W poszukiwaniu nieutraconej Radości

W poszukiwaniu nieutraconej Radości

Dopóki Bóg pozostaje bezkształtną ideą, czy to piękna, czy prawdy, nie ma kłopotu. Ta idea należy przecież ciągle do nas. Problem zaczyna się, gdy nadchodzi „Bóg we własnej osobie, żywy, ciągnący za drugi koniec liny, a co gorsza, zbliżający się z nieskończoną szybkością”.

(…) istnieje bowiem tęsknota, będąca największym spełnieniem, które może stać się naszym udziałem na Ziemi 1

Przeczytałam kiedyś w katolickim czasopiśmie wypowiedź osoby oburzonej faktem, że w jednym z kościołów, w czasie Mszy akademickiej usłyszeć można głośne rozmowy prowadzone w ławkach. Niedawno sama siedziałam w ławce obok studenta głośno wyrażającego w niektórych momentach liturgii swoje zdziwienie. Jak wynikało z podsłuchanej nolens volens rozmowy, nie był on stałym bywalcem Mszy świętej.

Jednym z naszych wielkich sprzymierzeńców jest sam Kościół — pisał Krętacz do swojego siostrzeńca Piołuna. — Gdy [Twój Pacjent] siada w ławce i spogląda wokół siebie, widzi właśnie galerię tych sąsiadów, których do tej pory unikał. (…) Byle tylko niektórzy śpiewali fałszywym głosem lub mieli podwójny podbródek albo dziwaczną odzież, pacjent twój z łatwością nabierze przekonania, że wobec tego religia ich musi być w pewnym stopniu niedorzeczna 2

Uwagę tę przypomniałam sobie właśnie w owej chwili, co uchroniło mnie przed skrzywieniem się na zachowanie mojego sąsiada. Zdarzenie to stało się też bodźcem do przyjrzenia się dokładniej teologii autora Listów starego diabła do młodego. Teologii wyrazistej i przesyconej radykalizmem ewangelicznym, w istocie którego zawiera się otwartość na bliźniego. Clive Staples Lewis nie patrzy na chrześcijaństwo okiem znalazcy ani posiadacza Prawdy, lecz człowieka, który sam nieustannie szuka, dzięki czemu nie wynosi siebie ponad mniej obytymi bywalcami Domu Bożego.

Kościół sprzymierzeńcem Piekła? Teza Lewisa jest prowokacyjna. W Listach czyni on ważkie rozróżnienie: owym sprzymierzeńcem może stać się jedynie to, co widzialne — kościół–budynek, w którego przedsionku dostrzeżemy „miejscowego kupca z układnym wyrazem twarzy” 3 co to ośmiela się drażnić nasze wyrafinowane teologicznie gusta, sprzedając tandetną literaturę religijną. Na tym, co widzialne, niezmiernie łatwo się zatrzymać, gdy tymczasem spojrzenie ponad lub lepiej poprzez skieruje nasz wzrok na Kościół nieograniczony przestrzenią, którego źródła biją w Wieczerniku i pod Krzyżem, Kościół „zakorzeniony w wieczności” i — tu znów słowa Krętacza — „groźny jak armia z rozwiniętymi sztandarami” 4 Trzeba dobrze zrozumieć C. S. Lewisa, by przypadkiem nie opatrzyć go etykietką bezwyznaniowca — ten anglikański teolog nie uważa „czystego” chrześcijaństwa za alternatywę dla któregokolwiek wyznania; posługuje się metaforą dużego hallu, przedpokoju, z którego dopiero można wejść do oddzielnych pokoi 5 Nie jest to też żadna z wersji wymuszonego ekumenizmu, ponieważ „hall jest poczekalnią, lecz w nim się nie mieszka” 6 Ten hall łączący pokoje w jeden Dom byłby przedmiotem ciągłego drżenia pobratymców Krętacza.

Do którego pokoju wejść? Drzwiami właściwymi nie są na pewno te przyjemne dla oka i przyciągające nas z czysto estetycznych względów. Pytanie, które mamy sobie stawiać, brzmi: czy ta doktryna prowadzi do świętości 7 czy jest prawdziwa, nie zaś, czy pociąga nas ten lub inny rodzaj nabożeństw.

Lewis, nie koncentrując się w swoich refleksjach o wierze chrześcijańskiej na doktrynie konkretnego wyznania, nie staje się mniej „eklezjocentryczny”. Kościół nabiera pełnego znaczenia dzięki jego chrystocentryzmowi.

Zbawienna infekcja

Czym jest chrześcijaństwo, co oznacza być chrześcijaninem? Definicja Lewisa jest bardzo prosta: „Każdy chrześcijanin ma się stać drugim Chrystusem” 8

Człowiek został obdarzony biologicznym życiem — bios, życiem, które może trwać, jedynie będąc podtrzymywane przez naturę. Na udział w zoe, życiu duchowym, człowiek sam musi wyrazić zgodę. Zoe jest życiem Chrystusa. Na poły żartobliwe sformułowanie Lewisa „zbawienna infekcja” opiera się na empirycznej zasadzie: zarówno dobre, jak i złe rzeczy szerzą się przez zarażenie.

„Jeśli chcesz się ogrzać, musisz zbliżyć się do ognia”, pisze Lewis. Podobnie gdy pragniesz mieć udział w Radości, w życiu wiecznym, złącz się z Tym, który jest ich źródłem. A Kościół? To ni mniej, ni więcej tylko wspólnota roznosicieli Chrystusa. Ci, którzy ulegli zbawczemu działaniu infekcji, stają się zwierciadłami Chrystusa, z samej istoty dają Go rozpoznawać innym.

Przywołane przez teologa porównanie mówi nam wiele. Bycie zwierciadłem zobowiązuje do zachowania przezroczystości. Oznacza to, primo, rezygnację z narzucania siebie. Secundo, zwierciadło odbija delikatną, dyskretną Obecność, dlatego i jej narzucać nie sposób, lepiej pozostać dla innych — powtarzam sformułowanie ks. Hryniewicza — znakiem zapytania. Zarażać niepokojem, głodem poszukiwania.

Rozróżnienie między bioszoe posłużyło Lewisowi do nadania światu miana „warsztatu rzeźbiarskiego”. Dopóki poprzestajemy na bios, nasz status nie odbiega zbytnio od kamiennych posągów. Dopiero chrześcijaństwo ożywia ten warsztat, a zoe przemienia kamienną figurę w rzeczywistego człowieka. Zarażenie życiem — oto skutek owej „zbawiennej infekcji”.

Tymczasem w szarym mieście (Rozwód ostateczny) króluje Pozór. Krajobraz jest pozbawiony jakichkolwiek cech charakterystycznych. Odcięto tu wszystkie przedmioty od pierwiastka materialnego. Ludzie nie mają prawdziwych potrzeb. „Wystarczy tylko pomyśleć o domu i już jest” 9 Przedpiekle? Przedsionek Nieba? Podobno jak kto woli. Tutaj toczą dyskusję Duch i Upiór. Nierówna to rozmowa, trochę jak ze ślepym o kolorach, bo Upiór nie zamierza opuścić nierzeczywistego miasta i pozwolić, by Duch zaprowadził go przed oblicze Przedwiecznego Faktu. Pierwszą przeszkodę stanowi zwykły strach przed kontaktem z rzeczywistością — stopy upiorów boleśnie rani nawet zwyczajna trawa. Jednak najważniejszym powodem jest przywiązanie Upiora do wizji Boga — rozmytego ducha, najwyższej wartości, przyczyny sprawczej własnych talentów… I nagle słyszy zwyczajne: chodź i zobacz. Nagle: fakt.

C. S. Lewis żywił wielką odrazę do wszelkich fałszywie spirytualistycznych sposobów rozumienia chrześcijaństwa. Poprzez infekcję ma rozprzestrzeniać się nie wartość, nie pierwsza zasada, ale Fakt, którym jest Wielki Cud, czyli Bóg Wcielony, Chrystus wypełniający wzorzec — jak formułuje to teolog — zstąpienia głęboko w dół, a potem wstąpienia z powrotem w górę 10. Faktyczność Cudu Wcielenia i Zmartwychwstania nie pozostawia miejsca dla selektywnych wersji religii chrześcijańskiej, czy będą one nadmiernie uduchowione, czy też „odcudownione”. Lewis nazywa Wielki Cud brakującym rozdziałem powieści, na nim to opiera się cała fabuła, ponieważ dzięki Wcieleniu mamy dostęp do zoe. Wcielenie otwiera na centrum chrześcijaństwa, w którym wedle autora zawarta jest idea zastępstwa 11. Zgodnie z nią jedna osoba korzysta z zasług drugiej, a dokładniej: wszyscy korzystają z zasług jednej, rzeczywistej Osoby.

Walka o wiarę?

Około 1911 roku w Wyvern College, w Anglii pewien student literatury stworzył dowód na nieistnienie Boga — dowód z Nieuporządkowania świata 12; wywiódł go z tezy Lukrecjusza brzmiącej: „Gdyby Bóg stworzył świat, jaki widzimy, nie byłby on rzeczą tak kruchą i wadliwą”.

Wiele czasu upłynęło, czasu, w którym jak nazwał to Lewis, „Wielki Wędkarz bawił się ze swoją rybą” 13, czasu wypełnionego fascynującą dla niego lekturą m.in. angielskich heglistów i idealistów, do momentu poddania się w 1929 roku, kiedy autor antydowodu sprzed kilkunastu lat ukląkł do modlitwy, uznając, że Bóg jest Bogiem.

Bóg żywy. Milkną filozofowie. Wszelkie teorie bledną i zdają się być miałką, nieudolną próba ogarnięcia tego, co Nieogarnione. Św. Tomasz z Akwinu wyodrębniał trzy poziomy wiary: wierząc, że Bóg jest, pozostajemy na płaszczyźnie doktrynalnej. Wiara nadprzyrodzona zaczyna się, gdy wierzę Bogu. Trzeci etap to wiara w Boga. Posłuchajmy św. Tomasza — „wierzyć w Boga, znaczy, wierząc, iść ku Bogu, a to sprawia miłość”. O tym najwyższym, a zarazem najtrudniejszym poziomie wiary myślał Lewis, pisząc, że w poszukiwaniach Boga nadchodzi moment, „kiedy ludzie parający się religią nagle wzdrygają się” 14. Czy to znaczy, że znaleźli Tego, Kogo szukali? Nie. To raczej On odnalazł ich. Następuje chwila zatrzymania. Wstrząsu. Dopóki Bóg pozostawał bezkształtną ideą, czy to piękna, czy prawdy, nie było kłopotu. Ta idea należała przecież ciągle do nas. Problem zaczyna się, gdy nadchodzi „Bóg we własnej osobie, żywy, ciągnący za drugi koniec liny, a co gorsza, zbliżający się z nieskończoną szybkością” 15. Takiego Boga chce głosić C. S. Lewis, nie jako filozof, nie jako teolog nawet, lecz przede wszystkim jako świadek.

Opowieściach z Narni, metaforze dziejów chrześcijaństwa ujętej w baśń, znajdujemy rozpisany na dialogi dzieci traktat o tejże — żywej — wierze. Gdy przychodzi Lew Aslan, nie wszyscy go zauważają. Widzi jedynie Łucja, najmłodsza dziewczynka. Jej słowa „widziałam Aslana” nie spotykają się z entuzjazmem ze strony przyjaciół, próbujących stłumić jej zapał sugestiami, że spotkała jednego z wielu lwów w lesie. Łucja reaguje prawdziwym oburzeniem: „czy myślicie, że nie poznałabym Aslana?!”. Sceptycyzm starszych nie zachwiał jej pewności, wiary świadka, który całą moc tego, co chce przekazać, zawiera w jednym słowie: widziałem. Dziewczynka odrzuca także językowe środki ostrożności, które przedsięwziąłby racjonalista, mówiąc o Bogu. Stanowczo tłumaczy: „ja nie sądzę, że go widziałam. Ja go widziałam”.

Sceptycyzm roszczący pretensje do miana racjonalizmu reprezentuje w Królestwie Narni Czarownica, władczyni Podziemia, gdzie nigdy nikt nie widział światła słonecznego. Próbuje wyprowadzić z błędu naiwne w jej mniemaniu dzieci, perswadując: „widzieliście lampy, no i wyobraziliście sobie jakąś większą lampę i nazwaliście ją słońcem. Widzieliście koty, a teraz chcecie, żeby istniał jakiś większy kot, który będzie się nazywał — lwem”.

Quasi–racjonalne odrzucenie wiary, ale i jej wersje odcięte od źródła– –Cudu, wiara rozwodniona — są tymi, z którymi Lewis po nawróceniu zagorzale walczył. Spójrzmy raz jeszcze, jakich nauk udziela siostrzeńcowi Krętacz: oto jednym z ważniejszych celów diabła staje się przełamanie przez rozmaite konstrukty zdrowej pobożności. Zdrowej, czyli opartej na realnej obecności Nieprzyjaciela, jak Boga tytułuje Krętacz, w sakramentach i modlitwie. Tej świętej obecności przeciwstawia rozmytą, odległą sylwetkę, postać jedynie historyczną, Chrystusa jako lidera, „wielkiego człowieka”. Lewis formułuje diabelskie przykazanie: wierz w to nie dlatego, że to jest prawda, lecz dla jakiegokolwiek innego powodu” 16. Bóg nie jako cel, ale środek do niego, nie stanowi już w opinii bohatera Listów starego diabła… większego zagrożenia. W podobny sposób sprzyja Piekłu religia stworzona dla dawania pociechy. Dlaczego? Nieustannie odurzani, pocieszani w każdej sytuacji, tracimy kontakt z rzeczywistością, zdając sobie prędzej czy później sprawę, że mamy do czynienia z rodzajem opium. „Do prawdziwej natury tego, co rzeczywiste, należy posiadanie ostrych rogów i twardych kantów — pisze Lewis. — Tylko o mebel ze snu nigdy nie urazisz sobie palca u nóg czy nie rozbijesz kolana” 17.

Postponowanie chrześcijaństwa rozwodnionego zbliżało Lewisa do dualizmu, od którego na tyle, na ile pozwalała mu na to jego ortodoksyjność, nie odżegnywał się do końca. „Chrześcijaństwo zgadza się z dualizmem co do tego, że wszechświat trwa w wojnie” 18. W świetle podejmowanego wciąż na nowo sporu o istnienie piekła jego teoria może wzbudzać niechęć zwolenników apokatastazy. Tymczasem Lewis nie próbuje być prorokiem–fatalistą, a jego argumentom trudno odmówić rzeczowości. Cała filozofia piekła polega na przyjęciu założenia, że „jedna rzecz nie jest drugą rzeczą”. Dobro moje wyklucza się z twoim. Byt jednej osoby musi współzawodniczyć z egzystencją drugiej. Piekło to stan, w którym człowiek spełnia swoje własne życzenie: polega już tylko na sobie i wszystko obraca na swoją korzyść. Filozofia Nieba całkowicie odwraca piekielną zasadę. ON dąży do sprzeczności. Nagle dobro jednej osoby ma być tożsame z dobrem drugiej. I to zwie się Miłością.

Nieuchronnie jednak powraca pytanie, czy Miłość takie życzenia może spełniać.

Mit i pies

Inną ważną obok Cudu kategorią jest dla C. S. Lewisa mit. Mircea Eliade definiował mit jako opowieść o tym, co bogowie uczynili na początku czasu, która opowiedziana raz, staje się prawdą absolutną. Lewis w strukturę mitu wchodzi głębiej, twierdząc, że to, co z niego wypływa, nie jest prawdą, lecz rzeczywistością. Mit bowiem nie sprowadza się — jak poszczególne prawdy — do abstrakcji, stanowi rodzaj przesmyku 19 łączącego świat myśli z konkretnym doświadczeniem rzeczywistości. Mit, stawszy się faktem, należy do istoty chrześcijaństwa. To mit o umierającym Bogu, który „schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii, wydarza się” 20. Jednak nie przestaje jednocześnie być mitem. Chrześcijaństwo jest więc zespoleniem Doskonałego Mitu i Doskonałego Faktu.

Wyraźną antypatię czuł Lewis do demitologistów: biskupa Robinsona, Bultmanna, Tyrella. Tendencja demitologizująca zmierzała do zastąpienia w imię tzw. postępu dosłownej interpretacji dogmatów wiary — symboliczną, która miałaby rzekomo być bardziej adekwatna do ludzkiego sposobu myślenia. W jednym ze swoich esejów 21 Lewis stanowczo odrzuca tę teorię, posługując się przykładem… psa. Pies ów, gdyby usiłował utworzyć sobie obraz rzeczywistości ludzkiej, nie byłby w stanie wyjść poza kategorie swojej psiej rzeczywistości. Stąd też (o ile jest psem pokornym) nie ośmieliłby się klasyfikować, które zaobserwowane obrazy są dosłowne, a które jedynie symboliczne. Pies przeniesiony na dzień w świat człowieczy byłby nie bardziej zszokowany niż człowiek obdarzony naraz perspektywą boską. „Może więc lepiej jeszcze trochę zaczekać?”, sugeruje Lewis, broniąc tajemnicy Mitu, próbując w wielu wykładach i esejach z niemałą zapalczywością odwodzić od prób wszelkich złudnie wygodnych interpretacji prawd wiary.

Moc niepewności

Aliquid perfectionis et aliquid imperfectionis — coś doskonałego i coś, co jest brakiem, niepewnością: to dwa pierwiastki, zdaniem św. Tomasza, współistniejące w wierze. Od niepewnego, z niepokoju myśli człowieka, któremu nie dane jest jeszcze pełne widzenie, bierze początek poszukiwanie.

tym stanie niemożliwym do opisania bez sięgnięcia po pojęcia sprzeczne często pisał C. S. Lewis. Piękno i ból, spełnienie zawarte w tęsknocie są podstawą tego poszukiwania nadającego człowiekowi status homo viator, wędrowca podążającego za Radością. Próba wyjaśnienia, czym ona właściwie jest, otwiera najbardziej chyba intrygujący rozdział Lewisowej teologii. Ergo? Jest „niezaspokojonym pragnieniem, godniejszym pożądania niż cokolwiek, co mogłoby je zaspokoić. Głodem — lepszym od każdego poczucia sytości”. O jej paradoksalności świadczy fakt, iż znosi różnice między pragnieniem a posiadaniem. Przeszkód w człowieczej wędrówce wcale nie brakuje. Jan — bohater alegorycznej autobiografii C. S. Lewisa — odkąd odczuł pierwsze pragnienie Radości (radość Pragnienia?) i wyruszył na poszukiwanie Wyspy, raz po raz padał ofiarą fałszywego zaspokojenia, podsuwanego już to przez pożądanie fizyczne, już to przez doświadczenie estetyczne i tani sentymentalizm. W każdej wędrówce nastaje chwila, gdy homo viator zatrzymuje się nad przepaścią, Wielkim Kanionem, zwanym Peccatum Adae 22.

Wtedy pojawia się Matka Kościół. Przychodzi nie jako potężna, zhierarchizowana instytucja, lecz rzeczywiście w osobie matki, której rolą jest przenoszenie nad ową przepaścią. Kościół to niezbędny pomost zbudowany nad wyrwą poczynioną przez grzech pierworodny, gdyż człowiek nie jest w stanie przeskoczyć jej o własnych siłach. Trzeba jednakże samodzielnie zrobić krok, aby wejść na pomost. Matka Kościół byłaby w sprzeczności ze sobą, łamiąc nieodzowny warunek miłości — wolność.

Wędrowiec — symboliczny jedermann, Każdy — dotyka niepojętej tajemnicy. Oto Bóg ukrywa się i mówi głosem tak delikatnym, że pozwala zamknąć na niego uszy i odwrócić się. Podobne intuicje rozwijała myśl kabalistyczna, głosząc wręcz Boga, który sam się ograniczył, aby stworzyć świat. Ojciec uczący swego synka chodzić — to obraz z Opowieści chasydów — rozpościera ręce, by ten nie upadł. Potem stopniowo odsuwa się i robi to tak długo, aż dziecko nauczy się chodzić samo. Co wtedy? Wtedy przecież nie wraca. Wciąż bliski, lecz w oddaleniu — czeka.

* * *

Za Pomostem rozpościera się — używając języka narnijskiego — Kraina Aslana, dom Radości samej.

Clive Staples Lewis nazwał siebie zaskoczonym Radością. Słowa, w których zamiast podsumowania można najbardziej lapidarnie zarysować jego myśl, brzmiałyby: dążenie, pragnienie i właśnie — nieustanne zaskoczenie. Wszystkie wymykają się ujęciu w skostniałe formy i nie pozwalają zatrzymać się w drodze, ale zarazem mają swoje mocne korzenie — w Piśmie Świętym i Kościele. Do takiego też Boga podążał Lewis — mocnego, lecz wciąż abdykującego; rezygnującego z narzucania mocy na rzecz zaszczepiania w człowieku nurtującego Pragnienia Jego.

1 C. S. Lewis, Zaskoczony Radością, Warszawa 1999, s. 166.
2 Idem, Listy o moralności, Warszawa 1980, s. 109.
3 Ibidem.
4 Ibidem, s. 108.
5 C. S. Lewis, O wierze i moralności chrześcijańskiej, Warszawa 1959, s. 16.
6 Ibidem.
7 Ibidem, s. 17.
8 Ibidem, s. 216.
9 C. S. Lewis, Rozwód ostateczny, s. 16.
10 C. S. Lewis, Bóg na ławie oskarżonych, Warszawa 1985, s. 67.
11 Ibidem, s. 67.
12 Ibidem, s. 68.
13 Ibidem, s. 208.
14 C. S. Lewis, Cudy, Warszawa 1958.
15 Ibidem, s. 166.
16 por. C. S. Lewis, Listy starego diabła do młodego, s. 122.
17 Idem, O wierze…
18 Ibidem, s. 66.
19 Por. Ibidem, s. 47.
20 Ibidem, s. 69.
21 C. S. Lewis, Ziarna paproci i słonie, Warszawa 1985.
22 Idem, Zaskoczony Radością.

W poszukiwaniu nieutraconej Radości
Katarzyna Wiśniewska

urodzona w 1979 r. – absolwentka filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikowała w „Azymucie”, „Znaku”, „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”. Mieszka w Warszawie....