Wiara jak kropla wina

Wiara jak kropla wina

, 0 recenzji

Jeśli chciałby pan znaleźć jakąś część odpowiedzi na to, co myśleć o Gidlach i o tych, którzy tu przyjeżdżają, warto zadać sobie pytanie: Czy przyszedłby pan tutaj z sobą samym, gdyby zawiodły wszystkie inne środki?

1.

Na wysokiej balustradzie szereg ampułek z przezroczystym płynem. Długa kolejka ludzi. Dwóch mężczyzn w białych habitach ledwie nadąża z „obsługą”. Kilka minut temu skończyło się Nabożeństwo o uzdrowienie. Obok tych, którzy przyjechali tu tylko z ciekawości, jest wielu chorych i cierpiących, osoby po chemioterapii, na inwalidzkich wózkach – wszyscy w oczekiwaniu na gidelskie wino.

2.

W marcu 2006 roku onkolodzy ze szpitala przy ul. Płockiej w Warszawie wykryli u Jerzego Ciemniewskiego złośliwy nowotwór prawego płuca. Wziął do ręki różaniec. Z prośbą o modlitwę pojechał również do Gidel. Jadąc do sanktuarium, przywiózł Matce Bożej różę. Przed Jej ołtarz zaniósł ją, idąc na kolanach. Błagał o życie. Wyjeżdżając, zabrał ze sobą gidelskie wino. W lutym tego roku podczas Nabożeństwa o uzdrowienie, składając swoje świadectwo, Jerzy Ciemniewski mówił:

– Pijąc uświęcone Twoim dotknięciem gidelskie wino, czułem przy sobie Twoją bliskość. Ty, Maryjo, pozwoliłaś na pomyślne wykonanie operacji. Dziś dziękuję Ci za to, że żyję, że odzyskałem zdrowie i po niedługiej rehabilitacji mogłem wrócić do pracy zawodowej. Gidelska Królowo, stoję ponownie przed Tobą i w najniższym ukłonie, z gorącym sercem pragnę złożyć u Twoich stóp ten skromny dar. Jest to róża, którą wykonałem dla Ciebie z metalu. Dziękuję Ci, Matko, za siłę, która pozwoliła mi wziąć do ręki kowalski młot i wykuć dla Ciebie ten niewiędnący kwiat.

Róża wykuta przez Jerzego Ciemniewskiego znalazła się jako wotum w Kaplicy Matki Bożej. Są tam również dwie kule, zostawione przez 15–letniego dziś Michała, jako dowód uzdrowienia z choroby martwicy jałowej kości udowej. Beata i Dariusz Nowodworscy, rodzice chłopca – oboje są lekarzami – o Gidlach dowiedzieli się od swoich pacjentów. Polecano im je jako miejsce cudownych uzdrowień. – Pojechaliśmy do Gidel z pielgrzymką, prosić o zdrowie dla naszego syna. Modliliśmy się gorąco, daliśmy Michałowi gidelskie wino, odmawialiśmy modlitwę z obrazka Matki Bożej Gidelskiej. Ten obrazek stał się dla nas symbolem obecności Maryi wśród nas. Niejednokrotnie przeżywaliśmy chwile rozterek, chwile słabości. Wiara jednak pozwoliła nam przetrwać długi okres choroby syna w sposób zadziwiający – mówią rodzice Michała.

Zofia Miksa o gidelskim winie dowiedziała się od swojej znajomej, której dziecko chorowało kiedyś na białaczkę. Kiedy lekarze nie dawali już żadnej nadziei, ktoś przekazał jej wino, w którym zanurzona była cudowna figurka. Kobieta podała je chorej córce. – Nasza znajoma – mówi Zofia Miksa – zawsze podkreśla, że tylko dzięki temu, iż życzliwe osoby podpowiedziały jej, by zwróciła się o pomoc do Matki Bożej Gidelskiej, jej dziecko żyje. Kiedy dowiedziała się o chorobie mojej wnuczki Ani, która od wielu lat zmagała się z bardzo poważną chorobą nerek, przekazała również i dla niej gidelskie wino. Z tym winem Zofia Miksa wraz ze swoją córką pojechały do szpitala i podały je dziewczynce. Tego dnia Ania bardzo źle się czuła, nie chciała nawet podnieść się z łóżka. – Po modlitwie i podaniu wina wstała, przytuliła się do mnie i pobiegła bawić z dziećmi – dodaje babcia Ani.

Na ogół zaostrzenia choroby u Ani pojawiały się wtedy, kiedy dziewczynka przechodziła jakąś infekcję. Obecnie, mimo że choruje na powszechne dolegliwości wieku dziecięcego, choroba nerek nie powraca. Dziś Ania Bogusławska wraz z mamą przyjeżdża co miesiąc do Gidel, by śpiewać w chórze dla Matki Bożej podczas Nabożeństw o uzdrowienie.

Najwięcej cudów odnotowano tu w latach 1620–1700. Ojciec Sieykowski, kronikarz tego miejsca, w dziele Dni roczne wydanym w Krakowie w 1743 roku informował:

Umarłych, wskrzeszonych do życia przez Marię na tem miejscu, było 31. Ślepym wzrok przywrócony 21. W różnych niebezpieczeństwach i przypadkach, tych co odebrali łaskę od Marii na tem miejscu było 236. Zebranych zaś cudów w książce, której tytuł Skarb wielki jest liczba 300.

Za „wezwaniem Cudownej Pani” powracały do świata żywych utopione dzieci czy stratowani przez konie ludzie. Świadectwem tamtych wydarzeń są wiszące w kaplicy liczne XVII– i XVIII–wieczne obrazki wotywne, które zawierają opis dokonanych cudów. Jak choćby ten z 1618 roku: „Kalixtus Piotr z małżonką, córkę swą, która w studnię wpadła, po kilku godzinach wydobytą już umarłą, przez przyczynę N.S.P. Gidelskiej do żywota przyprowadzili”. – To taki siedemnastowieczny Internet – mówi z uśmiechem kustosz sanktuarium, dominikanin o. Stanisław Gołąb. Każdy z wiszących tam 85 obrazków, podobnie jak dzisiejsza strona internetowa, informuje i zaprasza, by w najtrudniejszych chwilach swego życia zawierzyć się Maryi. – Zmienił się czas, ale Ona wciąż pozostała naszą najlepszą pomocą. Także i dziś, w XXI wieku – dodaje ojciec Stanisław – kilka razy w miesiącu przychodzą do klasztoru listy ze świadectwami doznanych uzdrowień, ludzie zamawiają Msze św. w swoich intencjach, przesyłają prośby, pojawiają się rodziny z podziękowaniem za uwolnienie od choroby. Osoby, które odkryją, że w malutkiej statuetce Matki Bożej jest ukryta wielka moc, przejeżdżają do Gidel po raz drugi, a potem liczby swoich pielgrzymek już nie liczą.

3.

Gidle – niewielka, położona 30 km od Częstochowy miejscowość przypomina małe, senne miasteczko. Kilka sklepów, szkoła, przedszkole, siedziba gminy, w centrum nieduży rynek i aż trzy kościoły. Najstarszy z nich to piękny drewniany, dawny kościół parafialny pod wezwaniem św. Marii Magdaleny. Drugi, wzniesiony w XVIII wieku jest pozostałością po pustelni kartuzów. Trzeci, najbardziej okazały, to klasztor oo. dominikanów pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej. Jego budowę rozpoczęto w 1612 roku, konsekrowano go w roku 1656.

– Matka Boża i to, co się tutaj dzieje, nie jest tematem tabu, nie można jednak powiedzieć, że żyjemy tym na co dzień. Ale nawet gdyby przyjechała tu tylko jedna osoba, która doznała uzdrowienia, to i tak byłoby dużo, bo te świadectwa ludzi naprawdę umacniają nas, mieszkańców Gidel, w wierze – mówi Jagoda Olszewska, siedemnastoletnia mieszkanka Gidel.

– A ludzie żyją tu bardzo normalnie. To czasami smutna wieś, w której niewiele się dzieje – dodaje Maria Knop, koleżanka Jagody. – Brakuje nam wielu rzeczy, chociażby dobrej, zwykłej kawiarni. Ale nie narzekamy, są przecież miejsca, gdzie jest dużo gorzej. – Przychodzimy do tutejszego kościoła bardzo często, ale często również nie zadajemy sobie sprawy, że mamy tu tak wielki skarb. Ludzie przyjeżdżają tu z różnych stron Polski, często pokonując setki kilometrów, a my mieszkamy w miejscu, które wybrała Matka Boża. Kiedy słuchałam ostatnio świadectwa o uzdrowieniu, które wypowiadała stojąca obok mnie starsza pani, było to dla mnie dużym przeżyciem. Pomyślałam sobie: Boże, to wszystko jest tutaj na wyciągnięcie ręki, a nie zawsze mamy tego świadomość. Ale cóż, jesteśmy zwykłymi ludźmi i nie będziemy święci tylko od tego, że mamy tu tę cudowną figurkę – podkreśla Maria Knop.

Największym skarbem tej świątyni, dla którego oprawy została wzniesiona, jest mała, zaledwie dziewięciocentymetrowa kamienna figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem, o której większość pielgrzymów, szczególnie ci, którzy przyjeżdżają tu po raz pierwszy, mówi między sobą – Za ładna nie jest.

Czyjego jest autorstwa, nie wiadomo. Jej historia rozpoczyna się w 1516 roku. W historycznych opracowaniach dotyczących tego miejsca można przeczytać:

Najstarsza tradycja podaje, że wiosną tego roku, tuż przed pierwszą niedzielą maja, gidelski rolnik Jan Czeczek orał swoje pole w miejscu, gdzie dziś wznosi się klasztorny kościół. Nagle, ku jego zdziwieniu, woły ustały w orce, a nawet miały uklęknąć. Nie pomogły przynaglania ani bicie. Wreszcie i sam rolnik zauważył niezwykłą jasność bijącą z ziemi, a wśród tej jasności „obrazek mały głazowy Najświętszej Panny, wielkości na dłoń, na kamieniu wielkim, który był wydrążony na kształt kielicha”. Swoje znalezisko potraktował jako skarb materialny. Figurkę zabrał do domu i ukrył na dnie skrzyni. Od tego momentu on i jego rodzina utracili wzrok. Wówczas to jedna pobożnych kobieta, która posługiwała Czeczkom w ich nieszczęściu, zainteresowała się nie tylko światłością bijącą ze skrzyni, ale również wydobywającym się stamtąd cudownym zapachem. Opowiedziała o wszystkim gidelskiemu proboszczowi i odtąd też rozpoczął się czas publicznej czci oddawanej Maryi w tym wizerunku.

Posążek obmyto z ziemi i przeniesiono do kościoła parafialnego. Wodą, która pozostała po obmyciu, Czeczkowie przetarli oczy i natychmiast odzyskali wzrok.

Na pamiątkę tych wydarzeń zachował się do dziś w Gidlach zwyczaj kąpiółki – obrzęd uroczystego zanurzania raz do roku figurki w winie, który odbywa się zawsze w pierwszą niedzielę maja i jest połączony z uroczystościami odpustowymi. Na pytanie, dlaczego Matkę Bożą zanurza się w winie, a nie np. w wodzie, która bardziej odpowiadałaby pamiątce tamtego zdarzenia, trudno dziś znaleźć odpowiedź. – W sprawach religijnych bardzo często, żeby wiele rzeczy czy obrzędów nie zostało pozbawione sensu, trzeba stworzyć jakąś opowieść bądź człowieka, który będzie łącznikiem dla tego typu historii – podkreśla Małgorzata, która przyjechała z pielgrzymką do Gidel.

– Z wykształcenia jestem matematykiem, uczę w szkole i bardzo sceptycznie podchodzę do wszystkiego, co ma w sobie jakiś pierwiastek cudowności – mówi Monika Bogusławska, mama Ani. – Wierzyłam w to, co zbadam i zmierzę. Dlatego też najbardziej wierzyłam w medycynę i lekarzy. To było dla mnie również blokadą w przyjęciu uzdrowienia. I pewnie gdyby nie to, że zawodziły już wszystkie środki medyczne, zupełnie inaczej spoglądałabym na to miejsce i to, co tutaj się dzieje. Trudno nam czasem dorasta się do przyjęcia tego, że Bóg ma wpływ na nasze życie.

4.

Na początku sławę cudownej figurki opowiadali pielgrzymi, którzy przez wieki po drodze na Jasną Górę nawiedzali Gidle. Wśród wiernych krążą opinie, że Matka Najświętsza z Jasnej Góry jest głównie lekarką dusz (nawrócenia), a z Gidel – lekarką ciał. Kiedy o. Gołąb, w wydawanym przy klasztorze biuletynie, zatytułował jedną z historii uzdrowień – Matka Boża Jasnogórska odesłała nas do Gidel – mówi, że trochę mu się za to dostało.

Od ponad dwóch stuleci szczególnie licznie przybywają tu pielgrzymki ze Śląska, rodzinnej ziemi św. Jacka. W tej rolniczej okolicy, w sanktuarium, gdzie czczony jest wyorany z ziemi wizerunek Maryi, w szczególności pamięta się o świętym, który miał podnieść przybite gradem do ziemi dojrzałe do żniw kłosy. Dlatego w dzień odpustu św. Jacka, 17 sierpnia, tuż po żniwach, gromadzą się tu miejscowi rolnicy, by dziękować za zebrane plony.

Od lat 70., kiedy tylko stało się to możliwe ze względów politycznych, do Gidel coraz częściej zaczęły przybywać autokary z pielgrzymami niemal z całej Polski. W 1998 roku zapisano w księgach sanktuarium prawie 2000 grup pielgrzymkowych, co oznacza, że gidelskie sanktuarium nawiedziło wówczas ponad 108 tys. pielgrzymów. Warto jednak wspomnieć, że to właśnie wtedy przypadała wielka uroczystość jubileuszu 75–lecia koronacji figurki. Wówczas również po wielu latach starań ojców dominikanów Kongregacja do spraw Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, na mocy papieskich uprawnień, wyniosła gidelskie sanktuarium do godności Bazyliki Mniejszej. Obecnie, z roku na rok pielgrzymów wciąż przybywa. Klasztorna furta coraz częściej otwierana jest dla różnych grup i wspólnot, zwłaszcza młodzieżowych, które odprawiają tutaj rekolekcje. Coraz częściej słychać o Gidlach jako o cudownym miejscu. To między innymi efekt promocji tego miejsca – stworzono stronę internetową sanktuarium, na której gromadzi się i opracowuje świadectwa uzdrowień.

– Te świadectwa umacniają i wzbogacają wiarę pracujących tu duszpasterzy. Są też niezwykle skutecznym argumentem, który pomaga przyjeżdżającym do nas pielgrzymom z pełnym zaufaniem powierzyć Matce Bożej swój problem – mówi o. Gołąb.

Gidle to jedno z niewielu miejsc, gdzie wystarczy zadzwonić do klasztornej furty i zgłosić chęć nawiedzenia kaplicy Matki Bożej, by pełniący stały dyżur któryś z zakonników otworzył nam kaplicę, odsłonił ołtarz z cudowną figurką i opowiedział historię tego miejsca.

Pielgrzymuje też sama Matka Boża. Nie licząc dwóch nieoficjalnych wypraw – raz do przymierzenia koron, tuż przed koronacją w 1923 roku, i po raz drugi, kiedy sporządzano kopię figurki – po raz pierwszy dwa lata temu figurka oficjalnie opuściła Gidle i pojechała na Lednicę.

5.

Są tacy, dla których to, co dzieje się w Gidlach, to cepelia i folklor, który otumania ludzi – takie poglądy ma również wielu duchownych, jednak niewielu chce o tym mówić otwarcie, bo jak podkreślają, jest to zbyt drażliwy temat. Zaszkodzić to nikomu nie zaszkodzi, a jeśli komuś ma rzeczywiście być łatwiej, to nikt nie ma prawa, żeby mu tę wiarę odbierać. Ojciec Czesław Bartnik, dominikanin, który pochodzi z Gidel, mówi: – Z reguły tacy już jesteśmy, że jeśli jakiś typ wrażliwości religijnej czy sposób jej przeżywania nie zgadza się z naszym spojrzeniem, to spoglądamy na drugich z pewnym politowaniem. Warto jednak pamiętać, że mamy tu do czynienia z prostą ludową pobożnością, co wcale nie znaczy, że gorszą. – I dodaje: – Można to jednak potraktować jako znak, przez który wielu ludziom jest bliżej do Boga. Proszę zwrócić uwagę na sakramenty. Tam też widzimy tylko jakieś znaki. W chrzcie św. jest to polanie wody, nałożenie białej szaty, w sakramencie pojednania znak krzyża, w małżeństwie złożenie sobie przysięgi. Dla osoby niewierzącej to wszystko też będzie miało wymiar jakiegoś magicznego rytu.

– Wszystko zależy od tego, gdzie się każdy z nas znajduje, na jakim jest etapie życia. Inaczej spogląda na to, co dzieje się w Gidlach, ten, kto jest zdrowy i niewiele mu potrzeba do szczęścia, a zupełnie inaczej ten, kto jest śmiertelnie chory – mówi o. Gołąb.

Obecny kustosz sanktuarium do Gidel przybył trzy lata temu, wcześniej pracował w klasztorze dominikańskim w Warszawie. W swojej pracy między tymi dwoma miejscami nie widzi żadnej różnicy. Potrzeba Boga jest taka sama w Warszawie, jak i w Gidlach. Może tylko droga do Niego jest nieco inna. – Nigdy w swoim kapłańskim życiu nie miałem tyle radości, co teraz, gdy mogę patrzeć i słuchać tych osób, które przychodzą tu opowiedzieć innym o miłości Boga – mówi dominikanin.

Pątnicy od wieków przychodzą do Gidel z prostą wiarą i… naczyniami z winem, w których będzie zanurzona święta figurka. Później zabiorą je do domów, by nacierać nim chore miejsca lub dodawać po kilka kropel do herbaty albo posiłku. Zdarza się nawet, że bezradne kobiety dolewają w ukryciu gidelskiego wina do wódki lub innych specyfików, które piją ich mężowie czy synowie, z wiarą, że Matka Boża pomoże im wyjść z alkoholizmu. Dla wielu jest to cudowny lek na wszystko, który leczy nawet choroby duszy. – Gdybym usłyszała o Gidlach jeszcze kilka lat temu, to mało by mnie to obeszło i chętnie bym sobie w tym miejscu poironizowała – mówi Daria. – Wywodzę się z domu, gdzie nigdy nie brakowało pieniędzy. Kiedy jako jedna z niewielu dostałam się na Akademię Muzyczną w Warszawie, wtedy już całkowicie mi odbiło. Poczułam się kimś wyjątkowym. I tak bardzo się pogubiłam, że stoczyłam się niemal na samo dno, wpadłam w prawie wszystkie nałogi. Mam jednak bardzo wierzącą przyjaciółkę, która mnie zawsze ścigała ze swoją wiarą. Pewnego dnia przywiozła mi gidelskie wino. Była u mnie jakaś impreza, napiłam się tego wina dla zabawy i odmówiłam modlitwę z obrazka. I w tę noc przeżyłam jakieś straszne tąpnięcie. Nie potrafię powiedzieć, co to było, ale od tego momentu przez dwa lata zmagałam się z Bogiem. Wtedy zaczęło się moje nawrócenie, które dla mnie jest cudem. Dziś pracuję w katolickim radiu, realizując między innymi audycje o cudach jasnogórskich i gidelskich. To wino to tylko symbol, człowiek potrzebuje czegoś namacalnego i Bóg daje nam takie znaki, jak wino z Gidel czy woda z Lourdes.

6.

Dominikanów do Gidel sprowadziła w 1615 roku właścicielka tych ziem, Anna z Rosocic Dąbrowska, kasztelanowa wieluńska. Mieli zaopiekować się figurką oraz rozwijającym się kultem maryjnym. To ona też przeznaczyła pieniądze na budowę świątyni i klasztoru. Gidelscy dominikanie byli nie tylko stróżami sanktuarium, zajmowali się także pracą misyjną. Opowiadając o historii zakonników w Gidlach, często wspomina się czasy represji po upadku powstania styczniowego, kiedy władze carskie dokonały kasaty klasztorów na terenach zaboru rosyjskiego. Aby spełniać „żałosną rolę ostatniej placówki dominikańskiej”, w której miały wymrzeć resztki zakonu prowincji polskiej, pozostał tylko klasztor w Gidlach. W dniu 27 listopada 1864 roku o północy przywieziono tu wszystkich zakonników z domu warszawskiego, a potem kolejno z innych miejsc. Ocalenie klasztoru przypisuje się opiece Maryi, która wybrała sobie to miejsce.

Przez 30 lat przeorem w Gidlach był o. Gabriel Świtalski, który jako jedyny dożył czasów I wojny światowej, w wyniku której Polska odzyskała niepodległość. Do dziś opowiada się o nim jako o człowieku, który nie poddał się zwątpieniu. Mimo wszechobecnej biedy nie zaprzestawał krzątaniny wokół klasztoru i kościoła, począwszy od uporządkowania alei i ogrodu klasztornego, a skończywszy na ozdobach w samej świątyni. Nie doczekał jednak koronacji figurki Matki Bożej, którą to uroczystość planował na rok 1916 – jubileusz 400–lecia znalezienia jej przez Jana Czeczka. Dopiero jego następca o. Jordan Stano zrealizował ten projekt przy pomocy o. Konstantego Żukiewicza, który przygotował potrzebną dokumentację. Podczas uroczystej koronacji – 19 sierpnia 1923 roku – dominikanie złożyli przysięgę, że uczynią wszystko, aby strzec figurki. Podczas II wojny światowej, gdy wojsko niemieckie koszarowało w klasztorze, o. Angelik Matula, ówczesny kustosz sanktuarium, przez pewien czas nosił figurkę ukrytą na swoich piersiach.

Po wojnie zakon włożył wiele wysiłku, aby sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej nabrało nowego blasku. Poza pracą duszpasterską mieszkający tu ojcowie prowadzili intensywne prace remontowokonserwacyjne.

– Ktoś może się zapytać, czy w Gidlach są inni dominikanie. Z reguły pracujemy w dużych miastach, bardziej kojarzymy się z duszpasterstwem akademickim, intelektualnym podejściem do wiary, a tu maryjność i ludowość. Po co tu jesteśmy? Pewnego razu do jednego z naszych braci przyszedł zdesperowany młodzieniec, którego porzuciła dziewczyna. Oddałby wszystko, żeby to naprawić… Dominikanin wziął piękną różę od ołtarza Matki Bożej i mówi do tego chłopca: „Idź, masz tu pożyczony od Matki Bożej kwiat i powiedz, co chcesz powiedzieć”. Dziś są małżeństwem z 25–letnim stażem. Jesteśmy tu po to, żeby pożyczać kwiaty od Matki Bożej. Żeby modlić się wspólnie z tymi, którzy tego potrzebują, żeby odpowiadać na pytania, które są dla tych ludzi ważne, a niekoniecznie muszą dotyczyć teologicznych sporów – mówi kustosz sanktuarium o. Stanisław Gołąb.

7.

Brat Przemysław Zalewski, młody dominikanin, który akurat ma dyżur w klasztorze, sprawdza właśnie w Kaplicy Matki Bożej discmana. Na płycie nagrane jest świadectwo Darka, który doznał uzdrowienia z raka skóry – kilka miesięcy temu był o nim artykuł w „Claudi”. Nagranie to udostępniane jest pielgrzymom.

Ania Bogusławska mówi, że czuje tu nieustanną obecność Matki Bożej, która jakby chciała nas wszystkich przywitać i ucałować. Często właśnie taką widzi ją w swoich snach. Mówi, że będąc tutaj, czuje zapach Matki Bożej, która dla niej pachnie ziemią i świeżo upieczonym chlebem. Ania w przyszłości chciałbym zostać katechetką, bo jej marzenia wiążą się teraz z Bogiem, to jest jej największy przyjaciel. Na pytanie, czy opowiada o swoich doświadczeniach szkolnym rówieśnikom, mówi: – Mam wiele do opowiedzenia, ale nie chcę się im narzucać. Raczej nie chcą słuchać o tym, o czym mogłabym im opowiedzieć, w co nie tylko wierzę, ale czego też doświadczyłam. To mnie trochę przybija, ale bardzo bym chciała, żeby poznali Boga, żeby tak jak ja doświadczyli Jego miłości.

– Zetknąłem się tu z prostą, ale głęboką wiarą i wielkim otwarciem ludzi na Boga. Pewnie, że kiedy się tu jest, to pojawia się wiele pytań. A może to przypadek, może akurat wtedy zadziałało lekarstwo? W człowieka zawsze wdziera się dużo sceptycyzmu. Każde uzdrowienie trzeba sprawdzić. Nie podajemy tych informacji z powietrza, tylko opieramy się na przesłanych dokumentach lekarskich i wynikach badań – podkreśla br. Przemysław, który odpowiada za elektroniczną dokumentację zgłaszanych uzdrowień.

Nabożeństwo o uzdrowienie odbywa się w Gidlach zawsze w pierwszą niedzielę miesiąca. Zawsze wygląda tak samo, śpiewa chór, są modlitwy i osobiste błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem każdego, kto sobie tego życzy. Zmieniają się jednak osoby, które opowiadają o swoim uzdrowieniu.

Wiele jednak świadectw, które pojawiają się w Gidlach, nie jest podpartych właściwą dokumentacją medyczną, brakuje opinii lekarzy, którzy mogliby powiedzieć coś więcej na temat przebiegu choroby. Czasami takim dokumentem jest niewiele mówiący wynik badania rentgenologicznego czy tomografii komputerowej, który zostaje przesłany na adres klasztoru jako dowód na uzdrowienie. Innym razem potwierdzeniem uzdrowienia jest pisemne oświadczenie złożone przez sąsiadkę i fotografia osoby, która smarując liczne brodawki na ciele miała wyleczyć się z choroby nowotworowej skóry.

Księdze próśb i podziękowań, która zawiera wpisy pielgrzymów z 2005 roku, a która niedawno została w Gidlach wydana drukiem, najwięcej jest tych z prośbą o uleczenie z choroby, upragnione potomstwo, nawrócenie. Pojawiają się jednak i takie:

Matko Boska, proszę Cię o to, aby moja mama nie była na mnie zła za oceny, jakich się spodziewam. Proszę Cię również o to, by nie nałożyła na mnie tych kar, które mi obiecała, i by moje tegoroczne wakacje były udane. Damian, 12 czerwca 2005

We wstępie do księgi o. Gołąb napisał:

Są miejsca, w których tajemniczym zrządzeniem Opatrzności Bożej ogniskują się w sposób szczególny strumienie błagalne – i dziękczynne, gdzie dokonują się cuda Bożego miłosierdzia, gdzie możemy doświadczyć czułości matczynego serca Maryi i Jej odpowiedzi na ludzkie błaganie. To sanktuaria maryjne, tak liczne na całym świecie, gdzie kult Matki Najświętszej spotyka się ze szczodrą odpowiedzią niebios. Lourdes, Fatima, La Salette, Guadalupe, Jasna Góra, Licheń, Gietrzwałd, Kodeń, Wambierzyce, Gidle… To tu w sposób szczególny spotykają się: ludzka niedola, błagająca Boga za pośrednictwem Matki Jezusa o pomoc, i strumienie łaski, wysłuchane prośby, rodzące ogromną wdzięczność i umacniające wiarę. (…) Każdy bez wyjątku może z równie szczerym i całkowitym zaufaniem, które tak często podziwiamy u dzieci, położyć cały swój świat u stóp malutkiej figurki Gidelskiej Matki. Niech zatem każda cytowana w księdze prośba i każde podziękowanie staną się dla czytelników zaproszeniem do ich własnej, gorącej i ufnej modlitwy.

W Polsce jedynym miejscem, gdzie Kościół potwierdził objawienia, jest niewielka miejscowość Gietrzwałd na Warmii, pozostałe, tak jak Gidle, zostały uznane ze względu na obecny w tym miejscu kult i pobożność.

8.

Większość tych, których spotkałem w Gidlach, ma świadomość, że nie zawsze wszystkie prośby, z którymi tu przyjeżdżają, muszą zostać wysłuchane. Warto wierzyć nie tylko w siłę i moc Boga, ale także w Jego mądrość. Dla wielu cudem może być już zwykłe przyjęcie i zaakceptowanie tego, co nas w życiu spotkało. Pozbycie się lęków, że choroba czy śmierć jest ostatecznym końcem naszego życia. Zrozumienie tego, że brak odpowiedzi na wiele pytań wcale nie świadczy o tym, że Bóg nas nie słyszy i nie chce spojrzeć w naszą stronę. A to, co dzieje się w Gidlach, może nas również spotkać w małym, zapomnianym parafialnym kościele, podkreślały niemal za każdym razem osoby, z którymi rozmawiałem.

– Warto ofiarować coś od siebie, kiedy pragnie się, żeby Bóg rozwiązał ważne dla nas sprawy. Gdy urodziła się Ania, mój mąż postanowił od nas odejść. Próbowałam ułożyć sobie życie od nowa. Kiedy się modliłam, za każdym razem pytałam Boga: co mam dla Ciebie zrobić, żeby Ania była zdrowa? Czułam, że nie powinnam drugi raz wychodzić za mąż. Prosiłam: daj mi jakiś sygnał, że tego chcesz. I kiedy Ania wyzdrowiała, postanowiłam wybrać życie z sakramentami, a była to była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Nigdy jej nie żałowałam. Nigdy też w życiu nie byłam tak szczęśliwa, jak teraz, kiedy potrafię cieszyć się z każdego drobiazgu, powiedzieć: dzięki Ci, Boże, że tak fajnie udała mi się lekcja w szkole. Bóg zaistniał w każdym momencie naszego życia – dodaje Monika Bogusławska.

Kiedy idę klasztornym korytarzem, podchodzi do mnie pani Daria, z którą rozmawiałem kilka chwil wcześniej. Pyta, po co tu tak naprawdę przyjechałem. Odpowiadam, żeby zobaczyć. – Ale co? – drąży dalej. – To, co się tutaj dzieje – mówię. – Myśli pan, że to widać? Ja sądzę, że tego, co się rzeczywiście tu dzieje, nie widać, bo to jest w ludziach, w ich wnętrzu. Jeśli chciałby pan znaleźć jakąś część odpowiedzi na to, co myśleć o Gidlach i o tych, którzy tu przyjeżdżają, warto zadać sobie pytanie: Czy przyszedłby pan tutaj z sobą samym, gdyby zawiodły wszystkie inne środki?

9.

Przed klasztorem zatrzymuje się kolejny autokar z pielgrzymami. Na tablicy, po prawej stronie przy wejściu do bazyliki, znajduje się napis: „Piękne są stopy pielgrzymów idących do Matki, a ich przeorane trudem serca mówią o miłości, która wszystko zmienia”.

W przyklasztornym sklepiku długa kolejka. Każdy, składając dobrowolną ofiarę, zabiera ampułkę z gidelskim winem, a do niej dołączony obrazek. Na awersie skrzyżowane dłonie, ułożone w taki sposób, jakby przyjmowały komunię, położone na czarnej ziemi, na nich gidelska figurka – ta lepsza, wykonana z żywicy, w sklepiku kosztuje 10 zł. Na odwrocie obrazka modlitwa przed użyciem gidelskiego wina:

Pani Gidelska, Uzdrowienie chorych, módl się za nami. Zanim użyję wina, w którym zanurzona była łaskami słynąca Figurka Gidelska, wołam do Ciebie Matko i proszę o Twój matczyny dotyk. Umocnij moją wiarę, ulecz duszę i ciało, abym mógł czystym sercem głosić Twoją macierzyńską miłość i moc Twojego za mną wstawiennictwa u Boga. Wspomożenie wiernych, módl się za nami.

– Tu najbardziej chodzi o wiarę – mówi brat Przemysław Zalewski. – Można wypić sto litrów tego wina i nic, a czasami wystarczy jedna kropla z wiarą, aby dokonał się cud.

Wiara jak kropla wina
Jarosław Borowiec

urodzony 25 kwietnia 1979 r. – absolwent filologii polskiej UAM, historyk literatury, redaktor, edytor, doktor nauk humanistycznych, zajmuje się opracowywaniem archiwów literackich (m.in. Erny Rosenstein, Krystyny Miłobędzkiej i Andrzeja Falkiewicza)....