Wszystkim Ryśkom z „Klanu”
fot. jonas jacobsson / UNSPLASH.COM

Wszystkim Ryśkom z „Klanu”

Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Gdyby historie o Józefie i Maryi, nawiedzeniu i drodze do Betlejem wyciągnąć poza kontekst Ewangelii, to w tych opisach wszystko jest mało prawdopodobne i bez szans na powodzenie.

Nie będę pisał, że zapomnieliśmy o adwencie i że choinki postawiono na wystawach już na początku listopada. Że wszystko zalewa komercja, promocje i superoferty. I że o żadnym czekaniu nie ma mowy. Sam słyszałem i nieraz mówiłem o tym, że marnujemy czas przygotowania, że trwa wojna świąt (już nie Bożego Narodzenia) z adwentem, a jej objawy tylko się nasilają. To biadolenie trzeba zostawić. Chyba że lubimy trwać w stanie oburzenia pomieszanym z nostalgią za dawnymi czasami. Bo wiadomo, dawniej to było normalnie. To był adwent. Czas wyciszenia, mobilizacji, rorat. Nie to, co teraz.

A jak jest teraz

„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” – nurtują mnie słowa Psalmu 84. Zastanawia mnie ich bezpośredniość. Mówią o obietnicy działania Boga niezależnej od mojej aktualnej kondycji. Nie stawiają warunków. Nie ma w nich żadnych ukrytych dodatków, dopisanych pod tekstem małym drukiem. Nie ma jakiegoś „ale”, „wtedy” czy „potem”. Nic z tego. Mam tylko powierzyć Mu życie, takie, jakie jest dziś, a On będzie działał. Da sobie radę. Byle tylko, i to chyba najtrudniejsze, nie przeszkadzać Mu w tym działaniu. Brzmi dziwnie – przeszkadzać Bogu w działaniu? Nikt nie chce tak o sobie myśleć. No bo jak można przeszkadzać Temu, który jest dobry, miłosierny i cierpliwy, i chce naszego dobra? Przecież Bogu chcielibyśmy pomóc, serce oddać i być z Nim w jak najbliższym kontakcie. Niby tak, a jednak bądźmy szczerzy. Ufamy Mu bardzo opornie. Ja nie mam co do siebie złudzeń, a moja lista przeszkód jest długa i ciągle rośnie: nieustanne liczenie na siebie, niecierpliwość, samowystarczalność, pycha, wątpienie, brak wytrwałości. Z ciągłym odwoływaniem się do wymarzonego ideału: będę kiedyś lepszy, nadrobię stracony czas, stanę się gorliwy, a na pewno pobożniejszy, niż jestem teraz. Kiedyś to zrobię. Na pewno. Takie gadanie. Jak w anegdocie z długą brodą, kiedy to do bram nieba zapukał pewien człowiek i z miejsca zaczął się usprawiedliwiać: Nie byłem tak płomienny jak Mojżesz, tak radykalny jak Franciszek, tak pobożny jak Dominik. W odpowiedzi usłyszał: Tak, to wszystko prawda, ale szkoda, że całe życie chciałeś być kimś innym, zamiast być sobą. Myślę wtedy o moich modlitwach i robi mi się głupio. Większość z nich kończy się przedstawianiem Bogu duchowej książki skarg i wniosków, sugerowaniem wersji pomocy, której powinien mi udzielić, a od której ja umywam ręce. Zamiast przedstawić z ufnością jedynie stan faktyczny, dodaję dla pewności: „przyjdź”, „pomóż”, „uzdrów” i żeby się stało tak, jak chcę.

Inny

W wielkim poście jest łatwiej, bo wiadomo: grzechy i pokuta, nawrócenie i popiół na głowę. To nam ustawia sprawę. A w adwencie? Tu wszystko jest na odwrót. Najlepiej wyraził to prorok Izajasz: „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii” (Iz 11,6–8). To oczywiście zapowiedź czasów ostatecznych i nadejścia Mesjasza, ale to przecież także opis stylu działania Boga. Jego sposobu funkcjonowania innego od moich wyobrażeń, wykorzystującego okazje, którym sam nie poświęciłbym żadnej uwagi.

Niby to wiem, ale nie traktuję szczególnie poważnie. Dziecko, które płynie Nilem w wiklinowym koszyku i zaraz ma utonąć, stanie się przywódcą narodu wybranego i wyprowadzi go z niewoli; chłopak leżący na kupce chrustu, nad którym wyciągnięta jest ręka z nożem gotowa do zadania ostatecznego ciosu, stanie się patriarchą Izraela; w końcu sam Odkupiciel i Zbawca świata, Syn Boży urodzi się w stajni na sianie. Doprawdy zaskakująca logika.

Adwent to czas paradoksów – zachęty „proście, a będzie wam dane” i przestrogi „nie wiecie, o co prosicie”, emocjonalnych wyznań z Księgi Ozeasza „rzucę się na nich jak niedźwiedzica, rozerwę powłokę ich serca”, z troską słów „miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem”. Nie trzeba tego rozumieć. Odpowiedzią jest On sam – Inny. Dlatego coraz częściej łapię się na tym, że Go nie znam. Jego twarz, raz łagodna jak na obrazie „Jezu, ufam Tobie”, raz pełna pokoju jak z chusty z Manoppello. Innym razem barokowa jak laleczki w żłóbku albo groźna jak w scenie sądu w portalu Notre Dame w Paryżu. Te obrazy mam przefiltrowane przez komentarze, kazania, homilie, książki. Wiem, jak ma przyjść, jak ma się objawić. Tylko nie daje mi spokoju zdanie z dawnych rekolekcji – On przyjdzie inaczej. Jako twój Bóg, twojego życia, twojego uzdrowienia, doświadczony przez ciebie. To coś zupełnie innego.

Wiem, wiem

Moja kondycja jest marna. Więcej w niej upadków i potknięć niż duchowych wzlotów. Moje postanowienia poprawy często nie wytrzymują próby czasu. Najczęściej są boleśnie weryfikowane przez kontakt z zakonnymi współbraćmi, kiedy nie jest łatwo zachować cierpliwość, uwagę i pokorę słuchania. Uważność w modlitwie, znalezienie czasu dla Boga zderza się ze zmęczeniem i nawałem zajęć, a czas spędzany w kaplicy to setki myśli wyskakujących z pudełka pamięci. Jeszcze lektura Pisma, na początku pełna zapału, z czasem traktowana coraz mniej nabożnie. Taka jest powtarzalność moich pragnień i obietnic. Setki spowiedzi z zaniedbania, braku chęci, lenistwa, braku czasu. Wyrzuty sumienia, bo przecież wszystko to ważne, że trzeba, że to Bóg i moja z Nim relacja. To strategia Ryśka z Klanu. Bez urazy, ale to mój prywatny synonim bycia niezdarą i życiowym fajtłapą. Duchowo czuję się jak jego spadkobierca. Ile to ja bym chciał, ile naobiecywałem Bogu, ile się nazapierałem. Że od jutra na całość zabiorę się za siebie, będzie inaczej, co najmniej duchowy Robert Lewandowski. I nic. A z drugiej strony, może to i dobrze. Stary ksiądz, do którego chodzę się spowiadać, mówi mi: Wiesz, to nie o to chodzi. To nie znaczy, że z rzeczy, które postanawiasz, Bóg się nie cieszy, ale najważniejsze, żeby być jak zagubiona owca – beczeć i dzwonić dzwoneczkiem. Jedyna prawdziwa rzecz, jaką masz Mu do oddania, to twój grzech. Nic innego. Pozwól się znaleźć. Odwrócić perspektywę. To nie ty szukasz Jego, ale On szuka Ciebie. To sens chrześcijaństwa. Patrzeć bez jęczenia na rany grzechów i pęknięcia życia jak na kanały, przez które płynie łaska. Że dzięki nim będzie we mnie więcej Chrystusa, a Lewandowski to będzie ze mnie ewentualnie tak przy okazji, ekstra bonus, uboczny efekt „powierzenia Panu swojej drogi”.

Nie wysilaj się

Zaczęliśmy adwent od fragmentu Ewangelii św. Łukasza i słów o czuwaniu. „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. (…) A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”. Najczęściej myślimy o sensie tych słów z lękiem i niepokojem. Mniej z nadzieją i radością. Tak powinno być, mówimy jako księża, w końcu to słowa o powtórnym przyjściu Pana i trzeba się cieszyć. Trwoga narodów, moce niebios wstrząśnięte? Z czego tu się cieszyć?

Przypomniałem sobie o tym tekście niedawno, kiedy ktoś mnie zapytał: Czy Bóg wybierze dla mojego zbawienia najkorzystniejszy moment? W pierwszym odruchu odpowiedziałem automatycznie, że tak, ale potem zastanowiłem się, co to znaczy dla mnie ten najlepszy moment? Czy on nastąpi wtedy, kiedy wszystko będę miał z Bogiem pozałatwiane, znikną problemy i zmartwienia? A może właśnie będzie inaczej. Choć dziwnie to brzmi, ale najbardziej pobożny robię się wtedy, kiedy dotyka mnie grzech i kiedy upadam. Właśnie w tych momentach doświadczam prawdy słów Psalmu 51, że „pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz”. Wtedy wszystko bym dla Boga zrobił i wszystko Mu obiecał. A więc? Paradoksalnie, czy to nie wtedy byłby mój najbardziej dogodny moment na zbawienie?

Mówię o tym dlatego, że skoro w adwencie wspominamy początki życia Jezusa, to nie mają one w sobie nic z ideału. Gdyby historie o Józefie i Maryi, nawiedzeniu i drodze do Betlejem wyciągnąć poza kontekst Ewangelii, to w tym opisie wszystko jest życiowo pod górkę, bez szans na powodzenie i mało prawdopodobne. A jednak to te historie są dla nas słowem obietnicy na czas przedświąteczny. Dziewica pocznie i porodzi syna; Józefie, nie bój się wziąć małżonki swojej do siebie; Maryjo, Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię – czytamy w Ewangelii. Normalna reakcja na te słowa to pretensja, zaskoczenie i gniew. Jak ma się to stać, pokaż mi! Takie rzeczy się nie dzieją. Te słowa trącą niemożliwością spełnienia. A jednak są nam co roku dawane, wszystkim bez wyjątku, bez względu na naszą kondycję duchową: „Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie!” (Iz 35,1). I nie chodzi o to, by traktować je jako głupią zachętę – napnij się, wytęż swe zdechłe mięśnie i rób niemożliwe o własnych siłach. Wcale nie. Gdy Anioł mówił do Maryi „Nie bój się”, to przecież nie kpił z niej: Wysilaj się i próbuj zajść w ciążę. On ją uzdolnił do przyjęcia Słowa.

Rachunek

Nie wiem, jaki będzie ten adwent. Ułożyłem sobie najprostszy rachunek sumienia. Jedno pytanie na wieczór: Czy miałeś dziś dla Mnie czas? Dlaczego właśnie takie pytanie? Bo pomyślałem, że skoro mam Go przyjąć, choćby nieudolnie i niedoskonale, to nie da się tego zrobić, jeśli się Mu nie stworzy przestrzeni. Przestrzeni, która należy do mnie i która jest zapchana po sufit obowiązkami, zadaniami, problemami, prawem do wypoczynku. Ktoś kiedyś złośliwie powiedział, że brak czasu świadczy o naszej pozycji. Bolesne i bardzo prawdziwe. Może więc jest to droga przygotowania do świąt i Wigilii, z którą często wiążemy wielkie plany. Tego wieczoru pogodzimy się, uściskamy, przełamiemy opłatkiem i wszystko się jakoś poukłada. Nieprawda, nie zawsze tak jest.

Jan Chrzciciel, jeden z adwentowych przewodników (por. Łk 3,10–15), nie wygłaszał mów o wszystkich przykazaniach prawa Mojżeszowego. Mówił jedynie: Nie krzywdź, nie okradaj, dawaj jałmużnę, bądź uczciwy. Czy nie jest to dobra opcja na adwent? Parafrazując, nie mów: już zawsze będę uczciwy. Powiedz raczej: dziś będę uczciwy, dziś będę się modlił, dziś pomogę temu, kto będzie w potrzebie, dziś nie zniszczę nikogo swoim słowem. A wszystko po to, by kończyć dzień najprostszym rachunkiem sumienia: Jak Ci dziś, Jezu, było ze mną?

Teraz

Wierzę w adwent jako czas łaski dla wszystkich podobnych do mnie, bo „światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. I to ma nam wystarczyć, by zobaczyć wszystkie dary, które były z nami już od dzieciństwa, a które może wyrzuciliśmy, uważając je za nieprzydatne w dorosłym życiu. Może baliśmy się narażenia na śmieszność, posądzenia o słabość i nieprzystosowanie do nowych, dorosłych wezwań. A może zbyt wielką wagę przykładaliśmy do tego, co możemy mieć, a nie do tego, co mamy; nie do teraz, ale do jutra; nie w tym miejscu, ale gdzie indziej. Czy możemy choć przez chwilę pomyśleć, że właśnie my, tacy, jacy jesteśmy, jesteśmy chwałą Boga? Dlaczego dopiero w starości potrafimy widzieć obecne lata jako naprawdę szczęśliwe? Czy to nie za późno?

Wszystkim Ryśkom z „Klanu”
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze