Instytucja wykluczenia społecznego

Instytucja wykluczenia społecznego

Oferta specjalna -25%
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W szkołach brak spójnego i przemyślanego systemu wartości opartego na dobrych źródłach.

W czasie lipcowego spotkania Rodziny Dominikańskiej w Sandomierzu, podczas pracy grupy, która zajmowała się tematyką szkolną, po raz pierwszy usłyszałam następujące sformułowanie: polska szkoła jest instytucją wykluczenia społecznego. Brzmiało to dość groźnie i tajemniczo zarazem. Próbowaliśmy zatem w gronie kilku zainteresowanych osób: nauczyciele różnych specjalności, dyrektor szkoły, pedagog, ojciec dwojga uczniów… rozszyfrować ten termin i sprawdzić, czy jest prawdziwy. W trakcie dyskusji okazało się, że na podstawie własnych i cudzych doświadczeń każde z nas potrafi wskazać przykłady różnych wykluczeń, które się dokonują w szkołach. Przez wykluczenie rozumiem nie tylko jawną wrogość czy odrzucenie, ale także obojętność wobec problemu, brak właściwej opieki, wsparcia (w tym: emocjonalnego) oraz odpowiednich narzędzi i warunków materialnych do pracy z konkretnym człowiekiem.

Smutne przykłady

Uczeń niepełnosprawny często nie może korzystać z nauki w wybranej szkole, bo nie ma w niej podjazdów do wózków ani wind. Do poradni, w której pracuję, przychodzi mnóstwo dzieci i młodych ludzi, którzy nie pasują do swoich szkół i oferowanych przez nie warunków, np. 12–letni Jacek, który nie jest upośledzony, więc nie nadaje się do szkoły specjalnej, jednak jego poziom inteligencji jest na tyle niski, że chłopiec nie radzi sobie z normalnym programem szkolnym. Pamiętam sprzed kilku lat dziewczynę, która otrzymała ocenę nieodpowiednią z zachowania za ciągłe wagary. Po zanalizowaniu sytuacji przez pracowników poradni okazało się, że mieszka z ojcem alkoholikiem, który zamyka ją w domu, kiedy sam wybiera się „w miasto”. Dziewczyna wstydziła się o tym opowiedzieć w szkole, a wychowawca klasy poprzestał na ocenie objawów i ukarał faktyczną ofiarę. Wielu uczniów z powodu różnorodnych dysfunkcji powinno korzystać z dodatkowych zajęć oraz fachowej terapii, jednak brakuje na to pieniędzy lub chęci. Normalnie rozwinięty ośmiolatek, z przeciętnym, czyli dużym poziomem energii nie ma jej gdzie rozładować, bo — zgodnie z ustaleniami reformy oświaty — spędza cały czas w klasie nieprzystosowanej do zajęć rekreacyjnych, więc ośmiolatek wędruje do kąta za rozmawianie i wiercenie się. Co drugi uczeń, który sprawia w szkole kłopoty, ma założony z inicjatywy nauczycieli, a czasem rodziców, specjalny zeszyt uwag, w którym po każdej lekcji opisuje się jego zachowanie. Ciekawe, kto z nas, dorosłych, wytrzymałby taką presję chociażby przez jeden dzień? Dziecko moich znajomych uczy się w klasie, w której obowiązkowo co roku uczniowie wybierają się na tzw. Zieloną Szkołę do atrakcyjnej miejscowości. Pomysł sam w sobie może i dobry, problem w tym, że nie wszystkich rodziców stać na pokrycie kosztów wyjazdu. Biedniejsze dzieci na ten czas trafiają zatem do klas, które akurat nie wyjechały, i czują się w nich podwójnie obco.

Problem wykluczenia dotyczy nie tylko uczniów. Również wielu nauczycieli czuje się i faktycznie jest odrzuconych przez własne środowiska, na przykład dlatego, że wyrastają ponad przeciętność i w ten sposób „zawyżają poziom”. Dobrze pamiętam z początków mojej pracy szkolnej nieżyczliwe spojrzenia starszych koleżanek, kiedy wraz z kilkoma młodszymi podejmowałyśmy różne inicjatywy. I komentarze: — Uspokójcie się, bo potem od nas też będą tego wymagać.

Inną grupą wykluczaną przez szkołę (tu czytaj: nauczycieli) są rodzice, często traktowani jak intruzi, wzywani (a nie zapraszani) na dyscyplinujące rozmowy o ich niedobrych dzieciach, niegodni tego, by traktować ich po partnersku; strofowani na korytarzach lub wywiadówkach, bez zachowania dyskrecji i taktu. Rodzice często nie lubią szkoły, bo sami czują się w niej jak uczniowie, co nie jest wcale przyjemnym doświadczeniem.

Sprawa toruńska

Ta wyliczanka nie jest mową oskarżycielską. Dobrze wiem, ilu uczniów jest w przeciętnej polskiej państwowej szkole, ile godzin naprawdę pracuje polski nauczyciel (klasówki, wywiadówki, prace domowe, kółka pozalekcyjne itp.), jak jest zmęczony i jak nisko za to opłacany. Znam system szkolnictwa wyższego i jego ułomności w przygotowaniu nauczycieli do zawodu. Wiem o ciasnocie jednych szkół i anonimowości drugich, wielkich szkolnych molochów. Doświadczyłam systemu zmianowego, braku wsparcia i pomocy ze strony nadzoru pedagogicznego i dyrekcji itd.

Nazywam fakty, które faktami pozostają, niezależnie od złożoności mechanizmów do nich prowadzących.

Ostatnie dni przyniosły drastyczny przykład jeszcze innego wykluczenia. Oto uczniowie z Torunia w sposób radykalny wykluczyli ze swojej przestrzeni nauczyciela — bo „skoro sobie daje tak robić, no to jest okej” („Gazeta Wyborcza”, 8 września 2003 roku). Dyskusja, która rozpętała się wokół tej sprawy, przeraża mnie chyba bardziej niż sama sprawa. Z ust pań dyrektorek i urzędników oświatowych słyszymy, że „wina rozkłada się po połowie”, a „ten nauczyciel widocznie nie ma predyspozycji do wykonywania takiego zawodu”. Jest to taki sam poziom argumentacji, jak w przypadku stwierdzenia, że kobieta w minispódniczce jest współwinna gwałtu.

William Kirk Kilpatrick w książce Psychologiczne uwiedzenie operuje terminem „społeczeństwo psychologiczne”. Wydaje się, że w takim społeczeństwie właśnie żyjemy. Według Kilpatricka „Przeobrażając się w społeczeństwo psychologiczne, wykreowaliśmy nowy system wartości. Są to w większości wartości płytkie i egoistyczne, i to one dominują”. W czasie telewizyjnej audycji dotyczącej sprawy toruńskiej jedna z urzędniczek stwierdziła, że trzeba przede wszystkim zająć się dziećmi, bo one przeżyły ogromną traumę. Przypomina mi to jeden z dowcipów o psychologu humanistycznym: Na ulicy leży zakrwawiony człowiek, z wyraźnymi śladami pobicia. Przechodzi koło niego mnóstwo ludzi, w tym lekarz, policjant, polityk, jednak wszyscy mijają go obojętnie. Wreszcie nadchodzi psycholog humanistyczny. Podbiega do leżącego i pochylając się nad nim krzyczy: „O, mój Boże, ktokolwiek to zrobił, musiał bardzo cierpieć!”.

O ile wiem, do tej pory (od maja minęły 4 miesiące, a od ujawnienia sprawy kilkanaście dni) nikt nie przeprosił poniewieranego nauczyciela. Nie przyszło to do głowy ani samym sprawcom, ani ich rodzicom, ani współpracownikom i dyrekcji. Nieudacznik musi polec. Przez niego cierpią biedne dzieci — należy go więc dla przykładu ukarać i zabronić wykonywania zawodu nauczyciela. Dzieciom zaś należy dać szansę.

Czy coś się porobiło z moim wzrokiem albo umysłem — bo jednak ciągle widzę agresorów — uczniów, i ich ofiarę — nauczyciela, a nie odwrotnie. Gdyby przyjąć sposób rozumowania dominujący w telewizyjnych i prasowych wypowiedziach różnych ważnych osób z kręgów oświaty, to należałoby zgodzić się z tym, że słabe żony powinny być bite przez mężów, wymalowane kobiety gwałcone w parkach i na dyskotekach, nieuważni przechodnie okradani przez niemogących się oprzeć pokusie złodziejów, a niedowidzący oszukiwani przez kasjerów bankowych.

Nie twierdzę, że nauczyciel z Torunia jest wzorowym lub chociażby dobrym nauczycielem. Wszystko wskazuje na to, że istotnie nie posiadł różnych ważnych umiejętności. Czy to jednak znaczy, że jego oprawcy mają być zwolnieni z odpowiedzialności — moralnej i karnej? Dzisiaj już wiadomo, że kilkoro z nich zostało usuniętych ze szkoły, pozostałym również wymierzono kary. Problem w tym, że zanim to się stało, rozmawiano w taki, a nie inny sposób, przez co u wielu ludzi zachwiały się resztki wiary w sprawiedliwość i normalność tego świata.

Zło trzeba nazwać złem

Czy można relatywizować zło za pomocą mechanizmów psychologicznych? Każdą, najgorszą nawet zbrodnię, da się zapewne wytłumaczyć mnóstwem uwarunkowań, powiązań, splotów rozmaitych okoliczności — tylko — co z tego?

Zło musi być nazywane złem i traktowane jako zło — stanowczo i jednoznacznie. Granice między dobrem a złem powinny być jasne.

Dramatem polskiej szkoły — o wiele większym niż ciasnota, liczne (mimo niżu demograficznego) klasy i niskie pensje nauczycieli — jest wielki chaos pojęciowy, moralny i etyczny. Szkoła stała się fabryką absolwentów, których ocenia się w rankingach. Ile rad pedagogicznych zastanawiało się na posiedzeniach przed rozpoczęciem roku szkolnego, do czego chce wychować swoich uczniów, i próbowało znaleźć do tych celów adekwatne środki? Jaka jest proporcja między wychowaniem a „procesem dydaktycznym” oderwanym często od realiów i potrzeb danego środowiska?

Z kilkunastu nauczycieli, którzy uczyli mnie w liceum, pamiętam do dziś jednego, który potrafił skrócić lekcję, żeby zapytać: — Co się z wami ostatnio dzieje? — (choć nie był naszym wychowawcą). Potem słuchał i rozmawiał. Materiał, którego mnie uczył, w większości uleciał, ale pytania dotyczące życia pamiętam do dziś. Zapamiętałam też profesora ze studiów, który podczas pierwszych zajęć, w odróżnieniu od innych wykładowców, przejętych dyktowaniem listy lektur i wymagań, poświęcił godzinę, by się upewnić, czy wszyscy mają gdzie mieszkać i czy miejscowi pomagają zamiejscowym w znalezieniu biblioteki, czytelni itp.

Mam wrażenie, że polska szkoła często wyklucza sama siebie — przestaje być miejscem cenionym, lubianym, chcianym przez kogokolwiek. Boją się jej uczniowie, rodzice i nauczyciele. Nie znajdują w niej miejsca dla siebie, nie mają możliwości, by tu realizować swoje potrzeby, by się rozwijać i zdobywać potrzebne umiejętności. Wszyscy „zaliczają” obowiązek szkolny, bez nadziei na możliwość zmian. Pesymizm środowiska nauczycielskiego jest przerażający. Większość rozmów o problemach kończy się lub nawet zaczyna stwierdzeniem: i tak nic się nie da zrobić. Popadliśmy w błędne koło niemożności i zniechęcenia.

Dajcie się zarażać

Z moich doświadczeń wynika, że zmiany następują tam, gdzie ktoś uwierzył w ich możliwość i podjął wysiłek realizacji. Nauczyciele, którzy pracują mądrze i dobrze, to ludzie, którzy zmienili najpierw sposób myślenia, a nie warunki zewnętrzne. Początek zmian następuje zwykle wtedy, gdy przestajemy chować się przed prawdą i nie boimy się skonfrontować z jej wszystkimi, nawet najbardziej gorzkimi aspektami. „Prawda was wyzwoli” — te słowa nie są banałem, one naprawdę pokazują istotę rozwoju. Wierzę, że to, co się stało w Toruniu, obudzi nas wszystkich i sprowokuje do rzeczowych, głębokich rozmów i przemyśleń, bez chowania głowy w piasek. Mimo że w polskich szkołach dzieje się mnóstwo dobrych rzeczy, jest w nich także wiele zła, którego nie wolno lekceważyć, bo ono od tego nie znika, tylko nabiera mocy.

Na szczęście dobro również bywa zaraźliwe. Życzę wszystkim nauczycielom, uczniom i rodzicom z okazji Dnia Edukacji Narodowej, żeby spotykali jak najwięcej „zainfekowanych” mądrością, odwagą, wiarą ludzi, dla których szkoła nie jest złem koniecznym, a szansą — i żeby z radością pozwalali się zarażać.

14 września 2003 roku

Instytucja wykluczenia społecznego
Małgorzata Mazur

(ur. 1959 r. – zm. 02 listopada 2020 r.) – pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka „Szkoły dla rodziców i wychowawców”, przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego. Mieszkała w Sz...