Twoja misja

Często myślimy, że mamy wolność wyboru swej misji. Słuszniej byłoby powiedzieć, że to misja wybiera nas. Kiedy z nią współpracujemy, staje się mądrością duszy, przewodnikiem naszej podróży, strzegąc przed rozproszeniem i zagubieniem.

Pewna pracująca w szpitalu psycholog zwierzyła mi się kiedyś, że większość czasu zajmuje jej nie wysłuchiwanie pacjentów, ale leczenie emocjonalnego stresu u swoich kolegów. Wielu z nich podważa sens egzystencji: „Po co żyć? Czy moja praca naprawdę komukolwiek lub czemukolwiek służy? Czy jest w życiu coś poza snem, tramwajem i pracą?”.

Kwestia słownictwa

Na początku, by uniknąć dwuznaczności, chciałbym wyjaśnić znaczenie, jakie nadaję słowu „misja”. Nie chodzi mi o takie jego rozumienie, jak w wyrażeniach: misja dyplomatyczna czy misje zagraniczne, w których oznacza rolę lub moc powierzoną komuś przez odpowiednią władzę. Literatura poświęcona misji używa dwóch innych synonimów do opisania tej samej rzeczywistości: „powołanie” i „wizja”. W słowniku religijnym wyrazy te przedstawiają pochodzące od najwyższej istoty zaproszenie do podążania szczególną ścieżką. Tu nie będą one używane w tym sensie, gdyż nasz kontekst jest raczej psychiczno–duchowy niż religijny.

Termin „misja” odnoszę do pewnego zorientowania na społeczne działanie wpisanego w duszę każdej osoby. Innymi słowy, oznacza naszą potrzebę znalezienia spełnienia w działaniu, które odpowiada naszej tożsamości i służy wspólnocie.

Terminy: misja, powołanie i wizja, są tu użyte do wyrażenia tej samej rzeczywistości, nawet jeśli odnoszą się do różnych sposobów postrzegania: przez emocje, przez słuchanie i przez patrzenie. Różnice między tymi słowami stają się jasne, gdy uwzględnimy ich etymologię. Misja (z łacińskiego missio, „posyłam”, i missus, „posłany”) przywołuje pchnięcie, wewnętrzny pęd emocjonalny. Słowo „powołanie” 1 (fr. i ang. vocation; po łacińsku vocatus znaczy „wezwany”, „powołany”) odwołuje się do percepcji słuchowej czy też, precyzyjniej, do wołania pochodzącego z głębi duszy. Wizja (z łacińskiego visio, „widzę”, albo visus, „ujrzany”, „widziany”) należy do porządku wizualnego. Termin ten normalnie oznacza obraz wewnętrzny, widziany okiem umysłu, ideę twórczą lub plan do zrealizowania. Najczęściej będę stosował słowo misja. Wizja i powołanie będą używane tylko od czasu do czasu.

Wybór czegoś innego

Osobista misja może przybierać kilka postaci i form. Wystarczy czasami wprowadzić zmiany w swojej pracy, by realizować ją właściwie. Na przykład można doskonalić się zawodowo, podejmując dalsze studia albo praktyki; zmienić postawę wobec pracy; zostać własnym szefem i pracować na swoje konto; położyć większy nacisk na pracę grupową itd.

W niektórych przypadkach misja będzie polegać na rozwinięciu nowej postawy. Na tym, że ktoś stanie się np. bardziej kreatywny, współczujący, dokładający więcej starań, mniej bojaźliwy, bardziej przedsiębiorczy, oddany, zadowolony, skłonny do wyrażania wdzięczności.

Innym razem trzeba będzie posunąć się do zmiany kariery czy zawodu, jeśli chcemy odpowiedzieć na trwałe „wezwanie swojej duszy”, np. do oddania się służbie innym, zaangażowania się w politykę, działania na polu współpracy międzynarodowej, znalezienia nowej formy ekspresji artystycznej czy też wzniecenia na nowo dawnej pasji.

Wypełnianie misji może oznaczać wybór zupełnie nowego stylu życia: małżeństwo, poczęcie dziecka, zamieszkanie na wsi, zostanie eremitą, przyłączenie się do wspólnoty ludzi pragnących żyć tymi samymi wartościami, znalezienie nowego partnera, którego ideał duchowy odpowiada naszemu itd.

Często myślimy, że mamy wolność wyboru swej misji. Słuszniej byłoby powiedzieć, że to misja wybiera nas. Kiedy z nią współpracujemy, staje się mądrością duszy, przewodnikiem naszej podróży, strzegąc przed rozproszeniem i zagubieniem. Zachęca, byśmy skupili swą energię. Pomaga podjąć dobre decyzje. Pozwala nam dostrzec prawdziwych sprzymierzeńców w przygodzie naszego życia. Będąc czymś więcej niż tylko kolejnym ciekawym odkryciem na życiowej ścieżce, misja sama w sobie jest ową ścieżką.

Niebo się nie rozstąpi

Wielu oczekuje, że misję objawi im z nieba sękaty palec Boży, w asyście błyskawic i grzmotów wskazujący właściwą drogę. To prawda, że niektóre postaci historyczne otrzymały niezaprzeczalne znaki swej misji. Pomyślmy o biblijnych prorokach — Izajaszu, Eliaszu i Amosie czy o Joannie d’Arc, która słyszała głosy nakazujące jej iść ratować Francję.

Objawienie osobistej misji dokonuje się jednak na ogół dużo bardziej dyskretnie, z wykorzystaniem licznych podstępów. Na przykład ponownie odkrywamy książkę, która od dawna stała zapomniana na półce bibliotecznej albo spotykamy kogoś, kto wciąga nas w pasjonującą dyskusję; zapisujemy się na kurs, początkowo mało zainteresowani, albo dowiadujemy się o trwających właśnie warsztatach; podejmujemy zadanie, które na pierwszy rzut oka przekracza nasze możliwości; spotyka nas choroba, przytrafia się wypadek albo przeżywamy rozwód.

Możemy też być świadkami trudnej sytuacji społecznej, która nas porusza i wstrząsa do głębi. Takie wydarzenia mogą nas zmusić do zmiany kierunku życia.

Misja może się objawiać nie tylko poprzez zewnętrzne znaki, lecz także przez stany ducha, które będziemy mieli skłonność zaniedbywać czy nawet ignorować. Należą do nich m.in. natręctwo jakichś myśli, odraza do specyficznego rodzaju pracy, głuche napady wyrzutów sumienia, przelotne fantasmagorie, sny na jawie, ustawiczne zaprzątnięcie uwagi jedną sprawą. W dniu, w którym wreszcie się zatrzymamy, by powiązać z sobą wszystkie te subtelne poruszenia wewnętrzne i rozszyfrować liczne sygnały, staniemy twarzą w twarz ze swoją misją. Trochę tak, jakbyśmy dotąd na oślep podążali za nicią prowadzącą przez labirynt wydarzeń naszego życia.

Jak latarnia

Misji nie można ominąć. Nawet gdy rzeka rozszerza się, zwęża, zakręca, gubi się w meandrach, grozi zniknięciem wśród bagien albo hasa po skałach, dalej pozostaje tą samą rzeką. Tak też dzieje się z misją. Można przed nią uciekać, mylnie interpretować jej naturę, wierzyć, że oto ją znaleźliśmy, ponieważ zdobyliśmy popularność, albo kazać jej się rozpierzchnąć pośród różnych czynności. Jakikolwiek substytut wymyślilibyśmy, aby jej uniknąć, jakiekolwiek preteksty przywoływalibyśmy, aby opóźnić jej spełnienie — będzie nas nękać niczym widmo tak długo, póki nie staniemy się jej posłuszni.

Jest w misji coś, co pozostaje niezmienne. Jej rdzeń nie podlega przekształceniom z biegiem życia, choć może się ona dookreślać, konkretyzować, rozszerzać, przynosić korzyść większej grupie ludzi. Stąd Yehudi Menuhin, skrzypek światowej sławy, mógł twierdzić:

Kiedy spoglądam na sześćdziesiąt lat swego życia, uderza mnie przede wszystkim jego dynamiczny wzorzec. Wydaje się, że wszystko to, czym jestem, co myślę lub czynię, wszystko, co mi się przydarzyło, można prześledzić wstecz do moich narodzin i wykazać z siłą i jasnością dowodu geometrycznego. To dziwne, nawet dość niepokojące, spostrzec, że wypełniam to, co jawi się przeznaczeniem.

Innymi słowy, kiedy pozostajemy w kontakcie ze swoją misją, staje się ona dla nas w życiu latarnią, mądrością duszy, umożliwiającą podejmowanie dobrych decyzji, wybór prawdziwych przyjaciół i angażowanie się w działania, które nas rozwijają.

Rozwija się powoli

Nasze zadanie nie polega na stworzeniu własnej misji, lecz na tym, by pozwolić jej znaleźć sobie miejsce w nas. Victor Frankl stwierdza, że swoją misję w życiu możemy tylko i wyłącznie odkryć, nie możemy zaś jej wynaleźć. Opisuje ją jako „monitor lub wewnętrzny zmysł, świadomość, która daje nam wiedzę o własnej niepowtarzalności”. Rozkwita jak kwiat, wyłaniając się z naszego wnętrza (lub raczej z Jaźni, jak to zobaczymy później). Daje się rozpoznać stopniowo. Rzadko wybucha nagle, zwykle rozwija się powoli, równolegle ze wzrostem naszej osobowości.

Każdy sobie mędrcem

Nikt nie może nam objawić naszej misji. Tylko my sami jesteśmy zdolni ją odkryć. Jak bardzo chcielibyśmy, żeby ktoś nas w niej utwierdził! Przyłapujemy się na tym, że ufamy, iż jakiś mędrzec podyktuje nam, co powinniśmy w życiu robić. Byłoby tak łatwo — myślimy sobie — gdyby rodzice wytyczyli nam drogę życiową; gdyby przewodnik duchowy objawił nam, jaka jest wobec nas wola Boża; gdyby psycholog dzięki magii testów psychologicznych wskazał nam właściwy kierunek; gdyby zstąpiło na nas nagłe oświecenie i rozproszyło nasze niezdecydowanie. Niestety! W ten sposób nikt nie odkryje swej misji. Jest ona owocem naszej pracy — trudu refleksji, samotności i lęku przed popełnieniem błędu. Matka Teresa nie pozwalała sobie na zniechęcenie, wypełniając swą misję pomocy umierającym w Kalkucie. Przez siedem lat kierownik duchowy odradzał jej opuszczanie wspólnoty loretanek. Ona jednak wytrwała w postanowieniu i podążyła swoją ścieżką. Szczęśliwi ci, którzy napotkają na swojej drodze kogoś mądrego, kto wesprze ich w poszukiwaniach i potwierdzi ich intuicje co do własnej misji.

Fascynacja i przerażenie

Nie trzeba długo się zastanawiać nad naturą tego, czego doświadczamy, czując, że ogarnęła nas stała skłonność, powracające zaintrygowanie zjawiskiem czy osobą, uporczywa fascynacja pewnym stylem życia czy określonym rodzajem aktywności. Ten rodzaj zaabsorbowania niewątpliwie wskazuje na istnienie misji i jej charakter. Co dziwne, odczuwanemu przyciąganiu często towarzyszy wielki lęk. Uświadomienie sobie, że oto mamy misję do spełnienia, jednocześnie fascynuje i przeraża.

Pewna 55–letnia kobieta, która pragnęła podjąć studia w zakresie doradztwa duszpasterskiego, pytała mnie, czy to normalne w jej wieku żywić taką ambicję. Odkąd zaczęła realizować ten projekt, czuła, że oscyluje pomiędzy entuzjazmem i obawą. Zwróciłem jej uwagę na to, że jej uczucie ambiwalencji, mieszanka entuzjazmu i niepokoju, potwierdza autentyczność projektu. To uczucie ujawniło święty charakter jej zamiaru. Antropolog Rudolf Otto faktycznie zdefiniował sacrum w kategoriach przeplatania się fascynacji i przerażenia (fascinosumtremendum).

Całkowite zaangażowanie

Kiedy grupa młodych ludzi zapytała antropologa i mitologa Josepha Campbella, jaki kierunek powinni obrać w życiu, ten odpowiedział: Follow your bliss (Rób to, co daje ci szczęście). Ta lakoniczna rada nakreśla cały życiowy program. Na pierwszy rzut oka mogłaby sugerować — niesłusznie — iż życie rozwija się do stanu czystej szczęśliwości. Nie taki wszakże jest pogląd Campbella, który podkreśla, że trzeba mieć odwagę pójść swoją linią szczęścia do samego końca. Poszukiwanie misji wymaga poważnego zaangażowania, nieodłącznie związanego ze stanami wewnętrznego oderwania, zwanymi poświęceniem. Te stany nie mają w sobie nic z masochizmu; pozwalają nam wyrzec się dobra po to, byśmy wybrali większe, takie jak samospełnienie czy realizacja misji.

Sam doświadczyłem, że wypełnianie misji wymaga totalnego zaangażowania. Gdy w wieku 42 lat wyraziłem pragnienie podjęcia studiów psychologicznych, przełożeni chcieli sprawdzić powagę mojej decyzji i zaangażowania. Wezwanie, które w sobie odczuwałem, stawało się coraz bardziej jasne i naglące; spędzałem większość wolnego czasu, czytając książki psychologiczne, uczestnicząc w sesjach uczących terapii i spotykając się z ludźmi potrzebującymi rady.

Początkowo natknąłem się na opór ze strony przełożonych, którzy nie wierzyli w mój plan dalszego kształcenia. Wówczas podjąłem ryzyko bardzo kosztownej podróży do San Francisco, aby odbyć półgodzinną rozmowę, nie wiedząc, czy zostanę przyjęty na uniwersytet. Kiedy tylko zostałem zakwalifikowany, zacząłem szukać mieszkania w domu mojej wspólnoty zakonnej lub na probostwie, jak tego wymagali przełożeni. Wszędzie odpowiadano, że nie ma dla mnie miejsca. Zamieszkałem zatem w akademiku ze studentami, bardzo nieufnymi wobec dorosłych, którzy z nimi obcowali. Od razu zorientowałem się, że moja znajomość angielskiego jest niewystarczająca. Do tego dochodziła trudność znalezienia lokum na praktykę zawodową. Przez cały semestr dwa razy w tygodniu musiałem przebyć ponad 200 kilometrów, by dotrzeć do miejsca, które sobie znalazłem. Przemilczę inne niedogodności, które musiałem znieść, żeby spełnić swoje marzenie.

Nieraz dopadała mnie wątpliwość: „Czyżbym podjął się czegoś, co przekracza moje możliwości?”. Dzięki spacerom nad oceanem udało mi się przetrzymać pierwszy semestr. W drugim półroczu, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, wszystkie drzwi stanęły przede mną otworem: mój angielski się poprawił; dysponowałem pomieszczeniem na praktykę położonym kilka kroków od uniwersytetu; nawiązałem kilka wspaniałych przyjaźni; parę gościnnych rodzin zaprosiło mnie do siebie; czerpałem ogromne korzyści z moich zajęć. Nawet przełożeni przekonali się do moich studiów. Zrozumiałem wtedy, że — kiedy się w coś mocno wierzy — możliwe następuje tuż po niemożliwym.

Dar dla innych

Im bardziej uczymy się kochać samych siebie, tym bardziej uczymy się kochać innych. Ten paradoks zawsze mnie zdumiewa. Realizowanie powołania również ma w sobie coś paradoksalnego. Kto znajduje swą misję i eksploatuje ją do cna, ten na pewno odda usługi swojej wspólnocie. Czerpanie z własnych talentów nie odbywa się w próżni, może tylko dawać korzyści innym.

Duch kreatywności, który towarzyszy wypełnianiu misji, porywa za sobą otoczenie. „Kiedy kwiat się otwiera, przyciąga pszczoły” — pisze poeta Kabir. Nie ma nic bardziej pobudzającego do działania, jak widok człowieka, który urzeczywistnia swe wewnętrzne zasoby.

William James także przypomina nam o społecznym wpływie naszego stanu wewnętrznego na świat zewnętrzny: „Wielka rewolucja naszego pokolenia polega na odkryciu, że istota ludzka, zmieniając wewnętrzne postawy swego umysłu, może przemieniać zewnętrzne aspekty swego życia”. Odkrycie misji i nasza pilność w jej realizacji nieuchronnie zrodzą tajemnicze i nieprzewidywalne promieniowanie na całe nasze życie oraz w konsekwencji na całe otoczenie.

Po śladach przyszłości

Przeszłość zwiastuje przyszłość; linie przewodnie, które dostrzegasz w swojej przeszłości, będą cię prowadziły w odkrywaniu misji. Przypominając sobie własną historię, odtworzysz pracę swojej duszy i powoli uświadomisz sobie wewnętrzne głosy, często pozostawione w zapomnieniu lub ignorowane. Po angielsku „przypominać sobie” oddaje się słowem remember; re–member znaczy „zebrać to, co zostało rozczłonkowane lub rozproszone”. Powrót do własnej historii pozwala zebrać w jedną całość elementy układanki życia: szczątki wspomnień, niezrealizowane pragnienia, porzucone projekty itd. Powoli zaczniesz chwytać aluzje podsuwane ci przez misję, która jak szew na płótnie pojawia się i znika przez całą twoją historię.

Gdy dokonasz rekonstrukcji przeszłości, przyjrzyj się uważnie swoim pasjom, skłonnościom, stałym zainteresowaniom, marzeniom — spełnionym lub porzuconym. Dzięki temu będziesz mógł lepiej dostrzec impulsy i wysiłki swojej duszy, która próbuje wydać na świat misję.

Moja pasja, moja misja

Czym jest pasja? Doradcy w sprawach kariery i orientacji duchowej często wykorzystują różne testy pozwalające odkryć talenty i zdolności jednostek. Jeśli nawet testy te dają ciekawe wyniki, to jednak nie pozwalają w pełni objawić osobistej misji. Najbardziej odkrywczą wskazówką w rozpoznaniu orientacji osoby jest jej pasja.

Jak zdefiniować pasję? Słownik określa ją jako „silne, namiętne przejęcie się czymś, zamiłowanie do czegoś”. Jest to zatem coś więcej niż skłonność, zainteresowanie czy pociąg do czegoś. Pasję charakteryzuje ogromna intensywność emocjonalna. Różnorako działa ona na osobę: daje jej poczucie pełni życia, nawet uczucie podekscytowania. Stwarza w niej stan niezwykle gorączkowego podniecenia. Popycha ją do tego, by skupiła wszystkie wysiłki na obiekcie namiętnego zainteresowania. Skłania ją do zapomnienia o codziennej krzątaninie, o troskach, relacjach międzyludzkich, a nawet o najbardziej elementarnych potrzebach biologicznych.

Któregoś dnia doświadczyłem tego rodzaju uczucia. Prowadziłem samochód kompletnie pochłonięty tworzeniem w myślach zarysu książki, którą chciałem napisać. Nie zdając sobie z tego sprawy, nacisnąłem pedał gazu praktycznie do samego końca i pędziłem z szaloną prędkością, dużo większą niż dozwolona.

Poeci, pod urokiem zsyłającej natchnienie muzy, dobrze znają takie duchowe wrzenie.

Carl Jung mówił o swym daimon, swoistym wewnętrznym geniuszu, który dręczył pisarza tak długo, póki nie zostało ukończone dzieło. Zakochani to znany przykład osób żyjących pasją. Czasami obiekt pasji pochłania ich tak bardzo, że zapominają o swoich obowiązkach.

W istocie ten, kto podąża za swoją pasją, nie może zmarnować życia. Kto z kolei odwraca się do niej plecami, naraża się na utonięcie w nudzie. Doktoranci, którzy nie zdołają sobie znaleźć pasjonującego tematu studiów, często ryzykują, że wcześnie się zniechęcą i nie oddadzą pracy w terminie.

Metapasje

W każdej pasji kryją się subtelne pasje, które nazwałbym metapasjami. Odpowiadają one dążeniom duszy. Ktoś, kto pasjonuje się malarstwem, na pewno ma w sobie metapasje piękna i kreatywności; ktoś, kogo pasją jest jazda na rowerze, wyróżnia się także metapasją przekraczania samego siebie; pasja egzotycznych podróży wiąże się z metapasją poznawania różnych kultur; pasja współpracy z zagranicą — z metapasją miłości bezwarunkowej. Jakimkolwiek zajęciem się pasjonujesz, kryje ono w sobie duchowe dążenia twojej duszy.

Co innego patologia

Chcę wskazać na to, co odróżnia pasję od patologii. Oba te słowa mają wspólny rdzeń, pathos, który przede wszystkim znaczy „cierpienie”. Jednakże słowo „pasja” określa żywotną, zdrową siłę, „patologia” zaś — chorobę fizyczną lub umysłową. Pierwsze wskazuje na wzrastanie, drugie — na aberrację. Ważne, by unikać mieszania tych dwóch rzeczywistości.

Oto kilka przykładów patologii błędnie uważanej za pasję: pedofil postanawia uczyć dzieci, by zaspokoić swoje zaburzone skłonności; człowiek, który zaznał biedy w dzieciństwie, chorobliwie łaknie bogactwa; osoba cierpiąca na paranoję stara się o kierownicze stanowisko tylko po to, by dominować nad współpracownikami. Ci ludzie ścigają swoją patologię, a nie pasję. Wybór stylu życia motywowany pragnieniem zaspokojenia neurotycznych ciągot wiedzie, siłą rzeczy, donikąd.

Trzeba się zdeklarować

Deklaracja misji musi zwięźle objąć całość działań twojego życia. Spójrz, jak Chrystus wypowiedział swoją misję: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10). To stwierdzenie było dlań stałą motywacją we wszystkich dziedzinach życia. Trudno znaleźć jeden moment, w którym przestałoby ono odgrywać rolę punktu odniesienia.

Twoja deklaracja musi jasno dawać do zrozumienia, że przyjąłeś odpowiedzialność za swoją misję i że możesz ją zrealizować. Co myślisz o misji wyrażonej w takich słowach: „Chcę jedynie sprawić, by moje dzieci były szczęśliwe”? Jej wypełnienie jest niemożliwe. Faktycznie nie można stworzyć komuś szczęścia. Właściwe sformułowanie mogłoby być np. takie: „Moją misją jest założenie, wychowanie i utrzymanie rodziny oraz stworzenie środowiska do nauki, które sprzyjałoby rozwojowi domowników, zapewniałoby spokój i było otwarte na zmiany, to znaczy zachęcałyby moje dzieci do osobowego wzrostu”.

Deklaracja misji, żeby dała się zaakceptować, powinna być zbieżna z tą, którą sformułował twój pracodawca albo instytucja, do której należysz. Misja księdza mogłaby brzmieć następująco: „Moją misją jest świadczenie o Bożej miłości własnym postępowaniem, modlitwą, słowem i obrzędami liturgicznymi”. Łatwo wpisuje się ona w misję Kościoła polegającą na pracy ku chwale Boga i dla zbawienia ludzkości.

Niekiedy pogodzenie czyjejś misji z misją pracodawcy może się okazać niemożliwe. Myślę tu o pielęgniarzu, który odmówił stosowania się do zaleceń lekarzy, swoich przełożonych, odnośnie do traktowania przestępców seksualnych. Zarzucił przełożonym, że ich podejście jest nieskuteczne, upokarzające oraz że lekceważą pacjentów. Zamiast zdradzić swą misję pielęgniarza, wolał złożyć rezygnację i otworzyć własne biuro konsultacji, mimo że oznaczało to poważny spadek dochodów i dodatków socjalnych.

Trzeba wyjaśnić, że deklaracja misji nie jest prawem wykutym w skale. W miarę realizacji misji będziesz musiał ją modyfikować. Deklaracja będzie coraz bardziej precyzyjna i zdolna uwzględnić przyszłą skalę twojej misji. Realizowanie misji jest po trosze wydeptywaniem szlaku pośród dzikich zarośli: nie ma innej możliwości jak wytyczanie go w miarę naszego posuwania się do przodu.

Odkrywcy talentów

Jak już wspomnieliśmy, projekcje dokonywane przez osoby odgrywające ważną rolę w naszym życiu mogą być trudne do udźwignięcia. Niektórzy rodzice pragną, by ich dziecko realizowało misję, którą sami w swoim życiu przeczuli, ale zmarnowali; wiele dzieci wdrożono w ten sposób do pójścia drogą, która nie była ich własną. Inne podległy wpływom „proroków nieszczęścia”, którzy zniechęcali je do wytrwałych poszukiwań i wypełniania misji. Przypominam sobie nauczyciela języka francuskiego, który przepowiadał mi: „Nigdy nie nauczysz się pisać!”. Cóż pomyśleć o wydawcy, który, przeczytawszy mój rękopis How to Love Again, poradził mi protekcjonalnie: „Wie pan, lepiej niech pan porzuci ten pomysł; korekta rękopisu zabrałaby za dużo czasu”. Dzisiaj nakład książki mówi sam za siebie: 165 tys. egz.

Szczęśliwi są natomiast ci, którym dane było spotkać „proroka szczęścia”. Ten rozpozna w nich znaki misji. Jezus Chrystus był takim prorokiem. Często już przy pierwszym spotkaniu ukazywał człowiekowi, jaka jest jego misja. Powiedział do Piotra: „Będziesz łowił ludzi!”.

Jeden z rozdziałów książki Jamesa Hillmana The Soul’s Code jest zatytułowany: „Esse est Percipi: To Be Is to Be Percieved” (Istnienie to bycie postrzeganym). Hillman podaje tam kilka przykładów ludzi, którzy stali się tym, co „prorocy” bądź mentorzy w nich dostrzegli. Franklin Roosevelt widział w Lyndonie Johnsonie przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. George Washington mianował swoim głównym adiutantem Alexandra Hamiltona, niedoświadczonego młodego żołnierza, którego nie znał. Profesor William James wierzył w zdolności neurotycznej młodej Żydówki o nazwisku Stein. Pewien swojej intuicji, dał jej pozytywną ocenę z egzaminu, który faktycznie oblała. Później nie przestawał jej pomagać i nawet polecił ją na Uniwersytecie Johna Hopkinsa, żeby mogła tam studiować medycynę. Jako wielki filozof i męczenniczka za wiarę została niedawno beatyfikowana.

Ten rodzaj intuicji można spotkać u niektórych wychowawców, nauczycieli, mentorów, trenerów i „łowców głów” w sporcie oraz w sztuce. Potrafią dostrzec świetną przyszłość przed kimś, w kim inni widzą jedynie przeciętnie utalentowane dziecko czy nawet beztalencie.

Bóg ci dopomoże

Decyzja o poświęceniu się misji jest wyraźnym krokiem naprzód. Nie czynimy go w samotności. H. H. Murray pisze:

W momencie, gdy w pełni angażujemy się w swoją misję, sama Opatrzność angażuje się po naszej stronie. (…) Będziemy świadkami wszelkiego rodzaju nieprzewidzianych i nieprzeczuwanych zdarzeń, to znaczy dziwnych wypadków, przypadkowych spotkań, materialnego wsparcia, wszystkiego, co przyczynia się do realizacji naszej misji w następstwie niezachwianej decyzji, którą podjęliśmy.

W istocie, w czasie gdy wypełniamy swoją misję, powiedzenie: „Pomagaj sam sobie, a Bóg ci dopomoże”, zachowuje pełną aktualność.

tłum. Damian Weymann

1 Etymologia polskiego słowa: po–wołanie zdradza ten sam sens, co słowo francuskie i łacińskie (przyp. tłum.).

Twoja misja
Jean Monbourquette

(ur. 1933 r. Iberville, w Kanadzie – zm. 2011 r. w Ottawie, Kanada) – ksiądz katolicki, duszpasterz i psychoterapeuta, mgr teologii, dr psychologii, przez wiele lat wykładowca w Instytucie Duszpasterskim na Uniwersytecie św. Pawła w Ottawie....