Giełdy przejawiają ducha spowiedzi

Giełdy przejawiają ducha spowiedzi

Michael Clayton, scen. i reż. Tony Gilroy, wyst. George Clooney, Tilda Swinton, Sydney Pollack, USA 2007

Ile razy już to słyszeliśmy. Ile razy przerabialiśmy na samych sobie, że takie jest życie: zadyszane, pełnie potknięć, fałszywych wyborów, nieopanowanych sytuacji. Mówimy, że mylił się Herbert, bo kuszą nas zwykle i lepiej, i piękniej, a nasze odmowy wymagają wielkiego charakteru, my zaś nie mamy nawet odrobiny koniecznej odwagi. Takie historie pisze życie. Pisze je także film, choć na filmowej taśmie są one tylko odbiciem jakiegoś fragmentu życia. Zostawiają szeroki margines do interpretacji. W tej o Michaelu Claytonie główny bohater jest nam dobrze znany, wielokrotnie odmieniany przez przypadki na szklanym ekranie. Błyskotliwy prawnik, z licznymi sukcesami na koncie; życie po przejściach, w karcianym nałogu i długami po nieudanej inwestycji we własny interes, przeciążenie pracą, która, jak sam określa, polega na „sprzątaniu spraw niewygodnych”. W tle świat wielkiej korporacji, reprezentującej interesy podejrzanego koncernu, który gdzieś na prowincji struł ludzi chemikaliami, ale się tego wypiera. Ile to już razy widzieliśmy? Z jednej strony ograne kino moralnego niepokoju po amerykańsku. Z drugiej zawsze aktualne pytanie o to, kim jest dzisiejszy Michael Clayton – wypalony pracoholik, usiłujący pierwszy raz postąpić uczciwie, wyrywając się z zamkniętego horyzontu życia.

Czy to może być o nas? Protestujemy, wszak dla nas, ludzi spokojnych i cichych, usprawiedliwionych historycznie i psychicznie, teza i fabuła filmu zdają się odległe. Gdzie nam do Wielkich Światów, Wielkich Pieniędzy, nowobogackich zachowań, co więcej prawniczego świata. Tylko, że… No właśnie tylko, że to, co jest wspólne nam wszystkim, to fakt, że życie bywa dla nas problematyczne. Nie pytamy, co to jest życie, ale przede wszystkim, jaki jest jego sens. Hamletowskie pytania osaczają nas, gdy nagle uświadamiamy sobie, że między czasem przeznaczonym na tworzenie warunków życia a jego spożywaniem brak nam jakiejkolwiek przerwy. I dzieje się to bez względu na to, jaki zawód wykonujemy. Pisał Seneka w swoich Dialogach: „by mogli żyć lepiej kosztem życia, urządzają swe życie”. „Ale ty taki nie będziesz”, mówi główny bohater do swojego kilkuletniego syna. Bardziej próbuje przekonać go siłą woli, bo na ojcowski przykład udanego życia jest już za późno. Niebo właśnie wali mu się na głowę. Jak w historii innego gorliwego młodzieńca…

Sportretował go Caravaggio, malarski geniusz, zarazem awanturnik i bandyta, którego Bóg pokarał trudnym życiem, ale pobłogosławił genialnym widzeniem dusz ludzkich i spraw świata. W Widzeniu Świętego Pawła uwiecznił dramat Chrystusowej wizji, rozgrywający się pod zamkniętymi powiekami Żyda z Tarsu. Na obrazie nigdzie nie widzimy Chrystusa. Tylko rozkrzyżowane ramiona Pawła zdradzają, że Syn Cieśli wstąpił w jego duszę. Na zachwyconej, milczącej twarzy Pawła, leżącego na damasceńskiej drodze, maluje się cisza radosnej śmierci. „Każda droga do Damaszku – pisał Brandstaetter – która ciągnie się w poprzek naszego życia, każe boleśnie przeżyć człowiekowi jego własną śmierć”. Może więc dopiero wtedy, gdy życie nam dogryzie, możliwy jest prawdziwy radykalizm i zwrot. Może dopiero wtedy, gdy zobaczymy bezsens prowadzonej przez nas gry, jesteśmy w stanie podjąć kroki w kierunku zmiany. Czy sami z siebie zdolni jesteśmy do zrozumienia tego faktu, czy musi nas dotknąć Inna Siła, przychodząca z zewnątrz? Znów przykład z kart historii Słowa. Oto uciekinier, prorok Eliasz z Tiszbe, siada pod jednym z janowców, na pustyni i pragnie umrzeć. Nie widzi sensu własnego życia, chciał być radykalny i przestraszył się swoich zachowań. Zamiast tego słyszy anioła, który mówi: „Wstań, przed tobą jeszcze długa droga”. Ten Głos także i nam wyznacza rytm i postoje na drodze codzienności. On też podsuwa nam kolejne szanse. Bohater filmu dostaje ją wtedy, gdy cudem udaje mu się przeżyć zamach na swoje życie. Na co dzień nie bywa tak dramatycznie, niemniej losy Boga i człowieka są trwającą przez wieki konfrontacją naszej manii wielkości z trudną sztuką słabości i rezygnacji z odwetu. Ta ostatnia wskazuje na potrzebę naszego zaangażowania w to, co w życiu najważniejsze, co może nas samych ocalić. Na przykład w rodzinne więzi. Jak w filmie: Zwykły telefon, gest w stronę dawno przekreślonego szwagra czy brata. I to, jak wiemy, już niemało.

I jeszcze jedno. Filmowa fikcja wydała mi się dziwnie znajoma i mająca odbicie w realnym świecie. Otóż kilka lat temu na skutek finansowych fałszerstw upadł energetyczny potentat Enron. Okazało się, że rada dyrektorów przez wiele lat ukrywała długi firmy, fałszowała sprawozdania finansowe i namawiała pracowników do kupowania akcji własnej spółki. Ujawnienie tych praktyk spowodowało załamanie kursu giełdowego, spadek wartości spółki o dziesiątki miliardów dolarów, zwolnienia tysięcy pracowników. Nowojorski „Times” w redakcyjnym komentarzu ogłosił nadejście ery „po Enronie”, opatrując go tytułem, który i ja przytoczyłem w tytule tego tekstu. Okazało się wtedy, że nie bez znaczenia jest to, jaką odpowiedź damy sobie w kwestii tego, czy prawo jest tylko zbiorem norm i przepisów, czy też konieczny do jego funkcjonowania jest filtr sumienia. To nie daleki plan, który oglądamy zza bezpiecznej gardy, ale codzienność. Bo pycha, zazdrość czy żądza posiadania potrafią skutecznie przeniknąć do sfery społecznej, doprowadzając do rozkładu przyjaźni, instytucji, urzędów, wspólnot, a za określone korzyści materialne lub pewien awans w hierarchii społecznej człowiek może sprzedawać swoje sumienie. Na dowód tego wspaniała rola Tildy Swinton, mizoginicznej osobowości, która tłumiąc swoje nerwice za trupią maską i gładką powierzchownością wyćwiczoną przed lustrem, nie ma żadnych skrupułów w zwalczaniu konkurencji i obronie za wszelką cenę dobrego imienia własnej firmy.

Tu nie chodzi o wyważanie otwartych drzwi i o to, że z racji profesji „ksiądz tak musi mówić”. To raczej doświadczenie, które podpowiada, że nikt nie jest w pełni bezpieczny i każdemu łatwo dokonać wewnętrznej zmiany pojęć: prawdę zastąpić informacją, wierność snobizmem, a świętość sukcesem. Otóż tak. „Głupota waży na ludzkich losach i jest faktem społecznym, który należy rozpatrywać w kategoriach moralnych”. To Dietrich Bonhöffer. „Można ją przezwyciężyć tylko aktem wyzwolenia zewnętrznego – czytamy dalej. – Inaczej zatrzymamy się na westchnieniu – cóż to jest, »ta«, prawda?”. Oczywiście świat „po Enronie” jest nieco bardziej zdystansowany w stosunku do siebie, stąd nie ma w tym filmie pewności, czy podjęte przez głównego bohatera działanie przyniesie wymierny efekt. W ostatnim, długim kilkuminutowym ujęciu obserwujemy go, jak jedzie taksówką. Na jego twarzy maluje się coś między triumfem a zwątpieniem. Jeden krok w stronę naprawy świata i chyba po prostu w stronę powrotu do normalności. Czy to wystarczy? W filmie pewnie tak. Życie bywa trudniejsze i zawiesza się na ostatnim okruchu jeszcze świeżego wigilijnego opłatka, który dopóki nie spadnie na ziemię, wciąż przypomina, że wraz z przyjściem Tego, którego jest symbolem, objawiła się wiara w prawa inne niż odwet i agresja. Że dobro, miłość i prawda istnieją, chociaż ich nie widać. Gest przełamania się nim z drugim człowiekiem natomiast jest pytaniem o to, jak spożytkowałem swój „nieszczęsny dar wolności”. Czy uczyniłem go w sobie bardziej ludzkim czy nieludzkim?

Giełdy przejawiają ducha spowiedzi
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...