Dzień miłosierdzia

Dzień miłosierdzia

Wyjechaliśmy z miasta do miejsca, które przed laty głęboko zapadło nam w serca, aby lepiej słyszeć, aby zebrać w jedno, co było w nas rozproszone. Córka powróciła z pielgrzymki do Częstochowy, ja z synem z Podlasia, a żona dostała dwa dni upragnionego urlopu. Byliśmy znów razem. Pod koniec wakacji wśród pól, lasów, wśród jezior, w ciszy. Do kościoła, słynnego kaszubskiego sanktuarium w Sianowie, było blisko, cztery kilometry wzgórzami w jedną stronę. W tym czasie buty pokrywał kurz, a serce rozjaśniało się w blasku słońca. Doprawdy, piękne mieliśmy lato.

W domku, w którym mieszkaliśmy, nie było prądu, więc nasz radioodbiornik podłączaliśmy do samochodowego akumulatora specjalnymi szczypcami. Czekaliśmy na głos Ojca Świętego, siedząc na trawie lub na ganku w fotelikach. Dochodził do nas przez otwarte na oścież okno. Patrzyliśmy na bezchmurne niebo, a Jego słowa trafiały wprost do serca.

Twarze ludzi w tych dniach rozjaśniała niezwykła radość. Każdy dzień był jak niedziela. Czas mijał powoli i odświętnie. Być może uzna ktoś, że to przesada, ale miałem wrażenie, jakbym znalazł się w Izraelu wtedy, gdy wędrowali jego ścieżkami Jezus i uczniowie. Dzieją się oto na moich oczach wielkie rzeczy: Bóg przemawia do swego ludu tak prosto, żeby każdy zrozumiał, bo ważne jest, aby zrozumiało wielu. Słowa o miłosierdziu wstrząsnęły mną i jestem pewien — miały wstrząsnąć nami wszystkimi, całym światem.

„Koniec się zbliża” — tak mówią tutaj, w krainie, w której na rozstajach dróg stoją krzyże, w ogródkach przydomowych, zamiast stawiać krasnale, buduje się małe kapliczki, ludzie witają się, mówiąc „Pochwalony”. „Koniec się zbliża” — mówią i wszystko im się zgadza — powszechne zgorszenie, wojny, terrorystyczne zamachy, klimatyczne niespodzianki. Oni zdają się czekać, a niewielu zna słowa Augustyna: „przeczytaj, co zostało powiedziane, rozpoznaj, co się dokonało, reszta się wydarzy”. Czują to i wiedzą, że aby przetrwać, trzeba zaufać Panu. Przed dniem sprawiedliwości głoszony jest dzień miłosierdzia dla nas wszystkich, dla okazjonalnych, upartych, złośliwych, głupich, zuchwałych, grzeszników.

Był czas całkiem niedawno, gdy mówiłem żartobliwie do najbliższych — „moim jedynym grzechem jest to, że nie grzeszę”, był czas, prawie wczoraj, gdy beztrosko poruszałem się na moim cudownym rowerku, ciesząc się zdrowiem i wynajdując sobie powody do zmartwień. Syty i odwiedzający kościół w wyznaczonych terminach mógłbym przejść obok słów o miłosierdziu zupełnie obojętnie. Mojej ubogiej grzeszności wystarczały zabiegi całkiem kosmetyczne, jeżeli ja byłem grzeszny, to co dopiero tamten i ów. Aż pewnego dnia wkroczyłem w czas, który okazał się dla mnie wielkim postem, pustynią w środku życia, okresem ciężkiej próby. Najpierw pojawiły się sytuacje, które odarły mnie z pozłoty, wszystkich miłych wyobrażeń o sobie. Stałem się bezrobotny i zacząłem doświadczać najrozmaitszych upokorzeń i braków, łącznie z tymi podstawowymi, o których już prawie zapomniałem. Frustracja narastała z dnia na dzień, błąkałem się po ulicach niepotrzebny, pełen wewnętrznego chaosu. Byłem gotów pójść na liczne kompromisy, jeżeli tylko dzięki temu udałoby mi się odzyskać dawną stabilizację. Wybuchałem gniewem przy lada okazji, raniłem najbliższych i samego siebie. Moja modlitwa stawała się krzykiem rozpaczy, diabeł grał na mnie, jak chciał, a ja tonąłem w odmętach czarnych myśli. Potem przyszła bezsenność, czterdzieści albo i więcej nieprzespanych nocy, podczas których przypominałem sobie rozmaite sytuacje ze swojego życia — z dzieciństwa, młodości. Moja wybiórcza pamięć wyparła je poza granice dotąd obowiązującego kanonu wspomnień. Okropne było zdać sobie sprawę z faktu, że to, co wtedy działo się ze mną, miało tak głębokie korzenie. Zrozumiałem, że zło tkwiło we mnie przez cały czas, byłem niegodziwcem, który wielokrotnie zasłużył na śmierć. Nie umiałem tego nazwać inaczej. Ktoś, kto zna moją skłonność do przesady, powie — „z pewnością byłeś zbyt surowy”. Nie wiem. Nie mnie to oceniać. Zrobiłem solidny rachunek sumienia. Świadomość własnej grzeszności — ta moja wielka, wielka bieda — zbliżyła mnie do ludzi, którymi wcześniej, co tu dużo mówić, skrycie pogardzałem, z którymi nie czułem łączności, bo postąpili krok, dwa, dziesięć dalej, bo wykorzystali okazję, której ja nie miałem, bo zbłądzili, gdy mnie ktoś w porę ostrzegł i zawrócił.

 Potem przyszła choroba, ponad rok leczenia, dziesiątki konsultacji i diagnozy przyprawiające o rozstrój żołądka, setki lekarstw, dni odmierzane łykaniem tabletek. Chudnięcie, ból, strach. Świadomość własnej kruchości, życie, w którym każdy dzień bez dolegliwości staje się świętem. Nie widziałem dla siebie ratunku. Widziałem własną śmierć i była ona niewymownie smutna. Nie udawało mi się zebrać własnych słów w modlitwę, dlatego zacząłem się modlić słowami Boga. Zanurzyłem się w modlitwie jak w chrzcielnej wodzie. Różaniec, który dotąd był dla mnie dziwacznym rekwizytem ubiegłowiecznej religijności, stał się moją bronią w walce ze złymi myślami. Odnalazłem go i przytuliłem do serca. Modliłem się o miłosierdzie. Później była wyprawa na wschód i powtarzane tam bez końca wołanie: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Tylko tyle.

 Tego wszystkiego było mi trzeba, abym usłyszał głos Papieża wyraźnie, wyraźniej niż kiedykolwiek. Gdybym nie przeżył tego, co przeżyłem, pozostałbym głuchy i ślepy. Bóg był łaskawy — przygotował mnie na tę okoliczność. Codziennie Mu za to dziękuję. Błogosławieni ci, którzy nie mieli takich doświadczeń, a usłyszeli. Ja, grzesznik, nie mam nic na usprawiedliwienie swoich postępków, nie myślę, abym był jedyny, żyłem przecież wśród ludzi w świecie, którego nieprawości akceptowałem, budowałem swój dom w Sodomie i Gomorze lub na obrzeżach tych miast, jak większość. Dla takich jak ja miłosierdzie jest ostatnim ratunkiem. Słowa Ojca Świętego usłyszała moja dusza, zrozumiałem je tak: jeżeli teraz nie wskoczysz na pokład Piotrowej łodzi, może odpłynąć bez ciebie. Trąba zagrzmiała i nikt nie może powiedzieć, że nie słyszał jej głosu, w Polsce i na świecie w jednym czasie Bóg objawił swojemu ludowi drogę ku zbawieniu. To niewiarygodne, wielkie i cudowne. Otrzymaliśmy świętą siostrę Faustynę, w Hiszpanii i we Włoszech głosiła miłosierdzie siostra Speranca, na Filipinach usłyszały słowa o miłosierdziu miliony. Nie obchodzi mnie, co zrobią ze słowami Papieża politycy, mało się zastanawiam nad tym, jak komentują wizytę prasa i telewizja. Nie chcę tego przepuszczać przez sito. To słowa dla mnie, dla ciebie. Mam porzucić lęk i zaufać Panu. Chociaż grzeszny, mogę zostać zbawiony dzięki Bożemu Miłosierdziu. To radosna nowina — prawdziwa Ewangelia dla tych, którzy myślą o sobie jak najgorzej, tak było na początku, tak jest i teraz, czas zatoczył koło. Zostaliśmy zaproszeni do Pańskiego stołu, my, grzesznicy dotąd zuchwali, złodzieje i szubrawcy, obdartusy uliczne, poniżający i poniżani, pozostający w sidłach nałogu, bezgranicznie zagubieni, tragicznie cierpiący. Mój Boże, to dzieje się naprawdę — ostatni mogą stać się pierwsi. Gorszące wielu słowo — o miłosierdziu — przywołuje marnotrawnych synów do powrotu, łotrom i celnikom otwiera bramy nieba. Mnie wybaczono wiele, nie zamierzam milczeć, byłem umarły i wróciłem do życia, każdy dzień, który pojawia się przede mną, jest darowany.

Podczas tamtych niezwykłych dni niewiele poruszaliśmy się po okolicy, za to codziennie wypływaliśmy łodzią rybacką na środek jeziora, które było pod bokiem. Uczyliśmy się zachowywać równy rytm wioseł i jak po sznurku docierać do wybranego miejsca bez lawirowania w prawo i lewo. Nieporadność pierwszych rejsów niebawem poszła w zapomnienie, strach pozostawialiśmy na przystani, powierzając swój los Bożej Opatrzności, która nad wszystkim czuwa. Ustawiając dziób na falę albo płynąc z prądem, radowaliśmy się z pokonywania przestrzeni tak w dzień, kiedy słońce opalało nasze twarze, jak i nocą, gdy światło księżyca pozwalało nam odnaleźć ukrytą w ciemnościach przystań. — Wypłyńcie na głębię — powiedział do nas Chrystus. — Nie lękajcie się — przekonywał, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy, co znaczy czuć pod stopami chybotliwy pokład, jaką radość daje moment, gdy odwiązuje się łódź od cumowniczego kołka. W sieci łowiliśmy gwiazdy i obłoki, blaski ognisk na brzegach po zmierzchu, kaczki, a nawet nietoperze. Bogaci we wrażenia zasypialiśmy zdrowo na łóżkach, które do świtu bujały się z nami miarowo. Przywiązaliśmy się do naszych wioseł, na ławkach szerokich i mocnych wygrzaliśmy swoje miejsca, z burtami po cichu związaliśmy się przymierzem na dobre i złe. Rozmawialiśmy o naszych codziennych połowach, doświadczaliśmy prawdy, że połów ogromny zdarzyć się może wszędzie, gdzie tylko wskaże Boża ręka, ot, choćby na małym jeziorze, tak małym, że nikt jak dotąd nie nadał mu nazwy. Nasze Genezaret — tak mówiliśmy o nim — okrągłe oko błękitu zwrócone ku niebiosom. My w środku, w łodzi Piotrowej, czekaliśmy, aż Chrystus przyjdzie do nas, wędrując po falach, już wkrótce, niedługo. Dzień miłosierdzia został nam ofiarowany. Bóg jest łaskawy.

Dzień miłosierdzia
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....