Szkiełko

Od razu go znielubiłam: przemądrzalec! Sam nie potrafi, to i drugim, lepszym od siebie, umiejętności odmawia; typowy krytyk zawodowy. Co prawda ze zdjęcia na okładce spoglądał człowiek myślący i nawet sympatyczny, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że to złudzenie. Jak może być sympatyczny ktoś, kto z całą powagą wmawia publice, że największe dzieła malarskie świata powstały w wyniku zabiegów, które można by nazwać szarlatanerią, a już przynajmniej: technicznym kruczkiem? Ileż trzeba pychy i ignorancji – myślałam sobie, siedząc na ławeczce pod krzakiem kwitnącego bzu – by utrzymywać, że Vermeer, van Eyck, Caravaggio, Ingres, Hans Holbein i inni wielcy, celem podparcia swych umiejętności używali w sekrecie (ściśle, notabene, strzeżonym) przyrządów optycznych, takich jak camera obscura, camera lucida i zwierciadło wklęsłe. Twierdząc tak, ten zarozumialec stawia na głowie całą historię sztuki i odbiera nam wiarę w geniusz naszych ulubionych twórców! Nieszczęsny zawistnik nękany manią wielkości i kąsający po piętach prawdziwych kolosów! – oto, jakie inwektywy miotałam, wzburzona, pod adresem Davida Hockneya, autora księgi Wiedza tajemna – sekrety malarskie dawnych mistrzów.

Ale w miarę zagłębiania się w treść książki (jest to właściwie album, pięknie wydany przez Universitas, wypełniony fascynującym materiałem ilustracyjnym i zajmującym tekstem) uprzedzenia moje z wolna topniały. Autor okazał się jednak nie krytykiem zawodowym, lecz malarzem, rysownikiem i fotografem. Przykłady jego własnej twórczości nie budzą, co prawda, entuzjazmu, z racji wyraźnych niedostatków talentu oraz braku umiejętności w zakresie rysunku realistycznego (Hockney, kojarzony ze sztuką popartu, uchodzi za współtwórcę angielskiego postmodernizmu i żeby narysować portret realistyczny, musi niestety użyć rzutnika lub soczewki). Lecz przecież nie można mu odmówić pasji i dociekliwości. Wywód prowadzony na kartach Wiedzy tajemnej bardzo szybko zaczyna przekonywać swoją rzetelnością i bogactwem dowodowym. Hockney raczej nie umie malować, lecz z całą pewnością potrafi patrzeć i widzieć, opowiadać o tym, co ujrzał, i wyciągać z tego sensowne wnioski. Potrafi też myśleć syntetycznie i odkrywczo i odnosić istotę swoich odkryć, w sposób zgoła nieoczekiwany, do dziedzin całkiem odległych od malarstwa.

Owładnięty badawczą pasją, Hockney rozpoczął eksperymenty z użyciem przyrządów optycznych – różnych kombinacji soczewek i zwierciadeł – rzutujących obraz obiektów trójwymiarowych na płaską powierzchnię kartonu czy płótna. Krok po kroku, z pasją i intuicją, odtwarzał drogę, jaką przebyli dawni mistrzowie od chwili zastosowania zwierciadeł i soczewek. Po raz pierwszy przedmioty te pojawiają się – wyraźnie odmalowane – na obrazach Jana van Eycka i Roberta Campina, wiemy więc na pewno, że znane były w latach trzydziestych XV wieku (rzecz ciekawa, w tym czasie malarze i wytwórcy luster byli członkami tego samego cechu!).

Obecność przyrządów optycznych w pracowniach malarzy zbiega się – nieprzypadkowo, zdaniem Hockneya – z narodzinami zindywidualizowanego portretu w sztuce i z postępującym od XV do XIX wieku dążeniem do coraz większego naturalizmu. Nie był to, w dodatku, proces stopniowy. Obraz o cechach „optycznych”, mocno naturalistyczny, pojawił się z nagła i od samego początku był spójny i kompletny. Cechuje się on obecnością światłocienia (silne oświetlenie obiektu portretowanego umożliwia przeniesienie jego obrazu na płótno za pomocą zwierciadła wklęsłego czy soczewki), a przy całym intensywnym realizmie i „migawkowości”, przestrzeń w nim wydaje się „nierzeczywista”, kompozycja – niezgodna z prawami perspektywy linearnej, częstokroć w dramatycznych różnicach skali.

Pod koniec uważnej lektury Wiedzy tajemnej stwierdzamy z ulgą, że jednak, przy dość powszechnym użyciu technik optycznych, geniusz pozostał geniuszem, zaś chałturnik – chałturnikiem. Ten ostatni upajał się mechanicznym tworzeniem obrazów naturalistycznych, ten pierwszy – używając optycznych ułatwień, przekraczał nieuchwytną granicę, odmalowując rzeczywistość nie tylko zewnętrzną, lecz także tę tajemniczą prawdę wnętrza, która znajduje się poza słowami, pomiędzy nutami i poza płótnem.   Oglądając reprodukcje wielkich dzieł malarskich, inteligentnie zestawione przez Hockneya w jego książce, dość szybko sami zaczynamy dostrzegać istotne różnice pomiędzy widzeniem malarskim a „soczewkowym”, dajemy się wciągnąć w tę tropicielską pasję i musimy, chcąc nie chcąc, we wszystkim przyznać rację autorowi. Zwłaszcza, że swój wywód kończy on postawieniem pytań, dotyczących współczesności.

Przez ponad czterysta lat – dowodzi Hockney – artyści używali przy pracy soczewek. Po wynalezieniu fotografii (1839) następuje rozkwit malarstwa awangardowego, biorącego rozbrat z soczewką; są to narodziny sztuki nowoczesnej, „niezgrabnej”, szorstkiej, oferującej alternatywne sposoby widzenia. Jednocześnie rozwija się inna „soczewkowa” sztuka – filmowa, uchodząca za najżywszy z możliwych sposobów ukazywania rzeczywistości; około roku 1930 jest już wszechobecna i staje się obiektem zainteresowania wielkich tyranów, jak Hitler, Stalin czy Mao. Co ciekawe, występują oni z najpoważniejszymi atakami wobec sztuki nowoczesnej, domagając się od artystów tworzenia obrazów naturalistycznych, dosłownych, niepozostawiających miejsca na domysły czy interpretacje. Niewątpliwie sztuka realistyczna ma służyć propagandzie i konsolidacji ich władzy. „Jest to także okres najbardziej krwawych konfliktów światowych, o niespotykanej dotąd skali. Czy te sprawy są powiązane? Kontrola nad mediami miała z pewnością istotne znaczenie dla ludobójstwa” – konkluduje Hockney. „Czy soczewka ma jakiś związek z władzą?” – pyta dalej naiwnie nasz dociekliwy autor, który w latach po II wojnie światowej żył z dala od realnego socjalizmu, jego kronik filmowych i Dziennika Telewizyjnego. „W ślad za soczewką władza nad społeczeństwem przeniosła się do mediów – odkrywa. – Mamy teraz kolejną rewolucję. Wyprodukowano miliony nowych kamer (dzisiaj nawet w telefonach) i zmienia się metoda rozpowszechniania obrazów”.

– Ba! – mruczy sobie pod nosem ironiczny czytelnik, zakończywszy lekturę Wiedzy tajemnej, skądinąd bardzo żywo i ciekawie napisanej. – Zuch z ciebie, Davidzie Hockneyu, nie jesteś ty jednak zawistny, ale teraz powinieneś poczytać dla odmiany baśń Andersena Królowa śniegu. Cichy ten poeta przeczuł, jako pierwszy, powstanie telewizji. Nie wierzysz, Davidzie? A cóż to było za lustro, „które posiadało tę właściwość, że wszystko dobre i ładne, co się w nim odbijało, rozpływało się na nic, a to, co nie miało żadnej wartości i było brzydkie, występowało wyraźnie i stawało się jeszcze brzydsze? (…) Skoro tylko przez głowę człowieka przeleciała jakaś zacna, dobra myśl, już twarz w lustrze wykrzywiała się, a diabełczarownik śmiał się ze swojego sprytnego wynalazku. Wszyscy, którzy chodzili do szkoły diabła (…) uważali, że dopiero teraz będzie można dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda świat i ludzie. Biegali wszędzie z lustrem i w końcu nie było ani jednego człowieka, ani jednego kraju, który by nie został w nim opacznie odbity”.

W końcu, jak wiemy, diabli wraz ze zwierciadłem polecieli zbyt wysoko.

Ale to już zupełnie inna historia.

Szkiełko
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....