Błogosławieni niebeatyfikowani

Błogosławieni niebeatyfikowani

Orędzie miłosiernej miłości Kościół pragnie niestrudzenie głosić nie tylko żarliwym słowem — mówił Jan Paweł II — ale także gorliwą praktyką miłosierdzia, dlatego nieustannie wskazuje na wspaniałe przykłady tych, którzy w imię miłości Boga i człowieka „szli i owoc przynosili”. 18 sierpnia Papież dołączył do nich czworo błogosławionych. „Różne były czasy, w których żyli, różne były osobiste dzieje. Jednak jednoczy ich ten szczególny rys świętości, którym jest oddanie sprawie miłosierdzia”.

Błogosławieni z Błoni Krakowskich mają jeszcze jeden rys wspólny. Wszyscy byli duchownymi. Trzech księży i zakonnica. Wspaniałe postacie. Jednak sam ich dobór wzbudził zastanowienie wielu osób, z którymi rozmawiałem, w tym również duchownych. Czy nie jest to krok Kościoła wstecz? Od wielu lat słychać głosy, że wśród wynoszonych na ołtarze powinny w większym stopniu być obecne osoby świeckie. Czy beatyfikowanie prawie wyłącznie duchownych nie sprzyja ugruntowanej przez wieki, wypaczonej perspektywie, że świętość nie jest dla normalnych ludzi, że trzeba najpierw ubrać habit lub sutannę, aby zostać świętym?

Dlaczego tak się dzieje? Nauczanie Kościoła w tym względzie jest przecież zupełnie inne. Przy różnych okazjach powtarza się, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Pan Bóg równo rozsiał ziarna świętości pośród ludzi, dlaczego zatem ich owoce są częściej dostrzegane przez Kościół na ziemi zamieszkanej przez osoby konsekrowane?

Rozmawiając na temat nieobecności świeckich pośród miłosiernych z Błoni, usłyszałem od pewnego biskupa, że osoby świeckie nie mają promotorów w postaci zgromadzeń dokładających wielkich wysiłków, by na ołtarze został wyniesiony ich przedstawiciel. Święci potrzebują promotorów. Taka jest rzeczywistość świata, w którym na świeczniku jest ten, kto ma protektorów. Czy taka jest również prawda o Kościele? Kto powinien wspierać kandydatów na ołtarze, za którymi nie stoi diecezja lub zakon?

Świat potrzebuje świętych, a ludzie potrzebują przekonania, że do świętości powołany jest każdy, niezależnie od swego miejsca w społeczeństwie, wykonywanego zawodu i stanu cywilnego. Myślę, że przy okazji tak olbrzymiej promocji miłosierdzia, którą była Msza na Błoniach i cała pielgrzymka papieska, ktoś powinien zadbać w Kościele o to, by uratować prawdę, że błogosławionym może zostać każdy.

Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Możemy wierzyć w nich bez potrzeby uruchamiania żmudnych procesów informacyjnych.

19 sierpnia w ostatnim dniu pielgrzymki zginął w wypadku samochodowym Marek Kotański. Biskup Jarecki mówił na pogrzebie o plonie stokrotnym:

Wielu ludzi pyta, czemu właśnie w czasie, gdy papież Jan Paweł II głosi na polskiej ziemi przesłanie miłosierdzia, człowiek, który jest symbolem miłosierdzia, odchodzi z tego świata? Moje serce podpowiada mi taką odpowiedź: widocznie Polsce i Polakom nie wystarczał jeden Kotański. Widocznie to ziarno musiało obumrzeć, ale po to, by z niego wyrosły setki i tysiące innych Polaków, którzy jego miłosierdzie uczynią swoim stylem życia.

Potrzeba „wyobraźni miłosierdzia”, aby nie odwracać się od chłopca i dziewczyny, którzy zagubili się w świecie różnorakich uzależnień i przestępstwa — mówił Papież na Błoniach. Markowi Kotańskiemu tej wyobraźni nie brakowało. Przez 19 lat stworzył 24 ośrodki leczenia uzależnionych, 25 punktów konsultacyjnych i schronisko dla aktywnych narkomanów.

Przed trzema laty Marek Kotański prowadził na Lednicy jedną ze stacji Drogi krzyżowej. Był niezwykle przejęty, głos mu drżał i słowa niekiedy się urywały. Mówił, że warto przyjść na świat, tylko po to, by dać siebie innym, by ratować przed życiowym upadkiem choćby jednego człowieka. „Pochylajmy się nad człowiekiem cicho, bez skargi, bez opowieści o Krzyżu”.

Dla wielu ludzi był osobą kontrowersyjną. Przeszedł drogę od rozdawania prezerwatyw do głoszenia Jezusa. Od „uświadamiania seksualnego” do mówienia o wierności i wstrzemięźliwości. Myślę, że droga Marka Kotańskiego jest błogosławiona. Jego błędy w rozpoznawaniu potrzeb człowieka podkreślają jego punkt dojścia. Czy bez tego błądzenia zdobyłby swój autorytet w środowisku, któremu służył? Być może był osobą błądzącą, ale zawsze miłującą. Nie chcę powiedzieć, że Marek Kotański powinien być wyniesiony na ołtarze, ale jego życie i śmierć przywołały myśli o braku świeckich świadków miłosierdzia w czasie Mszy beatyfikacyjnej na Błoniach.

Świat potrzebuje ukazywania miłujących ludzi. Kościół musi uczyć się coraz lepszego, przemawiającego do wyobraźni mówienia o miłującym człowieku. Dostrzegam ich wszędzie naokoło. Widzę ich heroizm, który mnie zawstydza i buduje jednocześnie, mimo że ich żywoty są często połamane i dla kościelnych hagiografów i trybunałów byłyby wysoce kłopotliwe.

Widzę małżeństwo bezrobotnych, które nie mając pracy, ma jej aż nadto, bo zajmuje się dziećmi upośledzonymi. Nie mogę nadziwić się ich zaufaniu, że otrzymają kiedyś właściwą zapłatę. Obserwuję przecież na co dzień przerażonych ludzi tracących godność w walce o utrzymanie swego miejsca pracy. I widzę ich — bezrobotnych opiekunów upośledzonych. Kiedyś otrzymają zapłatę za swą pracę w winnicy. Choć właściwie na żadną zapłatę nie czekają, bo otrzymują ją już dziś — jest nią uśmiech dziecka na wózku, dziecka, które nie jest w stanie wypowiedzieć żadnego słowa.

Widzę heroizm matki, której zmarły mąż był alkoholikiem i alkoholikami są jej dwaj pięćdziesięcioletni synowie. U kresu swego życia za całą nagrodę ma widok powracającego syna — zmoczonego, bełkoczącego… Wciąż potrzebuje, aby przebrać go, jak wówczas, gdy był niemowlakiem. Skąd ona bierze siły i uśmiech? Widzę ją codziennie w ogrodzie, jak podpierając się na kuli, oporządza grządki z warzywami i kwiatami. Chyba nocne łzy wylane na poduszkę zamieniają się w ciągu dnia w kwiaty uśmiechu.

Ich wszystkich beatyfikował Pan Jezus w Kazaniu na Górze. Myślę, że warto, by i Kościół bezustannie starał się nam ich ukazywać. Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. „Ubogich ewangelicznych” nie będzie stać na promotorów beatyfikacji. Ich uświęca życie.

Większość z nich nigdy nie zostanie błogosławionymi również dlatego, że ich życie nie jest nieskazitelne. Jednak poprzez szczeliny dobra prześwituje w nich niebo — spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże.

Błogosławieni niebeatyfikowani, którzy chodzicie pośród nas — módlcie się za nami.

Błogosławieni niebeatyfikowani
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...