„Das Wohltemperierte Klavier” Jana Sebastiana Bacha

„Das Wohltemperierte Klavier” Jana Sebastiana Bacha

Jan Sebastian Bach, Das Wohltemperierte Klavier, Angela Hewitt (fortepian), Hyperion 2007

Listopadowy koncert Angeli Hewitt w poznańskiej Aula Nova był jednym z trzech w Polsce. Wcześniej, w Warszawie, w ciągu dwóch kolejnych wieczorów, kanadyjska pianistka – w 2006 roku przez czytelników magazynu „Grammophone” nagrodzona tytułem „Artysty Roku” – zagrała oba tomy Bachowskiego kosmosu na instrumenty klawiszowe: Das Wohltemperierte Clavier (BMV 846893). W Poznaniu usłyszeliśmy tylko pierwszy tom. Tylko? Bezwzględny spokój, techniczna doskonałość, lekki chłód (kiedy trzeba przecięty gorącym płomieniem), majestatyczność (ale nie ta z gatunku pysznych), ogromna siła połączona z delikatnością daną tylko kobietom (mężczyzna nie jest w stanie osiągnąć takiego nasycenia piana, rozkoszowania się wolnym tempem, chyba że jest Piotrem Anderszewskim…).

I wreszcie – ta czerwona suknia, czerwona, ale z domieszką (magenta?). Odbijająca światło pochodzące nie tylko stąd. Nie tylko z tych nut i dźwięków, ale jeszcze skądś, dalej. Choć wszystko brało swój początek w tym przedziwnym, fascynującym od lat (Gould!), genialnym cyklu, w którym Bach chciał zamknąć wszystkie dźwięki istnienia. Wszystkie harmonie świata.

Tak. Gra człowiek (musica humana). Brzmi instrument (musica instrumentalis) – instrument szczególny, bo Hewitt gra tylko na wybranych fortepianach (nagrywała na Steinwayu, do Poznania specjalnie dla niej został sprowadzony fortepian marki Fazioli). Ale nie mamy wątpliwości, że te dźwięki mają swoje źródło w innej przestrzeni (musica mundana) – najdoskonalszej, powstającej w wyniku ruchu gwiazd, następstwa pór roku. W muzyce sfer.

Wystarczy posłuchać Preludium i Fugi cismoll. Początek to stonowany francuski taniec loure (przywołujący choćby Bachowskie Suity francuskie), który Hewitt ornamentuje tak, jakby jej tańczące dłonie chciały nas uwieść. A potem pięciogłosowa fuga, zanurzona w renesansowej jeszcze sztuce polifonii, w której Kanadyjka bezbłędnie – i bezwzględnie – odczytuje wszystkie kontrapunktyczne ścieżki.

Albo Preludium i Fugi esmoll. Otwierająca sarabanda brzmi w tym wykonaniu tak, że choć zanurzeni w głuchą ciemność śmierci, pozostajemy ciągle żywi, „szczęśliwi i nieszczęśliwi”. Fugę rozsadza taka intensywność – mimo introwertyczności dynamicznej – że już pierwsze pojawienie się trzech tematów przyprawia o zawrót głowy. A dalej? Dalej jest tylko słuchanie. Bez analizy. Muzyka. Choćby Preludium i Fuga hmoll… Wystarczy.

„Das Wohltemperierte Klavier” Jana Sebastiana Bacha
Tomasz Cyz

urodzony w 1977 r. w Tarnowie) – polski publicysta literacki i muzyczny, eseista, współpracownik „Zeszytów Literackich” i „Didaskaliów”. Był dramaturgiem Teatru Wielkiego Opery Narodowej za kadencji Mariusza Trelińskiego....