Powietrze

Powietrze

, 0 recenzji

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Czyż nie należy się wdzięczność Najwyższemu za każdy haust powietrza? Każdy oddech przedłuża nam przecież życie o następną chwilę! Czyż może być coś cenniejszego? Czyż perły, diamenty i rubiny mogą być cenniejsze od jednego oddechu? Każdy przecież oddech otrzymujemy za darmo. Za każdy haust powietrza powinniśmy osobno dziękować Najwyższemu.

Tak myślałem, idąc pod wiatr, który nieco zapierał mi dech. Przyszła jesień, smutna pora roku, i wiatr podrywał z chodników opadłe liście. Szedłem odwiedzić moją znajomą, która zapadła ostatnio na chorobę smutku i znalazła się z tego powodu w szpitalu. Ostatnimi czasy panuje wręcz epidemia tej choroby, nie wiadomo, czym spowodowana, lekarze zwą tę chorobę depresją, hospitalizują pacjentów i mają pełne ręce roboty. Moją znajomą znalazłem na ławeczce w szpitalnym ogrodzie, siedziała nieruchomo i była już cokolwiek przysypana żółtymi liśćmi. Obok niej siedziała kobieta wyglądająca na całkowitą wariatkę: suknię miała pozszywaną z kolorowych łatek, włosy ufarbowane na kilka różnych kolorów, słowem wyglądała jak istna Łoblodra z Łobornik. Moja znajoma, zobaczywszy mnie, ocknęła się ze swego odrętwienia i po niezbyt entuzjastycznym przywitaniu zaczęła mi opowiadać o swoim smutku:

– Bracie dobrodzieju, nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Po co w ogóle żyć? Nie widzę nic, na czym mogłabym się oprzeć. Księża mi mówią, że mam się oprzeć na Bogu, ale jak można się oprzeć na Bogu? Gdzie Go mam niby znaleźć? To przecież tak, jakbym się miała oprzeć na powietrzu!

W tym momencie siedząca obok pstrokata dziewczyna sapnęła dwakroć głośno niczym hipopotam. Spojrzałem na nią z niesmakiem, ona natomiast zerknęła ku mnie figlarnie i puściła oko. Tymczasem obok naszej ławeczki przystanął mężczyzna w białym kitlu, pytając o samopoczucie mojej znajomej.

– Niech pan powie, panie doktorze, jak mam się oprzeć na Bogu? – rzekła zapytana. – To przecież tak, jakbym się miała oprzeć na powietrzu, prawda?

W tym momencie siedząca obok dziewczyna znów sapnęła dwa razy jak parowóz. Spojrzałem na nią karcąco, a ona na mnie znów figlarnie i znów puściła oko. Zaczynała mi grać na nerwach. Powiedziałem do niej:

– Nie puszczaj do mnie oka, bo jeszcze ktoś sobie coś pomyśli, i nie sap jak hipopotam, bo przeszkadzasz w poważnej rozmowie. Jak chcesz tak sapać, to lepiej sobie idź.

Ona na to wstała i poszła, natomiast doktor stanął w jej obronie:

– Czemu ją odganiasz? Przecież ona ma rację! Istotnie to jest tak jak z powietrzem: oprzeć się na nim nie można, ale żyć bez niego – też nie. Czyż nie jest prawdą, że wdzięczność Najwyższemu należy się za każdy oddech?

Spojrzałem nań zdumiony. Psychiatra wygłaszający takie teksty? Coś tu nie tak, przecież psychiatrzy gadają o podświadomości, dzieciństwie, wpływie matki, wpływie ojca, archetypach i Bóg wie, o czym jeszcze, ale nie o Bogu. Nie ma dla nich przecież związku między zdrowiem psychicznym a Bogiem, te drzwi pozostają do dziś zamknięte. Zapytałem:

– Czy pan aby rzeczywiście jest lekarzem psychiatrą?

Spojrzał na mnie zaskoczony i odrzekł:

– Skąd bratu dobrodziejowi przyszło coś takiego do głowy? Ja miałbym być psychiatrą? Ja jestem tylko Szuszwolem ze Swarzyndza. No, ale zostawię państwa w spokoju, do widzenia. Aha, tak na marginesie, to te drzwi należałoby jak najszybciej otworzyć.

To powiedziawszy, oddalił się spacerowym krokiem, postukując obcasami butów związanych zielonymi sznurowadłami.

Powietrze
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....