Zanim powstanie wspólnota…

Zanim powstanie wspólnota…

Wielu z nas odczuwa ogromne pragnienie zjednoczenia się z Jezusem Chrystusem, pragnienie życia Słowem Objawionym, głębszego przeżywania tajemnicy Eucharystii. Głód Boga objawia się również jako szukanie wewnętrznego wyciszenia i stałego pokoju, próba mądrego odczytania znaków kreślonych ręką Boga na kartach wymagającej poświęcenia codzienności. Wielu z nas pragnie uczynić swoją pracę zawodową i domowe obowiązki miejscem i czasem spotkania ze Stwórcą. Każdy z nas nosi się z zamiarem radykalnej przemiany życia, zakorzenienia go w wytrwałej modlitwie i kontemplacji, która jest życiem w obecności Boga.

Jednak czujemy się zagubieni w drodze do Boga. Zmęczenie domem, zawodowymi obowiązkami, wychowywaniem dzieci, narastające frustracje związane z walką o materialne przetrwanie i ustawiczny brak czasu — wszystko to zabija pamięć o Bogu. Czujemy się winni, że oto porzuciliśmy nasze pierwotne ideały, że zbyt łatwo pogodziliśmy się z naciskiem konsumpcji, że staliśmy się religijnie przeciętni i letni. Nasze poczucie winy pogłębiają intensywne wspomnienia z niedalekiej przeszłości, kiedy byliśmy jasno określeni, włączeni w aktywność konkretnej kościelnej wspólnoty, kiedy nasze wysiłki przynosiły prawie natychmiastowe owoce i satysfakcję. Niekiedy nawet próbujemy tę przeszłość uczynić teraźniejszością, łudząc się, że powróci do nas i znów poczujemy się potrzebni Kościołowi, a Bóg odzyska utracone miejsce w naszym sercu.

Nie poddajemy się jednak. Próbujemy za wszelką cenę odnowić nasze duchowe życie. Szukamy wspólnot, z którymi i w których moglibyśmy szukać Boga i znajdować duchowe umocnienie. Szukamy przewodników duchowych, którzy mogliby nas wesprzeć w tych działaniach. Nie możemy jednak z poczuciem odpowiedzialności stwierdzić, że jesteśmy z naszych wysiłków zadowoleni. Można powiedzieć, że jesteśmy wszędzie, czyli nigdzie. Zauważamy, że nie tylko wokół nas, ale w nas samych coś się zmieniło, że nie pragniemy kolejnych akcji, wykładów formacyjnych, turystycznych eskapad i tworzenia kolejnych przykościelnych grup, które tracą rację bytu, gdy animujący je ksiądz zostaje przeniesiony na inną placówkę. Czujemy się też zepchnięci w kościelnej aktywności przez młodsze pokolenie, którego styl nie zawsze nam już odpowiada. Wychowani jednak w realiach polskiego Kościoła, który wysoko sobie ceni aktywność charytatywną, kaznodziejstwo, zbiorowe rekolekcje, różne formy duszpasterstw młodzieżowych etc. uważamy, że tylko przez taką widzialną aktywność odnajdziemy sens życia i upragnioną obecność Boga.

Realia tego Kościoła narzuciły nam również bardzo niebezpieczny układ w naszym myśleniu i reakcjach. Strefa Boga kończy się za progiem kościoła czy budynku duszpasterskiego, który często funkcjonuje jako schron i przytułek dla niesamodzielnych osobowości. Dalej rozciąga się już tylko brutalna rzeczywistość, którą trzeba zaakceptować, ale której nie można przemienić. „Prawdziwe spotkanie z Bogiem” zarezerwowane jest jednak dla sfery kościelnej. Pocieszające jest to, że nie uważamy tego za sytuację normalną.

Łudzimy się też często, że w nieokreślonej przyszłości, kiedy odchowamy dzieci, zbudujemy dom i zabezpieczymy konto — powrócimy do bardziej intensywnego życia modlitwy i kontemplacji. Nie jest to dobre myślenie, bo uprawiając je, uważamy dzieci, codzienne obowiązki, nasze powołanie do życia w świecie za przeszkody w drodze do Boga. Są one przecież niezwykłą, choć bardzo trudną szansą. Zapewne też w głębi serca uważamy zakonników, księży, siostry zakonne za osobników szczególnie uprzywilejowanych w życiu duchowym i może nawet w chwilach kryzysów i zniechęcenia zazdrościmy im.

Głód Boga nie wygasa w nas. Często prosimy Go o pomoc czy wskazówki, modlimy się o znalezienie wspólnoty na czas naszej społecznej i rodzinnej dojrzałości. Zdaje się jednak, że Bóg milczy, a spotkania z nowymi wspólnotami nie wydają się nam owocne.

Z dużą dozą ostrożności można powiedzieć, że w tej sytuacji tkwi bardzo poważne Boże wezwanie. On bowiem nie opuszcza nikogo i jako dobry Ojciec troszczy się o nas.

Należy więc zadać sobie równie poważne pytanie: czego Bóg oczekuje ode mnie?

Nie żąda ode mnie, abym opuścił moje środowisko, rodzinę, pracę, ojczyznę. Chwile szczęścia, których w nich doznajemy, nowe zadanie pojawiające się w każdym czasie — świadczą, że Bóg właśnie tu mnie potrzebuje, że w tym miejscu i czasie będzie do mnie mówił.

Będzie potrzebował nade wszystko mojej dyskretnej, przepełnionej modlitwą obecności. Może nie tyle konkretnych spektakularnych akcji (choć oczywiście i one mogą stać się w pewnym momencie wyzwaniem), ile zanurzenia się w Nim i zakosztowania Jego pokoju, który przynosi ludziom wyzwolenie.

Jego dotychczasowe milczenie zwraca nam uwagę na nas samych. Jego milczenie i nasze niezadowolenie mówią nam, że Jego moc w nas jest i jest jej wystarczająca „ilość”. Możemy do siebie odnieść słowa Zbawiciela skierowane do św. Pawła Apostoła: „Wystarczy ci mojej łaski, moc doskonali się w słabości”.

Nie jesteśmy tak naprawdę słabi. Brak nam tylko prostego zaufania do siebie, które pomogłoby nam już dziś nadstawiać ucha na napomnienia Mistrza. Moc Jezusa jest w nas i oczekuje od nas posłużenia się nią w drodze do nawrócenia. Czyż słowa zmartwychwstałego Jezusa przywołane przez Jana Pawła II na rozpoczęcie wielkiego pontyfikatu: „Nie lękajcie się!” nie były adresowane właśnie do nas?!

Nie jesteśmy słabi. Posłużmy się słowami świętego Pawła: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu”. Przypatrzmy się więc. Wiele od Boga otrzymaliśmy w przeszłości. Nade wszystko otrzymaliśmy łaskę chrztu świętego, zostaliśmy uformowani w tradycji Kościoła katolickiego, pogłębialiśmy tę formację w pracach różnych duszpasterstw, wydaje się, że dobrze rozumiemy liturgię, umiemy opowiedzieć się za jej prostotą i pięknem. Uczestnicząc w różnego rodzaju spotkaniach modlitewnych, nabyliśmy też umiejętności rozróżniania tego, co zdrowe i godne, a co żywione niezdrowymi emocjami i pychą. Umiemy także mądrze uczestniczyć w takiej liturgii, która sprawowana jest niedbale w klimacie urągającym prostocie i pięknu, bo wiemy, że Bóg potrafi przemówić także przez nią i Jego łaska nie zależy od estetyki miejsca. Nie jest nam również obca modlitwa Kościoła, czyli psalmy zgromadzone w dostępnym dziś laikatowi brewiarzu. Żyjąc w różnych wspólnotach, nauczyliśmy się przebaczać ludzkie grzechy i słabości, posiedliśmy również trudną sztukę prośby o przebaczenie. Znamy smak i potrzebę głębokich ludzkich przyjaźni prowadzących do Boga. Zdajemy sobie również sprawę z ogromnej roli dialogu międzyreligijnego i dialogu w obrębie podzielonego Kościoła Chrystusa. Znamy też realia biedy i społecznego odrzucenia, nie zapomnieliśmy także o najmłodszych, których cierpienie i brak domowych ognisk woła o pomstę do nieba. Jesteśmy również dobrze przygotowani do medytacyjnej lektury Pisma Świętego i dzielenia się owocami tego zawsze ożywczego spotkania. Jak można już teraz zauważyć, jest to ogromny potencjał i prawdziwy Boży dar. Powtórzmy jeszcze raz za Janem Pawłem II: „Nie lękajmy się!”.

Z doświadczenia wiemy, że dobra wola i nawet najlepsze przygotowanie nie wystarczą do pokierowania swoim życiem tak, aby w pełni odpowiedzieć na Boże wezwanie. Wie o tym też dobrze Kościół Boży, który zachęcając wszystkich ochrzczonych do budowania królestwa Bożego i życia ośmioma błogosławieństwami, wskazuje konkretne pomoce na drodze do Boga. Nie sprzeciwia się to wcale naszej odpowiedzialności i samodzielności. Tak było w całej historii Kościoła. Różne są drogi do Boga, ale On jest jeden i niepodzielny. Możemy pokazać wiele reguł i form życia ściśle zakonnych, z zakonami stowarzyszonych lub całkowicie laickich, które jednak wzajemnie się nie wykluczają, a raczej ukazują bogactwo życia Kościoła.

Ostatnie lata wskazują, że środowiska ludzi świeckich coraz intensywniej poszukują religijnej odnowy swojego życia, sięgając po starożytne reguły monastyczne, które były adresowane właśnie do ludzi nieprzyjmujących święceń kapłańskich (choć oczywiście żyjących w wyraźnym oddzieleniu od świata).

Praktyka tych lat wskazuje, że reguły — a zwłaszcza Reguła św. Benedykta z Nursji — spełniają pokładane w nich oczekiwania i służą doskonałą pomocą wszystkim tym, którzy pragną żyć codziennością zrytmizowaną psalmami, lectio — czyli powolną, medytacyjną lekturą Pisma Świętego, chwilami milczenia, podczas których powraca z niezwykłą siłą przeczytane słowo Boże. Reguła umiejętnie włącza także codzienną pracę i konkretne domowe obowiązki w tajemnicę naszego bycia przed Bogiem, tworząc z nich instrument spotkania z Jezusem znającym ciężar dnia. Szczególnie ważne jest wezwanie Reguły do pokory, wzajemnej służby i posłuszeństwa, opieki nad dziećmi i starcami, zgody i przebaczenia, pamięci o Bogu.

Reguła św. Benedykta znosi elitaryzm, apelując do każdego: „Kimkolwiek jesteś”. Kładąc wymagania, podkreśla zarazem Bożą pomoc w duchowej walce. Znając słabość człowieka i możliwość upadku, odwołuje się do Bożego miłosierdzia. Całość jednak pełna jest umiaru, tak aby nie zniechęcić słabych i nie wpędzić na powrót w przeciętność mocnych. Mówi tradycja, że cechą szczególną jej Autora był pokój. Autor żywota św. Benedykta mówi o nim, że „zawsze miał łagodny wyraz twarzy”.

Istnieje wiele wspólnot żyjących według Reguły św. Benedykta. Grupę bardzo ważną na ich mapie stanowi rodzina cysterska. W jej obrębie można zauważyć w ostatnich latach prawdziwą eksplozję świeckich fraternii. Stanowią je ludzie szukający głębokiego spotkania z Jezusem. Zafascynowani Regułą i jej komentarzami ukrytymi w dziełach mnichów cysterskich z X–XII wieku usiłują przemieniać siebie — a przez to i otaczający ich świat — w oparciu o cysterską drogę duchowości. Gdyby pokusić się o telegraficzne nakreślenie cech tej drogi, należałoby wspomnieć o pragnieniu przywrócenia w sobie utraconego Bożego podobieństwa, powrotu do domu Ojca z krainy niepodobieństwa. Drogą tą jest posłuszeństwo Bożym przykazaniom, posłuszeństwo woli Bożej objawianej przez najdrobniejsze wydarzenia dnia. Drogą tą jest pokora, która zwalcza pychę i egoizm mocno zakorzeniony w każdym z nas. Pokora, która wybiera życie ukryte i wspieranie Kościoła intensywną modlitwą, ciszą i zadowalaniem się naprawdę ostatnim miejscem wzorem naszego Mistrza. Jest to droga przyjaźni, droga prostoty w zachowaniu i stroju, gościnności, ubóstwa i rezygnacji z wybujałych ambicji i niezdrowej rywalizacji. Jest to droga wdzięczności za piękno otaczającego nas świata, akceptacji i szacunku wobec wszystkich ludzi. Jest to droga zaprawiona prawdziwym zdrowym humorem i radością ze wspólnego świętowania, ale również chętna do podejmowania konkretnych umartwień jak post i czuwanie. Droga, która aż do końca życia będzie szkołą służby Pańskiej, szkołą miłości, bo każdy z nas każdego ranka rozpoczyna życie na nowo. Nie warto pytać, czym mamy się różnić od innych grup i innych chrześcijan. Lepiej rozpocząć już dziś — tak jak nakazuje nam Reguła — powrót do Boga, życie tym małym fragmentem Ewangelii, który zdołałem przeczytać mimo rozlicznych i ciężkich obowiązków, życie drobnymi wyrzeczeniami dla większej miłości tego drugiego, który jest ze mną, dzieli moje życie, a którego może do tej pory nie znałem tak naprawdę lub nawet może nim gardziłem, życie ze stałą świadomością obecności Boga, życie prawdziwie kontemplacyjne i ukryte. Nie trzeba wiele robić. Trzeba bardzo kochać i dużo się modlić o pokój i miłość. Trzeba być jak drożdże, jak zaczyn w świecie, do którego Bóg mnie posłał, a On nie uczynił tego przypadkowo.

Musimy uzbroić się w cierpliwość, bo sens takiego życia, takiego poświęcenia objawia się bardzo powoli. Charyzmat kontemplacyjny w świecie nie znosi propagandy i reklamy, mówi się, że to bardzo delikatny ptak — nagłe ruchy i niecierpliwość potrafią go spłoszyć. I może już nie wrócić. Nie warto też wszystkiego tłumaczyć, nie w tłumaczeniu leży siła ludzi powołanych do tak ukrytego w Bogu życia, ale w posłuszeństwie i pokorze wobec innych ludzi. Nie są to ludzie świętsi od innych czy mądrzejsi — to Bóg ich wybrał i obarczył taką misją modlitwy i czuwania. Nie są elitą, być może są wielkimi grzesznikami potrzebującymi jak nikt inny Bożego miłosierdzia. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. Samo życie podsunie nam rozwiązania, sam Bóg przez swojego Ducha oświeci nasze serca i wskaże zadania i metody ich realizacji. Życie tym charyzmatem nie polega na doskonałym poznaniu Reguły, doskonałej orientacji w mistykach z XI wieku — nie jesteśmy specjalistami, a często płaczące i chore dziecko zabierze nam czas przeznaczony na lekturę i medytacje. Zgódźmy się z pogodą ducha właśnie na ten płacz i ten brak zaplanowanej lektury. To sam Zbawiciel potrzebuje w tej chwili pomocy. Kiedy będzie możliwość, wróćmy do tekstu, nawet jeśli wiele z niego umknie naszej uwadze. Bóg nie wymaga od nas rzeczy heroicznych — Bóg wymaga od nas stałości i wierności. Tajemnica tego powołania rozjaśni się przed moimi oczyma serca, gdy będę wierny podjętym zobowiązaniom (medytacji, modlitwie psalmami, lekturze Pisma Świętego, pracy spełnianej dla Boga, ciszy, rozumnej rezygnacji z dostępnych mi przyjemności, przebaczeniu, pokorze, ogromnej dyskrecji, prostocie, współczuciu innym, czekaniu na przejście Pana, ufności w Boże miłosierdzie, przyjmowaniu tylko tych obowiązków, którym mogę podołać, radości). Stąd potrzeba stabilitas, czyli stałości, trzymania się raz podjętej cysterskiej drogi. Być może po drodze napotkamy inne, jeszcze bardziej pociągające propozycje. Trzeba wtedy pamiętać, że każdy jest wolny, każdy powinien zostać sobą i dbać o to, aby ta droga dawała mu pokój i szczęście. Prawdą jest także, i to prawdą miłości, że wreszcie człowiek musi wybrać, zgodzić się, że nie będzie smakował wszystkiego w życiu, zgodzić się z pokorą na jedno, na to, co mu się wydaje najważniejsze, a wszystko inne ze spokojem zostawić. I wtedy, gdy wybierze stałość — paradoksalnie odzyska wszystko. Warto jeszcze przywołać słowa Tomasza Mertona — cysterskiego mnicha trapisty: „Mnich, który umie wytłumaczyć swoje życie i swoje powołanie do modlitwy i kontemplacji, jest najżałośniejszym osobnikiem, którego kiedykolwiek nosiła ziemia”. Nie martwmy się ani naszą liczbą, ani naszym brakiem przygotowania, ani nawet tym, że w Polsce nie istnieje ani jedno opactwo trapistów, w którym moglibyśmy znaleźć pomoc. Modlitwa przekracza granice państw, tak samo jak miłość. Być może Bóg powołał was, aby przygotować teren pod przyszłą fundację. Wydaje się to więcej niż prawdopodobne.

Nie jesteście sami. Przez podjęcie tego Bożego wezwania już znaleźliście się w rodzinie cysterskiej. Możecie czuć się ogarnięci modlitwą mnichów — waszych nieznajomych braci. Już dziś możecie polecać Bogu zwłaszcza braci z opactwa Aiguebelle. To właśnie na ręce opata tego klasztoru złożycie — jeśli Bóg pozwoli — swoje przyrzeczenia. Już dziś jesteście ogarnięci modlitwą wstawienniczą naszych cysterskich świętych od pierwszego aż do ostatniego w czasie. W szczególny sposób modli się za was wszystkich siedmiu męczenników z Algierii z ojcem Christianem de Chergé, którego wstrząsający testament mieliście okazję poznać 1

Bądźcie roztropni i wytrwali. Bądźcie posłuszni Bożym znakom i natchnieniom, nie gońcie za tym, co przerasta wasze siły, bądźcie bardziej skłonni do milczenia niż do mówienia, ale mówcie, jeśli tego nakazuje miłość. Nie zniechęcajcie się zbyt szybko i nie porzucajcie przedwcześnie wybranej drogi. Właśnie piętrzące się trudności są często znakiem prawdziwości wyboru. Nie szukajcie duchowych smaków i wzajemnego wywyższenia, bądźcie ubodzy w swoich wymaganiach, a zarazem nieustępliwi w szerzeniu Bożego królestwa. Stawiajcie Boga zawsze na pierwszym miejscu i nie przestawajcie dziękować za Syna Bożego, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia. Podtrzymujcie jedni drugich na duchu i szczerze uważajcie się za niższych od drugiego, bądźcie sobie nawzajem posłuszni, nie podnoście na siebie głosu i próbujcie zawsze ofiarować drugiemu radosną i łagodną twarz. Nie dbajcie o natychmiastowe efekty waszych działań. Nawet w tym, co należy wam się sprawiedliwie od Boga i drugiego człowieka, pozostawajcie ubodzy. Nigdy nie czyńcie ubogimi innych, nie narzucajcie waszego zdania, ale mądrze umiejcie uzasadnić własną nadzieję. W każdym położeniu dziękujcie Bogu, uważając, że jest to dla mnie sytuacja najlepsza, wszystkie troski przerzućcie na Niego, bo Jemu zależy na was.

Na koniec warto powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Otóż Bóg przeprowadzi każdego z was przez trudne doświadczenie, aby wypróbować waszą miłość i wierność, waszą stałość i powagę. Będzie to czas totalnej pustki, czas ogromnej oschłości, utraty pokoju i irytacji. Pierwszy zapał minie i będzie się wam wydawać, że stoicie w miejscu lub może nawet, że ktoś was oszukał. Zadacie sobie pytanie: „Po co to wszystko?”. Może niektórzy z was podejmą na powrót dawny sposób życia. Wtedy prawdziwą pomocą w tej próbie będzie właśnie złożone kiedyś przyrzeczenie, świadomość, że inni wspierają mnie w tych trudnych chwilach. Czas próby przychodzi po to, żeby zobaczyć w sposób jasny, że to sam Bóg jest moją nagrodą.

Michał Zioło OCSO

Aiguebelle, 29 stycznia 2002 roku

1 „W drodze” 12/2001, s. 53–54.

Zanim powstanie wspólnota…
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...