Bałchasz
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Tym razem nasze drogi powiodły nas na północ od Ałma Aty, w stronę jeziora Bałchasz. Jedno z największych jezior na kuli ziemskiej rzeczywiście geograficznie jest jeziorem, miejscowi zaś ludzie nie bez powodu nazywają je morzem. Wielkie ono i dostojne. Dostojne i tajemnicze. Przez długie lata dzieliło się na zachodnią część ze słodką wodą i wschodnią — ze słoną.

Dziś słona woda zajmuje coraz więcej powierzchni. Jezioro się zmienia. Zanim wyruszyliśmy nad Bałchasz, opowiadał nam o nim senior tutejszych biologów, dziewięćdziesięciojednoletni profesor Paweł Justynowicz Marinkowski, z pochodzenia Polak. Podobno nim wybudowano pod Kopczegajem zaporę na rzece Ili, woda w Bałchaszu była kryształowo czysta. Żyła tam unikalna ryba: marinka. Ktoś nam mówił, że obecnie zachowała się w niektórych przyałtajskich górskich jeziorach, ale tego Profesor nam nie potwierdził. Nie było wtedy w Bałchaszu suma. Kiedy tylko zniknęła marinka — pojawił się sum i dziś rybacy łowią ponaddziewięćdziesięciokilogramowe osobniki, ponoć groźne dla ludzi, siejące spustoszenie wśród wodnego ptactwa, w które bogaty jest Bałchasz i jego okolica.

Poznaj świat

Podróż nad Bałchasz miała dla mnie szczególne znaczenie. Mój tata, który odszedł do wieczności, kiedy miałem zaledwie osiem i pół roku, był z zawodu i z powołania nauczycielem geografii. W naszej domowej biblioteczce jeszcze wiele lat po jego śmierci szczególne miejsce zajmowały roczniki bardzo dobrego polskiego pisma geograficznego „Poznaj świat”. Kolorowo ilustrowany periodyk działał na moją dziecięcą wyobraźnię bardziej niż cokolwiek innego. W tamtych czasach — był to koniec lat pięćdziesiątych — nie było jeszcze powszechnie dostępnej telewizji, kiedy zaś ta w parę lat później pojawiła się u nas, z pierwszych relacji telewizyjnych najlepiej zapamiętałem tablicę–szablon z napisem „Przepraszamy za usterki”.

„Poznaj świat” to było coś innego, tam rzeczywiście był świat, który pociągał, urzekał, budził wyobraźnię, kreował marzenia. Moi rodzice nawet nie zauważyli, jak ich synek w wieku czterech, pięciu lat na artykułach z „Poznaj świat” nauczył się czytać. W efekcie nie mieli wyjścia, musieli posłać pięciolatka do szkoły. Tymczasem w mojej pamięci z tamtych czasów utkwił artykuł o aule znad brzegów Bałchasza. Nie wiem, ile miałem lat, kiedy pierwszy raz go przeczytałem. Oczami wyobraźni wciąż widzę jeźdźca na koniu, wokół upalne lato. W tle jurta, obok niej schną na słońcu ogromne ryby. On odziany w skórzaną, naturalnego koloru kurtę i kołpak. Ma skośne oczy Azjaty, wąsy, jest ogorzały, szeroko się uśmiecha, brakuje mu zębów. Kazach znad Bałchasza. Taki wczoraj — taki sam dziś… Jak to się stało, że moja dziecięca wizja ożyła? Jak to się stało, że wypełniło się moje dziecięce marzenie? Z nieśmiałością, a jednak myślę o świętych obcowaniu: — Tato, jak to się stało…?

Spotkanie z kierowcami

Zanim dojechaliśmy do brzegów Bałchasza — wyruszyliśmy w piątkę: Mircia, Magdusia, Mikołaj, Wołodia i ja — musieliśmy przejechać ogromną, czterystukilometrową przestrzeń. Po drodze najpierw był step, potem półpustynia, wreszcie pustynia. Na drodze niespodzianki: polskie, ogromne samochody ciężarowe. Jeden z nich z rozwaloną oponą stał w środku pustyni, akurat tam, gdzie telefony komórkowe nie mają żadnego zasięgu. Biedni, umęczeni kierowcy próbowali sobie radzić, ale narzekali też na właściciela, który oszczędzając na kosztach, wysyła ich w wielotysięczne trasy na wyeksploatowanych oponach. I nie tylko oponach… Ponoć takie to czasy. Kierowcy każdego tygodnia wożą z Krakowa do Ałma Aty drukowane na Słowacji ilustrowane czasopisma, głównie „Burdę”. Ałma Ata to tylko pierwszy etap podróży. Drugi to Samarkanda w Uzbekistanie. Tam „Budimex” stawia nowoczesny hotel i to jest ostateczny cel podróży: wożą dla „Budimexu” niezbędne zaopatrzenie z Polski. Przejechać do Uzbekistanu to dopiero sztuka. Koszmar zaczyna się w południowym Kazachstanie, dopełnia zaś w Uzbekistanie: co posterunek policji drogowej, to łapówka. Jest wymagana bezwzględnie, w stałej wysokości. Trasa szczególna, jeżdżą więc po niej szczególni ludzie: polscy repatrianci z Kazachstanu.

— Jak Wam się żyje w Polsce? Jak długo już jesteście w kraju? Skąd pochodzicie?
— Ja z Kellerowki, wyjechałem już siedem lat temu.
— Ja spod Oziornego, mieszkam w Polsce już cztery lata.
— Jak się żyje? Teraz to wszędzie ciężko, ale jak jest praca… I dzieci mają więcej szans. Wyjeżdżając, o nich myśleliśmy. Moja córka teraz jest na wakacjach w Zakopanem. To nagroda za olimpiadę z języka rosyjskiego.
— No tak, jej łatwiej.
— Ależ gdzie tam. W domu rozmawiamy po polsku, a ona, jak wyjeżdżaliśmy z Kazachstanu, miała zaledwie siedem lat. To nie jest wiek, żeby pamiętać, ale dzieciaki mają talent do języków. Syn był na obozie w Szwecji, wygrał olimpiadę z angielskiego. Mówi do mnie: „Tata, czy ja mógłbym to wszystko zobaczyć, dotknąć, żyjąc w Kazachstanie?”.
— Kazachstan się zmienia, zmienia na lepsze.
— Tak, też to widzimy i cieszymy się z tego. Kazachstan nigdy dla nas nie będzie obojętny, ale przecież w Polsce nasze dzieci są u siebie.

Orły, susły, lisy

Przed samym Bałchaszem natknęliśmy się na ogromne połacie soli, które wychodzą na powierzchnię ziemi jakby na dowód tego, że przed tysiącami, a może nawet milionami lat był tam ocean. Przez całą drogę prowadziło nas ptactwo. Mikołaj wreszcie zrozumiał, skąd orzeł odnalazł swoje miejsce w herbie Kazachstanu. Takiej liczby orłów — ogromnych, brązowozłocistych bierkutów, szarych, białych, czarnych, których nazw my, ludzie rodem ze zniszczonej, zurbanizowanej Europy, znać nie możemy — on, a i my wszyscy, nigdy w życiu nie widział. W stepie pasły się owce, kozy i bydło, wędrowały tabuny koni, chwilami nasz samochód wyprzedzały wielbłądy. Kiedy zatrzymywaliśmy się na popas, trzeba było uważać, by nie zniszczyć zaraz na poboczach drogi suslikowych podziemnych labiryntów. Zapewne niepojęta liczba gryzoni na pustyni i w stepie to źródło tej nieobjętej liczby drapieżnych ptaków nad kazachstańskim niebem.

Nieopodal słonego jeziora, które poprzedza zachodni skraj Bałchasza, zaczął nam towarzyszyć lis. Biegł w bezpiecznej odległości, równo z drogą, obserwował nas bacznie. W upalne lato wyliniał, nawet jego kita bardziej przypominała suchy chwost wiejskiego dwarniaszki niż ogon solidnego, pustynnego rudzielca. Uciekł dopiero wtedy, kiedy postanowiliśmy się zatrzymać i sfotografować go. Orłów tymczasem nasza obecność nie przerażała, siadały na słupach telefonicznych, na poboczu drogi. Baliśmy się, by nie wpadły pod koła naszej rozpędzonej mazdy. Kiedy już dotarliśmy do wspomnianego wyżej słonego jeziora, przy jego brzegu dostojnie pływał ogromny pelikan. Odleciał na środek jeziora, gdy nas zobaczył. Niebawem obok niego pojawił się drugi osobnik. Wołodia wytłumaczył nam, że pelikany żyją w parach. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy pelikana w naturze. W locie ten ogromny ptak przypominał nam ogromny samolot pasażerski. Ot, skojarzenie. I kto tu kogo przypomina…? Signum temporis?

Szukając stu gram

Pierwszego dnia, zanim nadszedł wieczór, objechaliśmy jeszcze auły na zachodnim brzegiem jeziora. Obraz przerażający. Beznadzieja, sypiące się lepianki. Przy chatach po kilka schnących na słońcu ryb: sumów, sazanów, żerechów… Rozwalające się łodzie na brzegu, zżarte rdzą, od lat nieużywane kutry. Zapijaczeni mężczyźni. Zupełnie nie widać kobiet, te w domach, z dziećmi. Wokół pustynia, skały. I droga. Droga — jedyna nadzieja. Przy niej można czasem sprzedać suszoną rybę, będzie za co pić.

— Dajcie papieroska… Nie macie nawet stu gram?

Typowe pytanie. Pierwszy zadał je nam nie więcej niż czternastoletni chłopiec. Miał szarą, już dotkniętą przekleństwem alkoholizmu twarz.

Przy wodzie szuwary kilkumetrowej wysokości, ptactwo. Uciekaliśmy jak najdalej od ludzi, od ich osad. Nigdy nie wiadomo, co w pijanym widzie przyjdzie im do głowy. Ukryliśmy się na noc wśród skał, nad samą wodą. I tak zostaliśmy odnalezieni. Najechali nas w środku nocy. Stary moskwicz, motocykl, gromadka młodych pijaków, których wieku nie określisz. Wśród nich jedna „dyżurna” dziewucha.

— Chcemy tylko pobałtać… Niczego złego wam nie zrobimy. Dziewcząt nie potrzebujecie? A sto gram nie macie? Dajcie choć buteleczkę „Sary– –Agasza”…

To mogliśmy dać. Tak nazywa się najlepsza na świecie woda mineralna rodem z południowego Kazachstanu. Wzięli wodę, uraczyli nas głośną muzyką i wreszcie się wynieśli szukać tych swoich stu gram. Podenerwowani, rozbudzeni, mogliśmy podziwiać nieobjęte, gwieździste jak nigdzie indziej niebo. Do rana był już spokój, ale kiedy nadszedł ranek, postanowiliśmy przejechać od południowej strony na zachodni brzeg jeziora. Dokładnie tam, gdzie rzeka Ili wpada do niego. I znów droga, orły, wymarzone zdjęcia z wielbłądami, gryzonie niewiele większe od suslików — ot, takie małe kangury, tyle że szare i z solidnym, zadartym do góry ogonkiem. Co to takiego? Podobno po polsku nazywa się je myszoskoczkami. Potem ptaki, niby bażanty, ale większe, rudobrązowe. Porozjeżdżane na drodze lisy. Skutek reflektorów czy wścieklizna? Obok bardzo rzadkich ludzkich osad muzułmańskie cmentarze. Mogiły — nie mogiły: grobowce, ogromne budowle przypominające meczety, których nie spotykaliśmy we wioskach. Często z drogiej, ceramicznej cegły. Domy zaś mieszkalne z kiziaka, mieszanki gliny, trzciny lub suchej trawy i krowiego łajna. Zimy tam mroźne, kiziak grzeje.

W gościnie u rybaków

Po południu dotarliśmy do wioski niemal u samego ujścia Ili do jeziora. To ostatnia z tamtej strony ludzka osada na suchym gruncie. W aule około tysiąca mieszkańców. Kiedyś żyli tu głównie Niemcy, ale i Kazachowie, Rosjanie, Ukraińcy. Ludzie, którym w czas wielkiego głodu, z początku lat trzydziestych ubiegłego stulecia, jezioro pozwoliło przeżyć. Dziś Niemcy, a i większość Rosjan, wyjechali. Dojechali za to Kazachowie. Praca jest, wieś zadbana, w porównaniu z tymi z przeciwnego brzegu wyraźnie bogata. W aule są trzy trusty rybackie, dawne kołchozy, w każdym z nich dzisiaj prywatny właściciel. Wykorzystują rybaków, ile się da, ale stare kutry sprawne, wychodzą na morze. Rybę ałmatyńscy kupcy odbierają regularnie. Mają ludziska z czego i jak żyć, choć praca bardzo ciężka, a ciężary wszelkich gospodarczych niepowodzeń właściciele natychmiast przenoszą na rybaków. Cierpliwe żony potrafią tygodniami czekać na mężów, kiedy ci na wodzie. Zatrzymaliśmy się u takiej rybackiej rodziny. Dobrzy, gościnni ludzie. Trójka drobiazgu. Rozbudowują chałupinę. Za szopą kibel — takich dzięki generałowi Składkowskiemu od wielu, wielu lat na polskiej ziemi już nie ma. Potrzebna nam i taka perspektywa, żeby nie wyśmiewać „sławojek”. Generał był lekarzem i wiedział, co to higiena.

W aule mimo braku opieki lekarskiej i trudnych warunków higienicznych ludzie żyją po sto lat. U Serika, który nas zaprowadził do naszych gospodarzy, właśnie zmarła babcia. Minął siódmy dzień od jej śmierci. Przeżyła dziewięćdziesiąt sześć lat. Jej mąż — Serikowy dziadek — umarł przed rokiem, miał sto pięć lat. Powietrze tam zdrowe. Latem plus czterdzieści, zimą minus czterdzieści stopni Celsjusza. Starą motorówką naszego gospodarza popłynęliśmy w stronę jeziora. Ili nie jest tu taka szeroka jak w środkowym biegu. Wcześniej się rozwidla. Płynie w głąb. U ujścia ma ponad dwadzieścia metrów głębokości. Jej brzegi są zarośnięte kilkumetrową trzciną. Zimą ludzie ją tną, później robią z niej zadaszenia w budynkach gospodarczych. Na wodzie różnorodne ptactwo. Latające ptaszęta przypominające kaczki. Duże, różnobarwne, z przewagą koloru żółtego, długie nóżki, szybki lot.

W głąb jeziora nie udało się nam wypłynąć, niby słoneczny dzień, gorąco, a wietrznie. Fale były większe niż na Bałtyku. U wylotu na jezioro zarzuciliśmy kotwicę, słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Woda rzeki miała kolor żywej zieleni, na jeziorze była już bardziej żółtawa, jakby perłowa… Kołysało nas nie na żarty. Wieczorem powróciliśmy do domu prosto na rybacki obiad ze świeżą rybą i odsmażanym kartofelkiem. Rozmowy nasze skończyłyby się zapewne późną nocą, gdyby nie zmęczenie i natrętni krwiopijcy — komary.

Drugiego dnia, rankiem, ruszyliśmy w drogę, obiecując naszym dobrym gospodarzom, że wrócimy tu, jeśli Bóg pozwoli. I obiecaliśmy ikonę… Oni, muzułmanie, prosili o nią. I prosili, żeby następnym razem zabrać ze sobą chrześcijańskiego batiuszkę, który poświęci chałupinę i od złych duchów modlitwą obroni. Dlaczego tak? Skąd strach w oczach tej dobrej kobieciny? Okazuje się, że choć oboje z mężem pochodzą ze wsi, w której i dziś żyją, on nie jest jej pierwszym mężem. Kiedyś bardzo młodo wyszła za mąż i przeniosła się do odległego Kopczegaju. Do dziś mieszka tam jej siostra. Matka jej pierwszego męża — kazachska wiedźma, szamanicha — nigdy nie zaakceptowała swojej synowej. Czarowała swojego syna, wyklinała synową, aż syn żonę porzucił. Ta powróciła do swojej wsi, wyszła po raz drugi za mąż. Jednak uparta wiedźma nie dała jej spokoju, rzuciła czary na biedną dziewczynę i jej dom. Dzieciska jej chorują, w domu straszy. Kiedyś przyjechali do nich znajomi z Karagandy. Weszli do pokoju i raptem do piersi jednego z gości zaczęły się przyklejać wszystkie metalowe przedmioty znajdujące się w pomieszczeniu: łyżki, noże i widelce. Wszyscy wystraszyli się, wiedzieli, że to złe moce, które przygnała do nich zła teściowa–wiedźma. I wierzą w to do dziś nie na żarty. W tym to pokoju nas, chłopaków, położono na noc. Pomodliliśmy się przed snem, poprosiliśmy Panienkę naszych dobrych snów o wsparcie, nade wszystko o wsparcie dla rodziny, która przyjęła nas z otwartymi sercami. Rankiem nasza chaziajka zapytała:

— I jak wam się spało? Nic wam nie przeszkadzało?
— Nie, nic. Nawet komary były mniej drapieżne. Bogu dzięki. I wy się nie bójcie. Nigdy się nie bójcie.

Dobry Boże, obdarz ten gościnny dom, tych prostych, dobrych ludzi pokojem. Zaprowadź, jeśli taka będzie Twoja wola, w te rybackie zagrody Małych Braci i Małe Siostry od pustynnego brata Karola. To może być ich naturalne środowisko. Wszak i pustyni w Kazachstanie dostatek. Inna to pustynia niż w Afryce, porośnięta wonnym saksaułem i kwitnącym o tej porze lata tamaryszkiem, pełna wilków, lisów, suslików i drapieżnego ptactwa, ale przecież pustynia.

* * *

W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze nad skalisty brzeg Ili nieopodal Kopczegaju. Przed wiekami przebiegał tamtędy Jedwabny Szlak. W skałach pozostała po nim pamiątka: rysunki naskalnych Buddów, inskrypcje, których nawet Mikołaj, nasz językoznawca, nie potrafił odczytać. Na koniec tradycyjny barani szaszłyk nad brzegiem jeziora i szczęśliwy powrót do domu. Powrót przed następną wyprawą. Wszak życie nasze jest drogą i różnie tę drogę odbywamy.

Za wszystkich ludzi, których na tej drodze spotykamy, dziękujemy Ci, Panie.

Za to, że wszystko, co stworzyłeś, jest dobre, dziękujemy Ci, Panie.

Jutro, rankiem, ruszymy nad kulsajskie jeziora, w góry.

Bałchasz
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...