Cygan w szkolnej ławce

Cygan w szkolnej ławce

, 0 recenzji

Od 10 lat w Suwałkach istnieje jedyna w Polsce romska szkoła podstawowa. Przed trzema laty jej założyciel ksiądz Jerzy Zawadzki otrzymał nagrodę Prymasa Polski za osiągnięcia oświatowe. Dwa lata temu Medal Komisji Edukacji Narodowej. Szkoła romska natomiast, wraz z jej dyrektorem Jackiem Milewskim, zdobyła pierwsze miejsce w ubiegłorocznym konkursie Pro Publico Bono.

— Kiedy chodziłem po kolędzie, zwróciłem uwagę na dzieci z cygańskich rodzin — mówi proboszcz suwalskiej parafii pw. Najświętszego Serca Jezusowego ksiądz Jerzy Zawadzki. — Ich edukacja była bardzo zaniedbana. Jeśli nawet niektóre z nich zaczynały chodzić do szkoły, szybko rezygnowały. Zbyt słabo znały język polski i to była dla nich trudność nie do pokonania. Nauczyciele nie mieli zaś zbyt wiele czasu na pochylenie się nad cygańskim dzieckiem. Uważałem więc, że trzeba tym dzieciom stworzyć warunki, by mogły się bez przeszkód uczyć.

— Nie wierzyłem im, kiedy na pierwszej lekcji zapewniały, że nie znają liter, nie umieją czytać — wspomina Jacek Milewski, dyrektor Parafialnej Podstawowej Szkoły Romskiej w Suwałkach. — Miały od siedmiu do czternastu lat. Był to dla mnie szok. Jak to możliwe, że w środku Europy, pod koniec XX wieku, ktoś jest analfabetą? Nieprawdopodobne.

Rano dzieci, wieczorem dorośli

Przy głównej ulicy Suwałk, pomiędzy dwoma kościołami i parkiem, jeszcze w II Rzeczpospolitej pobudowano kilka reprezentacyjnych budynków miasta. W jednym z nich znajduje się obecnie budynek parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego. Mieszczą się tam również parafialne ośrodki pomocy ludziom biednym i uzależnionym. Kilka pomieszczeń zajmuje Parafialna Podstawowa Szkoła Romska. W klasach jest kolorowo od dziecięcych wycinanek. Wielobarwne zasłony. Zielone jednoosobowe ławki z otwieranymi pulpitami. W jednej z maleńkich klas — pracownia komputerowa, w której dzieci bez względu na wiek i płeć chciałyby siedzieć godzinami.

Szkolne sale są nieomal przez cały dzień zajęte. W dziecięce ławki wieczorem wciskają się dorośli Cyganie, którzy przychodzą na kursy dokształcające. Uczyć się alfabetu, rachunków, wiedzy o Polsce. W pokoju dyrektorsko–nauczycielskim późnym popołudniem odbywają się lekcje gry na instrumentach.

Strzępki opowieści

Władysław Dąbrowski ma olbrzymi autorytet wśród suwalskich Cyganów. Pochodzi, jak wszyscy miejscowi Cyganie, ze szczepu Polska Roma. Urodził się siedemdziesiąt pięć lat temu w Sejnach. Przed wojną jako młody chłopak handlował końmi. Opowiadana przez niego historia Romów nie sięga jednak dalej niż pozostałe w pamięci strzępki z opowieści dziadka i ojca. Własne wspomnienia zamyka w kilku zdaniach: od wczesnej wiosny do późnej jesieni wędrowanie w taborach; ogniska wielkie po niebo; białe konie piękne niczym anioły; smutne zimy w domach wynajmowanych na skraju wsi.

— Nikt za moich dziecięcych czasów nie myślał o szkole — opowiada — ale wiem, że jeden z najbogatszych Cyganów w Sejnach posyłał syna na lekcje. Czasem inne dzieci zamożnych Cyganów chodziły do szkoły przez zimę. Wtedy nie było żadnej presji, by dzieci się uczyły.

Wielki postój

Cyganie przywędrowali do Europy z Indii około XII wieku. Ich pobyt w Polsce pierwsze kroniki odnotowują w XVI wieku. W XVII wieku król Jan Kazimierz ustanowił „starszego nad Cyganami”, zwanego potocznie do dziś — cygańskim królem. W kolejnych wiekach Cyganie żyli jako wolny naród, mieszkając w namiotach i taborach. Wielkie ich prześladowania miały miejsce w okresie zaborów, ale najtragiczniejszy los spotkał Romów podczas II wojny światowej. Przyjmuje się, że hitlerowcy wymordowali ponad połowę europejskich Cyganów.

Tuż po wojnie władze komunistyczne zapędziły tysiące Cyganów do budowy socjalizmu. W 1964 roku wprowadzony został urzędowy zakaz podróżowania w taborach i koczowania pod namiotami. Cyganie nazwali ten zakaz „wielkim postojem”. Uważają, że poczynił on ogromne spustoszenie w ich kulturze zwanej romanipen. W Suwałkach zakaz zatrzymał kilkadziesiąt rodzin cygańskich. Zamieszkali w najgorszych domach i usiłowali wieść „mieszczańskie życie”. Większość z nich pozostawała bez pracy, bo w ponad 90 procentach byli analfabetami. Zresztą nawet nie szukali stałego zatrudnienia. — Osiadły Cygan to umierający Cygan — mówili i przez „zieloną granicę” wyjeżdżali z kraju, wędrując po Europie z całymi rodzinami. Administracyjny obowiązek edukowania dzieci cygańskich był nie do wyegzekwowania. Tym bardziej, że rzadko mieli stały meldunek.

Natasza i Adam

Natasza Marcinkiewicz i Adam Adamajtis posyłają dwoje swoich dzieci do romskiej szkoły. Nie wyobrażają sobie, by w Suwałkach nie było szkoły dla Cyganów. — Tam dzieci są bezpieczne, nienarażone na docinki polskich kolegów — wyjaśnia Natasza Marcinkiewicz. — Dba o nie ksiądz, pan Jacek i nauczyciele. Poza tym uczy się tam wiele dzieci, którym rodzice przerwali naukę, wyjeżdżając z kraju. I dziecko, które ma trzynaście lat, nie musi się wstydzić, że jest w pierwszej klasie i siedzi w jednej ławce z siedmiolatkiem. Wszyscy są równi.

Adam Adamajtis skończył publiczną szkołę podstawową i zawodową. I nie ma z nich złych wspomnień. Dziś chodzi do liceum zaocznego i w tym roku robi maturę. Zamierza też zdawać na studia wokalistyczne. Wśród cygańskich kolegów nazywany jest „profesorkiem”. Jest to raczej określenie pogardliwe niż pozytywne. — Nie każda cygańska rodzina lubi „zanadto wykształconych” — powiada Adamajtis. — Zarazem jednak, kiedy spotyka wykształconego Cygana, jest dla niego pełna podziwu, bo posiadł wiedzę gadziów, czyli obcych.

Natasza Marcinkiewicz w latach 80. skończyła cztery klasy szkoły powszechnej. Z pierwszych trzech klas szkoły ma jak najgorsze wspomnienia. — Przede wszystkim nauczycielka, nie podam jej nazwiska, od razu posadziła mnie w ostatniej ławce — wspomina Natasza Marcinkiewicz. — Nigdy mnie nie pytała i zawsze dawała do zrozumienia, że jestem gorsza. Chyba na zakończenie drugiej klasy mama mnie pięknie ubrała. Tak po cygańsku. W długą kolorową spódnicę, obszerną bluzkę. Nauczycielka wyrzuciła mnie jednak z sali, bo nie miałam granatowej spódniczki i białej bluzeczki. Czułam się wyrzucona poza nawias społeczeństwa. W czwartej klasie spotkałam wspaniałą nauczycielkę, panią Danutę Ciechomińską. Nie wyróżniała mnie w szczególny sposób, ale otoczyła opieką. Poświęcała mi wiele czasu, bym mogła nadrobić zaległości. Bez trudu zdałam do piątej klasy. Niestety, musiałam wyjechać z rodzicami za granicę i przerwałam szkołę.

Nie chodź tą ulicą

Jackowi Milewskiemu do czterdziestki brakuje jeszcze pięciu lat. Pochodzi z Suwałk. Jest z wykształcenia teologiem. Dziś zna niemal wszystkie rodziny cygańskie z Suwałk. Kiedy jednak jeszcze nie tak dawno chodził do szkoły podstawowej, a później do liceum, o Cyganach niewiele wiedział poza tym, że suwalskie Cyganki w parku wróżą z kart. Przestrzegano go także, by nie chodził ulicą Wesołą, bo „tam mieszkają Cyganie i jest niebezpiecznie”. Któregoś dnia to się potwierdziło. — Miałem bodaj dwanaście lat. Szedłem z kolegą do kina i właśnie mijałem Wesołą. Wybiegli cygańscy rówieśnicy i zaczęli rzucać w nas kamieniami dużymi jak dziecięca pięść — wspomina dyrektor Parafialnej Szkoły Romskiej. — Nie byłem tym jednak przestraszony, ale zdziwiony. Jak to, jak można rzucać w innych kamieniami? Byłem przekonany, że są to dzicy ludzie, bo w przeciwnym wypadku wiedzieliby, że nie wolno tego robić.

Ekstrawagancja

Ksiądz Jerzy Zawadzki przyjechał do Suwałk w latach 70. Najpierw prowadził zajęcia jako świecki katecheta. Kilka lat później został księdzem. Parafianie nazywają go „wielkim pasterzem”. — Kiedy chodzi po kolędzie u jednych bierze ofiarę, a u innych zostawia — wyjaśniają.

Ksiądz Zawadzki w ciągu ostatnich dwudziestu lat był inicjatorem bądź współinicjatorem powstania wszystkich szkół wyższych na terenie Suwałk. Jednak założona przez niego w 1993 roku szkoła dla Romów wydała się wielu miejscowym ekstrawagancją. Kiedy ksiądz „zebrał po kolędzie” ośmioro dzieci do pierwszej klasy, spotkał się z krytycznymi uwagami.

— Zarzucano mi, że angażuję się w irracjonalną działalność — opowiada ksiądz proboszcz. — Uważano, że skoro jest publiczna szkoła podstawowa, to niech tam Cyganie chodzą. I były to krytyki zarówno ze strony świeckich, jak i księży. Rodziny cygańskie też były zaskoczone moją propozycją. Pytały, dlaczego tak bardzo mi zależy na tym, by ich dzieci się uczyły. Traktowały szkołę z pewnym dystansem.

Baliśmy się alienacji

— Nasi Cyganie mówili wówczas, że taka osobna szkoła cygańska będzie dzieci alienować — opowiada Danuta Dolińska. — Słyszałam też takie obawy, że polscy nauczyciele będą oduczać je romanipen, czyli naszej kultury.

— Tak mówiła tylko garstka Cyganów. Szkoła nie ma tu żadnego znaczenia — podkreśla Władysław Dąbrowski ze szczepu Polska Roma. — Tylko od rodziców, dziadków, rodziny zależy, czy nasze dzieci będą znały romanipen i przestrzegały jej. Dziś nie może tak być, by Cyganie byli ciemni. Bez szkoły jesteśmy skazani na los człowieka bez przyszłości.

— Szkoła romska jest dla nas bardzo ważna, bo niektórzy rodzice nie chcą puszczać starszych dziewczyn do polskiej szkoły. Takich 12–, 13– –letnich — uzupełnia Natasza Marcinkiewicz. — Są pilnowane, bo to panny na wydaniu. One w tym wieku wychodzą za mąż. Rodzice nie chcą, by się zadawały z polskimi chłopcami.

Pierwsza lekcja

Jacka Milewskiego zaskoczyła propozycja księdza Zawadzkiego, by poprowadził szkołę cygańską. Zawsze powtarzał sobie, że kim, jak kim, ale nauczycielem nie zostanie. Jego rodzice byli nauczycielami i widział, jak ciężko pracują. — Prowadzenie szkoły romskiej potraktowałem jednak jako wyzwanie — opowiada dyrektor Milewski. — Budowanie czegoś, czego dotychczas jeszcze nikt nie budował. I po kilku dniach wahania przyjąłem propozycję. Pierwszą lekcję przeżyliśmy w wielkim stresie. Patrzyliśmy na siebie spode łba. Dzieciaki — bo nie wiedziały, kim jestem i na czym będzie polegać nauczanie. Ja — bo naprawdę nie wierzyłem, że one są analfabetami. Szczególnie cygańska młodzież. Sądziłem, że mnie oszukują.

Specjalne zaproszenie

Szkoła została zarejestrowana w 1993 roku. Przez pierwsze pół roku funkcjonowała na zasadzie eksperymentu. Po wiosennej przerwie wakacyjnej minął pierwszy dzień — a dzieci nie przyszły na lekcje. Minęło kilka następnych dni. Dzieci nadal nie było. Wreszcie okazało się, że rodzice i dzieci sądzili, że dyrektor bądź nauczyciel przyjdą po nie i zaproszą na zajęcia.

Jacka Milewskiego wciąż pojawiające się przeciwności mobilizowały. — Po początkowej nieufności dzieciaki stały się bardziej otwarte na wiedzę — wspomina Jacek Milewski. — Pytały bez żadnych zahamowań o wszystko: dlaczego noszę długie włosy, ile mam dzieci, czy kocham żonę, czy biję córkę, co jem na kolację, o której wstaję. Zadawały mnóstwo podstawowych pytań. Chciały się dowiedzieć jak najwięcej o innym niż swój świecie. Same jednak niewiele mówiły o własnej kulturze, swoich domach.

Nie znałem jeszcze wówczas języka romskiego. Często zwracałem im uwagę, by mówiły w szkole po polsku. Z czasem zacząłem wsłuchiwać się w te hermetyczne dźwięki i pewnego dnia, może minął rok, któreś z dzieci zapytało mnie o coś po cygańsku, a ja odpowiedziałem po polsku. Były zaszokowane, że rozumiem ich język. Ja też. I od tego momentu już zupełnie skruszyły się między nami wszystkie lody.

Po drodze spotykały mnie różne zaskoczenia wynikające z hermetyczności romskiej kultury. Chciałem zorganizować kilkudniową wycieczkę. Okazało się, że nie będzie to możliwe. Problemów z pieniędzmi nie było, nie mogłem więc zrozumieć, dlaczego. Kilka dni później jedna z cygańskich rodzin wyjaśniła mi, że mam w klasie dorosłe dziewczyny, a tych nie puszcza się samych bez cygańskich opiekunów. Tymczasem te dorosłe dziewczyny miały po 12 czy 13 lat. Dla nas to dzieci, dla nich dorośli.

Do zoo obejrzeć dinozaury

Dzieci miały też zaskakujące dla nauczycieli luki w wiedzy. Choć jeszcze ich dziadkowie koczowali w lesie, a Suwałki otoczone są nimi zewsząd, wiele z nich nigdy w lesie nie było. Podczas wycieczki nad suwalskie jezioro jeden z dorastających chłopców był przekonany, że to ocean. Jeden z piętnastolatków był pewien, że podczas wycieczki do zoo zobaczy dinozaura. Nie wierzył nauczycielowi, że te zwierzęta są gatunkiem wymarłym. Poprzedniego dnia widział je przecież w telewizji!

— Oni rzeczywiście mają pewien kłopot z rozdzieleniem fikcji od rzeczywistości. Na ogół nikt im niczego nie pokazuje, nie nazywa. Chociaż nierzadko podróżują z rodzicami po Europie, to dla nich Paryż czy Berlin to takie samo miasto, jak Suwałki, tylko nieco większe. Oni w tych miastach pracują — opowiada Jacek Milewski.

Phaś–Rom

Z czasem Jacka Milewskiego, gadzia, czyli obcego, Cyganie zaczęli zapraszać do domów. Jedni uważali to za naruszenie romanipen, drudzy traktowali nauczyciela jak „prawie swojego”, co było dla Milewskiego dużym wyróżnieniem. Nauczyciel najpierw został zaproszony do domu przez Grażynę i Romana Ciwińskich. U nich poznawał innych Cyganów, którzy upewniali się, że nauczyciel nie jest taki straszny. — Rodzina państwa Ciwińskich była mi niezwykle życzliwa — wspomina Jacek Milewski. — Serdeczni i ciepli w kontaktach. Mimo że to ortodoksyjni Romowie pod względem przestrzegania cygańskiej kultury, nie uważali, że moje kontakty z nimi mogą naruszyć romanipen.

Dziś nazywany jest przez cygańskie dzieci kako, czyli „wujek”. Przez dorosłych Phaś–Rom, co znaczy „pół–Cygan”. Dyrektor jest zaprzyjaźniony z większością cygańskich rodzin, których dzieci chodzą do szkoły. Często się odwiedzają. W rozmowach wykraczają poza tematy dziecięcej edukacji. Rozmawiają o tym, jak dalece dziś zmienia się romanipen, że dominuje pieniądz, a nie szacunek dla starszego.

— Wiele opowiadają o tym, jak straszna była okupacja. Na przykład cała rodzina Władysława Dąbrowskiego zginęła w niemieckim więzieniu w Białymstoku — mówi Jacek Milewski. — Oni, ludzie nieskorzy do walki, nie potrafią pojąć tego, co zrobiono z nimi w czasie wojny. Wiedzą, że wyrządzono im krzywdę. Ze smutkiem opowiadają, jak jeszcze niedawno ich bracia byli prześladowani podczas wojny w Jugosławii. I znów boją się ludzkiej agresji.

Stały element krajobrazu

Przez dziesięć lat romską szkołę ukończyły blisko trzy roczniki. Ponad setka dzieci. Dziś w klasach od pierwszej do czwartej jest 22 uczniów w wieku od siedmiu do piętnastu lat. Kilkoro dzieci jest również w zerówce. Zajęcia prowadzi ośmioro nauczycieli. Dwoje na etatach i sześcioro wolontariuszy. Szkoła jest nieodpłatna, utrzymuje ją Kościół. Od czasu do czasu dostaje wsparcie od Polskiej Fundacji Dzieci i Młodzieży oraz od ambasady brytyjskiej w ramach funduszu know–how. Otrzymuje też od państwa ustawowe 2500 złotych rocznie na jedno dziecko.

— Ja nie chodziłam do szkoły — mówi Danuta Dolińska. — I teraz chodzą moje wnuczki. Uważam, że zasługą księdza Zawadzkiego i Jacka Milewskiego jest to, iż suwalscy Cyganie mają dziś świadomość konieczności kształcenia dzieci. Choć trzeba sprawiedliwie powiedzieć, że nie wszystkie rodziny cygańskie jeszcze rozumieją, że dzieci muszą mieć warunki do nauki w domu, że nie można z nimi wyjechać na kilka miesięcy do pracy na Zachodzie, bo dziecko traci to, czego się nauczyło, i musi powtarzać rok.

— Wszystkie dzieci, które uczyłem w pierwszym roku, już posyłają swoje potomstwo do szkoły — mówi Jacek Milewski. — I to jest sukces. Dla tych dzisiejszych pierwszaków i starszych ja i szkoła jesteśmy już stałym elementem krajobrazu cygańskiego życia. To nic, że kilkoro z tych, które skończyły naszą szkołę, nie kontynuowało nauki. Żadne z nich się nie stoczyło i to też sukces. Nie jest tak idealnie, że dzieci nie powtarzają klas, że są niezwykle utalentowane i bardzo grzeczne. Dzieci są różne tak samo, jak na całym świecie.

Cygan w szkolnej ławce
Mateusz Wyrwich

urodzony 21 września 1951 r. – politolog, dziennikarz, publikował m.in. w „Kulturze”, „Literaturze”, „Polityce”, autor około 500 reportaży prasowych o tematyce społecznej i historycznej oraz książek Łagier Jaworzno, Czarne i białe, W celi śmierci....