Oczy dzieci

Piękna pani przedarła się przez tłum dziewcząt otaczających stół, przy którym podpisywałam książki. Było to 1 grudnia we Wrocławiu po spotkaniu autorskim na Targach.

– Mam książkę dla pani brata – powiedziała cicho, z naciskiem. – Proszę mu ją przekazać, nie możemy się do niego dodzwonić.

Piękna pani reprezentowała wydawnictwo Bosz z Olszanicy. Nieopakowany album, który położyła na stole, polśniewał matowo, roztaczając tajemniczą aurę – zwarty, gładki, ciężki, naładowany obietnicami. Przez ponad godzinę jeszcze nie zdołałam się do niego dobrać, mogłam jedynie od czasu do czasu zerkać ciekawie w jego stronę. W górnej części sepiowej okładki – subtelna czcionka tytułu: Pisane światłem – antologia poezji inspirowanej fotografią. Zamglone, promieniste słońce w tle, na pierwszym planie zdjęcia – ostro zarysowane, ciemne gałązki najeżone długimi, jasnymi kolcami. Jakieś jasne plamki za gałązkami – kwiaty? Odbicie słońca w wodzie?

Dopiero w domu, po powrocie, mogłam spokojnie się zapoznać z zawartością albumu: ponad siedemdziesiąt wierszy polskich poetów – od Stanisława Balińskiego po Adama Zagajewskiego, i piękny, mądry wstęp pióra Julii Hartwig:

 „(…) Poeci umieją rozmawiać ze zdjęciami. Potrafią wyrazić uczucia, które budzą w nas te pochwycone przez obiektyw zapisy przeszłości, świadczące o przebytym czasie i niewystygłej pamięci. (…) Zdjęcie kogoś bliskiego, noszone w portfelu lub stojące na naszym biurku, darzymy odblaskiem uczucia, jakie łączy nas z samą osobą, toteż w cichości ducha pielęgnujemy w sobie skrytą nadzieję, że będzie nas ono, w jej zastępstwie, wspomagać, osłaniać, ochraniać, czasem nawet wysłuchiwać naszych skarg i żalów (…)”.

Pani Julia Hartwig zwraca też uwagę na zupełnie nowe zjawisko ostatnich lat: na nadprodukcję i nadobecność zdjęć w naszym dzisiejszym życiu.

Tak, to prawda: pozbawione dawnej ceremonialności, pieczołowitości w komponowaniu, łatwe, szybkie, momentalne – te setki i tysiące zdjęć, wykonywanych aparatami cyfrowymi, pozbawione już nawet odbitek, a oglądane i przechowywane w komputerze, tworzą wrażenie jakiegoś zawrotnego potopu uwiecznień.

Nie mają jednak ważności, tak charakterystycznej dla dawnych fotografii. Tamte uwiecznienia miały w sobie coś ostatecznego, a choć utrwalane były najpierw na kruchym szkle, potem zaś dopiero – na łatwopalnym papierze, wydają się o wiele bardziej trwałe niż te dzisiejsze, tak łatwo dostępne i tak dobrze zabezpieczone przed stłuczeniem, podarciem czy spaleniem.

Zastanawiam się, co z tego wynika.

Czy solenność dawnych fotografii jest świadectwem innego stosunku do człowieka, czy też tylko wynikiem stosowania uboższej techniki? A ta dzisiejsza niewiarygodna łatwość utrwalania wizerunków jest może tylko zjawiskiem równoległym do głównego nurtu naszego życia, nie żadnym symptomem. Nie musi przecież oznaczać, że równie łatwo, jak da się zniszczyć – jednym kliknięciem – elektroniczną fotografię człowieka, unicestwić można i jego samego.

Tamtych ludzi z papierowych odbitek unicestwiano przecież równie łatwo, techniką o ileż uboższą.

Czytam piękne wiersze z tej antologii – opatrzone starannie dobranym materiałem zdjęciowym – i odnajduję w nich wiele swoich własnych spostrzeżeń. Zawsze przy oglądaniu starych fotografii mam przejmujące wrażenie niesamowitości, smutku, a wynika to z pewności, że żaden z fotografowanych (a dotyczy to zwłaszcza dzieci) nie przeczuwa nawet swoich przyszłych losów i katastrof, cierpienia i śmierci. Spójrzmy teraz oczami Anny Kamieńskiej (wiersz Fotografia ślubna):

Niby lustro popękane w wiejskiej szafie
Staruszka pomarszczona
Pokazała mi swą ślubną fotografię
W wieńcach i welonach.

Tak fotograf miasteczkowy ją okłamał
Nad pojęcie,
Że na przekór życiu uwierzyła sama
W ślubne szczęście.

Czy to ty, z płachtami, ze skopkami,
W ogniu pokrzywy?
Czy to ty, zbłąkana między mogiłkami,
Troską wśród żywych? (…)

Obok wiersza widnieje zdjęcie z roku 1915 (autor nieznany), na którym, upozowana na tle dekoracji w atelier, stoi młoda para: wąsaty chłop w tużurku i wiejska panna młoda w długim welonie i wieńcu. Jej twarz, tak inteligentna, z tak mocnym spojrzeniem, z wyrazem skupienia i nadziei, rzeczywiście mogłaby być tą, która zainspirowała poetkę.

Wiersz Tadeusza Drzewieckiego natomiast udało się opatrzyć reprodukcją tej samej szkolnej fotografii autora, o której pisze:

Zeskanowałem swoje zdjęcie z pierwszej klasy
podstawówki: krzywo przycięta grzywka, grube
policzki, delikatnie przygryziona warga,
przerażająco ufne oczy (…)

W tym miejscu zresztą musiałam przerwać pierwsze czytanie, bo zabrakło mi tchu z przejęcia. To niezwykłe. Dokładnie te słowa („Przerażająco ufne oczy”) przemknęły mi przez głowę we Wrocławiu, kiedy kilkunastoletnie dzieci rzuciły się do stołu, przy którym siedziałam, i stały, wpatrując się we mnie i uśmiechając się bez przerwy. To, że piękna pani podeszła do mnie właśnie wtedy z książką, w której znalazłam to właśnie zdanie, muszę chyba uznać za znak.

Ufność w oczach dzieci.
To takie bolesne, że ją kiedyś utracą.
Mam nadzieję, że nie z mojej winy.

Oczy dzieci
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....