Dred Scott wraca!

Dred Scott wraca!

O sprawie sądowej Dreda Scotta amerykańskie dzieci uczą się w szkołach. Polskiemu czytelnikowi historia nie jest prawdopodobnie znana, więc przypomnijmy ją w skrócie: Murzyn Dred Scott był niewolnikiem należącym do Jana Emersona, lekarza armii amerykańskiej. Emersona, jako wojskowego często przenoszono służbowo z miejsca na miejsce, a ten zabierał zawsze swojego niewolnika ze sobą. Dred Scott mieszkał więc kilka lat w stanie Illinois, w którym niewolnictwa nie było, a potem na terytorium Wisconsin (wtedy nie miało ono jeszcze praw stanu), również nieuznającym niewolnictwa.

Nie wiem, jakim człowiekiem był dr Emerson, ale najwyraźniej nie traktował swojego niewolnika źle, skoro ten mieszkał z nim w stanach wolnych, skąd mógł bez problemu uciec i tego nie zrobił.

Gdy Jan Emerson zmarł, Dred Scott stał się własnością spadkobierców doktora z Południa. Ci nie traktowali go dobrze i Murzyn wytoczył przeciwko nim sprawę sądową, domagając się uznania go za człowieka wolnego, z racji tego, że kilka lat mieszkał na terenach nieuznających niewolnictwa. W stanach południowych zdarzały się już wcześniej takie sprawy i sądy dla świętego spokoju były skłonne uznawać skarżących się Murzynów za ludzi wolnych. Jednak w tym przypadku odmówiono uznania Scotta za wolnego. Nastąpiły kolejne apelacje i po trwającym prawie 10 lat procesie sprawa Dreda Scotta trafiła do Sądu Najwyższego. W prowadzeniu sprawy Scottowi pomagali przeciwnicy niewolnictwa z Północy, on sam był analfabetą.

Dzień, w którym Sąd Najwyższy ogłosił swoją decyzję, stanowi czarny moment w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Sąd uznał, że niewolnik nie jest osobą i dlatego nie może reprezentować sam siebie w sądzie. Jego sprawa została oddalona.

Gdyby sąd ograniczył się tylko do tego, wyrok nie odbiłby się echem. Jednak w drugiej części orzeczenia sąd stwierdził, że prawo zakazujące niewolnictwa na Północy jest sprzeczne z konstytucją.

Rozumowanie było następujące: terytoria północne — takie jak Wisconsin — zakazują niewolnictwa na mocy tak zwanego „kompromisu Missouri”, czyli umowy między stanami północnymi i południowymi, która ustalała, że na terenach leżących na północ od równoleżnika 36 stopni 30 minut ma nie być niewolnictwa. Przypuśćmy jednak, że ktoś posiada niewolników na Południu. Jego niewolnicy stanowią prywatną własność uznaną prawnie przez państwo i ono na mocy konstytucji jest zobowiązane do jej ochrony. Teraz powiedzmy, że ten człowiek przeprowadza się z niewolnikami na Północ. Nagle, w momencie przekroczenia umownej linii demarkacyjnej, niewolnicy przestają być jego własnością, czyli jego własność zostaje mu przez państwo skonfiskowana, a prywatnej własności (poza szczególnymi wyjątkami wymienionymi w konstytucji) konfiskować nie wolno. Gdy sąd ogłosił decyzję, w kraju zawrzało. W stanach północnych tylko mniejszość ludzi traktowała niewolnictwo jako zło, które trzeba obalić bez względu na koszta. Większość uważała je za instytucję niemoralną, ale nie sądzili, że mają prawo narzucać odległym stanom południowym swój punkt widzenia siłą i gotowi byli nie wtrącać się w ich prawa pod warunkiem, że nie będzie się próbować wprowadzać niewolnictwa na Północy. Tymczasem werdykt sądu oznaczał dokładnie to: właściciel niewolników z Południa może kupić gospodarstwo na Północy i przeprowadzić się tam z niewolnikami — i będzie to legalne!

Północ otwarcie zbojkotowała wyrok sądu, Południe — na co złożyły się też inne czynniki — odpowiedziało secesją, doszło do wojny domowej. Kilka lat później, kiedy poległo pół miliona ludzi, Południe zostało pokonane, niewolnictwo zniesione, a Kongres uchwalił dwie poprawki do konstytucji, które unieważniły decyzję w sprawie Dreda Scotta: XIII zniosła niewolnictwo, a XV dała byłym niewolnikom prawa wyborcze.

Dla porządku dodajmy dla zainteresowanych: choć sam Dred Scott przegrał swoją sprawę sądową, to jego właścicielka podarowała go innej rodzinie, która nie uznawała niewolnictwa i uwolniła go. Zmarł jako człowiek wolny.

Tyle tytułem długiego wstępu. Prasa doniosła niedawno o Patrycji Roush bezskutecznie walczącej o odzyskanie swoich córek przetrzymywanych w Arabii Saudyjskiej. Historia wygląda tak: pani Roush, Amerykanka, wyszła w Ameryce za mąż za Saudyjczyka i miała z nim dwie córki. Małżeństwo się rozpadło i pani Roush zaczęła dzieci wychowywać sama. Gdy miały odpowiednio trzy i siedem lat, tatuś porwał je i uprowadził do Arabii Saudyjskiej. Od tej pory minęło 16 lat i pani Roush wciąż walczy o odzyskanie córek. Gdy domagała się od amerykańskiego Departamentu Stanu, aby drogą dyplomatyczną podjął starania o ich wydanie, gdyż są przetrzymywane wbrew ich woli w Arabii Saudyjskiej, usłyszała: — Dzisiaj pani córki są pełnoletnie, tak? — Tak — odpowiedziała. — Mogą więc decydować same za siebie, czy chcą żyć w Ameryce, czy w Arabii.

— Otóż właśnie, na tym cały problem polega: nie mogą decydować — odpowiedziała pani Roush. — Mimo że są pełnoletnie, zgodnie z saudyjskim prawem nie mogą ani wyjechać z kraju, ani nigdzie podróżować, ani podejmować żadnych decyzji bez zgody prawnego opiekuna.

Departament Stanu odpowiedział, że stanowisko rządu amerykańskiego brzmi następująco: jej córki przebywają w Arabii Saudyjskiej i w związku z tym podlegają prawu saudyjskiemu, nawet jeżeli posiadają obywatelstwo amerykańskie. Władze USA nie będą w ich sprawie wywierać żadnych nacisków.

Jest to oczywista demagogia i mydlenie oczu. Jeżeli jakaś kobieta dobrowolnie przeprowadzi się do Arabii, to sama jest sobie winna, musi podlegać tamtejszemu prawu. Również ludzie urodzeni w Arabii podlegają tamtemu prawu i nic Stanom Zjednoczonym do tego. Jednak przypadek córek pani Roush jest inny: są obywatelkami USA, nieurodzonymi w kraju muzułmańskim, uprowadzonymi z rodzinnego kraju wbrew swojej woli i bez zgody prawnego opiekuna (tzn. matki) i przetrzymywanymi w Arabii Saudyjskiej po uzyskaniu pełnoletności, wbrew własnej woli. Czym ta sytuacja różni się od prawnej definicji niewolnictwa?

Pani Roush o swoje córki walczy od lat. Bez skutku. Władze USA nie chcą jej pomóc, twierdząc uparcie, że z ich punktu widzenia córki podlegają prawu saudyjskiemu. W rzeczywistości pewnie chodzi o to, że nikt nie chce zadzierać z szejkami.

Po atakach na WTC Arabia Saudyjska ze względu na niejasną postawę wobec terroryzmu znalazła się pod obstrzałem prasy. Dla pani Roush była to szansa. Udało jej się doprowadzić do przesłuchań w Kongresie poświęconym kobietom, obywatelkom amerykańskim, wbrew woli przetrzymywanym w Arabii. Okazało się, że istnieje kilkadziesiąt takich udokumentowanych przypadków, na ogół podobnych do historii córek pani Roush. Najczęściej dotyczą kobiet wywożonych do Arabii przed uzyskaniem pełnoletności i przetrzymywanych tam pomimo osiągnięcia przez nie dorosłości. Rodziny tych dzieci od lat walczą o ich odzyskanie i od lat amerykańska dyplomacja odmawia udzielenia im pomocy.

Były i takie przypadki, kiedy tatuś uprowadził do Arabii swoje córki, a gdy mama zaczynała się domagać ich oddania, na złość mamie wydawał je za mąż. Oczywiście same zainteresowane nie miały nic do gadania. Zdarzyła się historia zakończona połowicznym happy endem: matka zdołała jedną ze swoich dwóch córek przeszmuglować z Arabii do Bahrajnu, a stamtąd do Ameryki. Tatuś w odwecie drugą wydał za mąż.

Komisja Kongresu wysłuchała zeznań i wezwała rząd do wywarcia na Saudyjczyków presji, aby zgodzili się owe kobiety wypuścić. Jaka będzie reakcja obecnej administracji, nie wiadomo. Jasne jest tylko, że Saudyjczycy Amerykanek nie wydadzą, jeżeli nie zostaną do tego zmuszeni.

Oczywiście, w dawnych dobrych czasach, czyli w końcu wieku XIX, rząd doskonale wiedziałby, co czynić: do kraju, którego kacyk ośmieliłby się uwięzić bezprawnie Europejczyka czy Amerykanina, posłano by kanonierki z ultimatum: „Albo do godziny takiej a takiej więźniowie znajdą się na pokładzie, albo nauczymy was szacunku dla prawa”. No, ale wtedy władze wiedziały, że ich obowiązkiem jest zapewnienie bezpieczeństwa swoim obywatelom, a nie czapkowanie szejkom.

Niestety, dzisiaj opinia publiczna jest tak otumaniona, że o posłaniu kanonierek mowy nie ma. Jeżeli ktoś, przedstawiając historię owych amerykańskich kobiet, zacznie hamletyzować: „To strasznie skomplikowana sprawa… Nie możemy jej zbytnio upraszczać za pomocą łatwych schematów… Musimy postarać się zrozumieć saudyjski punkt widzenia… Inne kultury mają inne wartości… Nie możemy naszych wartości narzucać innym…”, zostanie uznany za Wielki Autorytet Moralny i Orędownika Dialogu Między Kulturami. Gdyby jednak ktoś powiedział: — Co niby jest tu niejasne? Wszystko jest proste jak drut: nie ma absolutnie żadnej racji, dla której kobieta amerykańska urodzona w XX wieku może być wbrew swojej woli uprowadzona i więziona w kraju żyjącym według praw wymyślonych przez fałszywego proroka z wieku siódmego! — to autor takiej opinii zostanie wyzywany od faszystów.

Zapyta ktoś: ale skąd wiemy, że kobiety, o które toczy się walka, chcą wrócić do Ameryki? Może im w Arabii dobrze i niepotrzebnie kruszymy kopie. Słusznie. Głosem rozsądku był komentarz w dzienniku „Washington Times” domagający się od władz, aby wymusiły na Saudyjczykach zgodę na to, aby każda z porwanych kobiet została doprowadzona do ambasady USA i bez saudyjskich opiekunów złożyła oświadczenie, czy chce wrócić do Ameryki, czy nie. Ich decyzja powinna być ostateczna. Jak na razie Saudyjczycy o czymś takim nawet nie chcą słyszeć.

Tekst niniejszy pisałem latem 2002. We wrześniu, na krótko przed wysłaniem go do drukarni, Saudyjczycy dokonali nieoczekiwanej wolty i zgodzili się na spotkanie córek pani Roush z amerykańskim dziennikarzem, zaznaczając jednak, że nie zgadzają się na ich spotkanie z matką i że w spotkaniu muszą brać udział saudyjscy przedstawiciele firm public relations dbający o wizerunek królestwa w zachodnich mediach. W podjęciu decyzji zapewne pomogła im wiadomość, że Kongres ma zamiar wysłać do ich kraju specjalną delegację mającą zająć się sprawą uprowadzonych kobiet. W czasie tego spotkania córki oświadczyły, że nie chcą spotkać swojej matki i nie mają zamiaru wracać do Ameryki, bo im w Arabii dobrze.

Wywołało to zrozumiałą konsternację i w chwili, gdy poprawiam artykuł przed ostatecznym wysłaniem go do redakcji, trwają dyskusje między panią Roush, która twierdzi, że jej córki zostały zastraszone i nie należy zwracać na ich oświadczenie uwagi, dopóki nie powtórzą go na terenie amerykańskim, bez obecności saudyjskich opiekunów, a dziennikarzem, który z owymi córkami rozmawiał i który uważa, że przeszły one pranie mózgów tak, że dziś nie są zdolne do jakiegokolwiek samodzielnego myślenia. Nie oceniam, kto ma rację, przypominam jednak, że nawet gdyby okazać się miało, że córki pani Roush chcą faktycznie dobrowolnie w Arabii pozostać, to w żadnym wypadku sprawa nie jest zakończona. Istnieje jeszcze kilkadziesiąt innych kobiet znajdujących się w podobnej sytuacji i wszystkie powinny kolejno mieć możliwość przybycia do Ameryki — bez saudyjskich opiekunów — i złożenia deklaracji, gdzie chcą mieszkać. Te, które chcą dobrowolnie wrócić, niech wrócą, te, które chcą się z Arabii wydostać, powinny mieć taką możliwość.

Teraz wróćmy do sprawy Dreda Scotta. Jego proces uświadomił mieszkańcom Północy USA, że nie można zajmować stanowiska kompromisowego: „Uważam niewolnictwo za niemoralne i nigdy nie będę miał niewolników, ale nie sądzę, abym miał prawo swoje przekonania narzucać plantatorom z Południa”. Okazało się, że jeżeli się zarazy niewolnictwa nie wytępi do końca, to wcześniej czy później przeniesie się ona również do stanów wolnych.

Stanowisko Departamentu Stanu w sprawie uprowadzonych kobiet brzmi: podlegają one prawu saudyjskiemu. W praktyce oznacza to, że są własnością swoich mężów lub prawnych opiekunów, którzy mogą z nimi robić, co chcą.

Wyobraźmy więc sobie, że prawny opiekun jednej z takich kobiet przybywa z nimi do USA, a one mu uciekają. Albo weźmy przykład owej kobiety, która uciekła z Arabii Saudyjskiej przez Bahrajn do USA. Powiedzmy, że jej opiekun przybywa do Ameryki i domaga się od władz amerykańskich wydania uciekinierki. Czy Stany Zjednoczone mają je im wydać? Naiwny powie: nie, bo XIII poprawka do konstytucji zakazuje niewolnictwa.

Przeczytajmy jednak tę poprawkę uważnie: ona tylko zakazuje pracy przymusowej i niewolnictwa na terenie USA. Jeżeli ktoś chce obywatela amerykańskiego trzymać w niewoli w Arabii Saudyjskiej, to poprawka ta nie ma nic do rzeczy!

Powtórzmy rozumowanie sądu ze sprawy Dreda Scotta. Pan Abdullah trzyma panią Mary, obywatelkę amerykańską, w Arabii. Pani uciekła do USA. Pan Abdullah domaga się od władz wydania jej, twierdząc że:

a) Na terenie Arabii jest ona jego własnością — i władze amerykańskie oficjalnie ją jako jego własność uznają — czego dowodem jest stanowisko Departamentu Stanu, że pani Mary musi podlegać prawu saudyjskiemu.

b) W momencie gdy pani Mary stawia stopę na amerykańskiej ziemi, władze USA uważają ją za osobę wolną. To oznacza, że skonfiskowały panu Abdullahowi jego prywatną własność, którą — powtórzmy jeszcze raz, bo to jest ważne — wcześniej oficjalnie uznały!

c) Konstytucja USA (IV poprawka) zakazuje konfiskowania prywatnej własności, czyli władze mają obowiązek panią Mary wydać, tym bardziej że punkt 3, paragraf 2, rozdział 4 konstytucji USA nakazuje stanom nieuznającym niewolnictwa wydawanie zbiegłych niewolników stanom niewolniczym. Jest to zapis martwy, gdyż poprawka XIII dawno zniosła niewolnictwo — ale tylko na terenie USA. Przez analogię: skoro w Arabii niewolnictwo jest de facto legalne (i rząd USA to uznaje), to władze USA powinny zbiegów wydawać Saudyjczykom.

Wbrew pozorom nie są to tylko rozważania teoretyczne — w rzeczywistości doszło już bowiem do precedensu. Podczas przesłuchań w Kongresie wyszło na jaw że przed paru laty Amerykanka, mieszkanka Arabii Saudyjskiej, zdołała uciec ze swoimi córkami z domu i przedostać się do ambasady USA. W swojej naiwności liczyła na to, że skoro zarówno ona, jak i jej córki mają obywatelstwo amerykańskie, to ambasada będzie musiała udzielić jej schronienia i azylu oraz umożliwić wydostanie się z saudyjskiego piekła. Myliła się: ambasador zastosował się do zasady, że prawo saudyjskie jest ważniejsze od amerykańskiego, i nakazał chroniącym placówkę żołnierzom piechoty morskiej usunięcie jej na ulicę, gdzie została aresztowana.

Skoro więc można w majestacie prawa wydać Saudyjczykom obywatela amerykańskiego znajdującego się na terenie ambasady amerykańskiej, to dlaczego nie wydać im kobiety z obywatelstwem amerykańskim (lub europejskim), która uciekła z Arabii na terytorium Ameryki (lub któregoś z państw europejskich) — jeżeli tylko Saudyjczycy wystąpią z takim żądaniem?

Twierdzę, że wcześniej czy później do takiej lub podobnej sprawy sądowej dojdzie. I co wtedy zrobi sąd? Uzna, że wartości cywilizacji zachodniej — takie jak na przykład wolność jednostki — są uniwersalne i tym samym, że mamy je prawo narzucić innym, nawet siłą, jeżeli zajdzie taka potrzeba, czy też, że w imię dialogu międzyreligijnego i międzycywilizacyjnego musimy tolerować odmienność innych kultur, nawet jeżeli uważamy je za barbarzyńskie?

Dred Scott wraca!
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....