tropi w takim podejściu ów opisany relikt przeszłości Kościoła, czyli próbę sprowadzenia małżeństwa do pobożności zakonnej, która codzienności „samej w sobie” nie ceniła. Jego dewizą jest: kochać małżonka, razem się modlić i sumiennie celebrować codzienność w jej „szarości”, taką, jaka jest, bez nadmiernych „pseudozakonnych fanaberii”.

Unaocznienie świętości codziennych chwil i dni, wspólnie przeżywanych przez wspólnotę małżeńską, bez konieczności „pokrapiania wodą święconą” pobożnych rytuałów, jest oczywistym i bezcennym novum w nauce Kościoła, które mnie osobiście poruszyło. Jednak i tu czaić się może pewna pułapka: niedocenienia wewnętrznego dialogu z Bogiem pośród codzienności. Już nie (jak kiedyś) po to, aby codzienność angelizować, lecz po to, aby dbać o osobisty kontakt z Osobą Boga w zaułkach mojej stęsknionej duszy.

Z „mistyki codzienności” Nosowskiego można by wysnuć przecież błędny wniosek, że nie do małżonków jest adresowane zalecenie św. Teresy z Avila, aby modlić się nieustannie. Nie do małżonków kierowane są rady wielu świętych, aby do Boga kierować strzeliste słowa miłości przy obieraniu ziemniaków, aby w swoim wnętrzu celebrować Jego obecność. Nie dla małżonków wreszcie walka z „nadmiernymi przywiązaniami”, zwłaszcza do męża czy żony. Według autora takie pojęcie nie istnieje, gdyż kochać szaleńczo małżonka, to kochać szaleńczo Jezusa. W swojej książce Nosowski opisuje np. problem św. Elżbiety z Turyngii:

Istnieją jednak przekazy, że pełna pobożności Elżbieta nie potrafiła sobie poradzić z połączeniem miłości do Boga i do męża. Swoim służącym powiedziała kiedyś, że jej zwyczaj nocnych modlitw ma na celu przeciwstawienie się nadmiernej miłości do męża. (66)

Autor traktuje Elżbietę jako ofiarę ówczesnej, złej interpretacji świętości małżeńskiej. Dziś Elżbieta by wiedziała, że może spokojnie „nadmiernie” kochać męża, gdyż miłość do męża jest tożsama z miłością do Jezusa, a bez reszty oddać się, swoje serce i czas mężowi, to całkowicie oddać się Bogu.

Czy jednak jest w tym całkowita słuszność? W świetle przemijalności małżeństwa, naszej Niebiańskiej Przyszłości i choćby przypowieści o uczcie zagadnienie strzeżenia wewnętrznej hierarchii wartości, miłości do Boga większej od wszelkich innych („pierwsze jest…, drugie jest…”) wydaje się przecież nadal aktualne. Czyż żona, która dostrzega, że jej myśli zajmuje tylko małżonek i sprawy związane z codziennością, że przestaje znajdować czas na modlitwę, gdyż spędza go z małżonkiem lub wśród codziennych spraw, nie powinna odczuwać niepokoju? Czy nie można nazwać jej biblijną Martą z Betanii, w przeciwieństwie do zasłuchanej Marii, która „najlepszą cząstkę obrała”? Czy rzeczywiście wystarczy poświęcać swój czas małżonkowi i najbliższym oraz dobrze spełniać codzienne obowiązki, aby „całkowicie oddać się Bogu”?

Współistotne wymiary sakramentu: „już” i „jeszcze nie”

To, że Jezus Chrystus jest obecny w sakramencie miłości małżeńskiej – męża do żony i odwrotnie, to, że Jezus Chrystus jest obecny w kochanym przeze mnie współmałżonku nie oznacza, że Jezus i współmałżonek to jedna osoba. To nadal dwie różne osoby.

Na strukturę sakramentu małżeństwa składają się dwa wymiary. Pierwszy, konstytuujący więź horyzontalną między małżonkami, uobecnia: Jezus jest między nami, w małżeńskich pocałunkach i codzienności. Nosowski jednak prawdopodobnie zapomina, że jest jeszcze drugi wymiar i pierwszy nie może nam wystarczać. Drugi to antycypacja, czyli zapowiedź: nasze szczęście i odkrywanie Boga w miłości małżeńskiej to zaledwie znak tego, co nas czeka w wieczności. Uobecnienie Boga zapośredniczone w doczesnym „teraz” miłości małżeńskiej nie jest pełne. Drugi wymiar, wymiar wertykalnego odniesienia małżonków bezpośrednio do osoby Boga, to podsycanie pragnienia eschatologicznego spotkania z Nim twarzą w twarz, to podnoszenie oczu wzwyż, ponad małżonka, z którym moja dzisiejsza relacja oznacza relację niewspółmiernie wyższą: mojej duszy z Bogiem. Ta pierwsza oraz jej znamię wyłączności skończy się z chwilą śmierci, przestanie istnieć w takim kształcie. Ta druga powinna stopniowo narastać już w wymiarze doczesnym, a z chwilą śmierci rozbłysnąć pełnym światłem, aby trwać wiecznie. Symbol ustąpi miejsca temu, co w doczesności oznaczał i uobecniał w niedoskonałej jeszcze formie. Tak pojmowany i przeżywany sakrament jest prawdziwie „całkowitym oddaniem małżonka” Bogu.

Razem zmierzają do Niego – każde samotną i tajną drogą

Zbliżając się do końca lektury książki Nosowskiego, podświadomie czekałam na postulat wspólnej spowiedzi małżonków. I nagle: „Możliwe są w przyszłości również inne bardzo ciekawe dyskusje. Spotkałem się już na przykład z propozycją wspólnego sakramentu pojednania dla małżonków” (222). Autor widzi w tym elementy pozytywne, jednak ostatecznie zwraca uwagę na niebezpieczeństwo „traktowania małżeństwa jako rzeczywistości totalnej, wszechogarniającej”. Jak pisze, małżonkowie, choć są jednością, pozostają sobą i za „wspólną drogę uświęcenia” ponoszą także indywidualną odpowiedzialność. Uznaje również, że nie należy dążyć do tego, aby wiedzieć o sobie nawzajem wszystko; oddaje zatem Bogu prawo do przenikania duszy osoby i uważa, że wyznanie win powinno być jednak sprawą indywidualną. Jednak tylko to. Kierownictwo duchowe już nie. W innym miejscu pisze, że „kluczową sprawą, gdy mowa o świętości, jest bowiem odkrycie przez każdego człowieka właściwego mu, niepowtarzalnego powołania” (174). Próżno jednak szukać w książce wskazań, jak tę „kluczową sprawę” realizować. W świetle wymowy całego tekstu, który jest jednak, jak sądzę, apologią małżeństwa jako właśnie „rzeczywistości totalnej”, cytowana teza sprawia wrażenie wtrącenia z innej historii. Stąd trudno oprzeć się refleksji, że Zbigniew Nosowski sam sobie przeczy.

Autor Parami do nieba wzywa do traktowania małżeństwa nie jako dwóch osobnych, choć równoległych dróg do Boga, lecz jako jednej, wspólnej drogi. Tymczasem filozoficznoteologiczny namysł pozwala podać to stwierdzenie w wątpliwość. Czy dwie odrębne osoby, powołane do stanięcia przed Bogiem twarzą w twarz, nie zmierzają do Niego, choć wspólnie, ostatecznie samotną i tajną drogą? I razem, i osobno?
 

1 Zbigniew Nosowski, Parami do nieba, Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2004, 264 s. 
2 Paul Tillich, The Eternal Now. Cytat za: P. Tillich, Osamotnienie i odosobnienie, przeł. K. Mech, „Znak” 4 (1991), s. 3–8.

Razem czy osobno?
Małgorzata Wałejko

urodzona w 1977 r. – żona i matka, teolog małżeństwa, doktor pedagogiki, adiunkt w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego, autorka wielu artykułów o tematyce teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej, dominikanka świecka....