Epitafium dla Wiktora Rubena

Epitafium dla Wiktora Rubena

, 0 recenzji

Klimaty, reż. Nuri Bilge Ceylan, wyst: Nuri Bilge Ceylan, Ebru Ceylan, Nazan Kirilmis, Turcja / Francja 2006

Zacznijmy od cytatu z Tischnera:

Jest coś takiego, jak doświadczenie uwiedzenia, i to uwiedzenia w sercu. Wydawałoby się, że nie jestem winien temu, że ktoś mnie zwodzi i uwodzi. Ale to tylko pozór, bo uwiedzenie oznacza jednocześnie poddanie uwodzeniu (…). Co więcej, człowiek uwodzony jak gdyby domaga się uwodziciela, jak gdyby chce, aby go uwodzono. (…) Ten, kto mnie zwodzi, wyczuwa moją słabość i atakuje mnie. Na tym polega błąd serca, że wybiera jakby swoje omdlenie w obliczu uwodziciela.

Przyznajmy, to przenikliwa, acz gorzka diagnoza. Trafnie streszcza problem opowiedziany w tureckim filmie Klimaty. Po kilku latach od pojawienia się Głową w mur Faitha Akina (nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie w 2004 roku) i po powieści zeszłorocznego noblisty Orhana Pamuka otrzymujemy z wciąż dla nas egzotycznego zakątka świata kolejny produkt, który zdobył już uznanie – w ubiegłym roku wyróżniono go nagrodą FIPRESCI na festiwalu w Cannes.

Historia jest zwyczajna. Nie ma w sobie nic z ciekawostki etnograficznej. Zderza widza z przenikliwym studium samotności i braku porozumienia. W niemal pozbawionym dialogów filmie najważniejsze są emocje między dwojgiem osób, a także wkraczających w ich życie innych ludzi. Głównymi postaciami opowieści są Isa i Bahar – nauczyciel uniwersytecki i jego była studentka. Są ze sobą od kilku lat i okres namiętnej miłości mają już za sobą. W czasie wspólnych wakacji dociera do nich prawda o kryzysie, który trawi ich związek. Zzgodnie z sugestią Isy podejmują decyzję o rozstaniu. On nawiązuje romans ze swoją byłą miłością, ona rzuca się w wir pracy i wyrusza do wschodniej Turcji, by jako scenograf pracować przy filmie. Po kilku miesiącach spotykają się znowu. Czy to ze strachu przed samotnością, czy z tęsknoty próbują odnowić wzajemną relację. Niestety, bez powodzenia. Tyle fabuła.

Chcąc opisać historię uczuć tych dwojga, prześwietlmy je inną, nieco nam bliższą, a zaczerpniętą z Panien z Wilka Iwaszkiewicza. Przypomnijmy dla ścisłości. Wiktor Ruben, załamany śmiercią przyjaciela wyjeżdża na wakacje i przy okazji odwiedza tytułowe panny, z którymi był dość blisko w czasach młodości. Podczas tej wizyty doświadcza przełamania życia, z lata w jesień. Przyglądając się swojej egzystencji, bezradnie staje wobec prawdy, że żadna okazja się nie powtórzy, że nie nadrobi tego, czego nie zrobił ze strachu, głupoty, lenistwa czy nieśmiałości, i nade wszystko, że niezauważona miłość umiera. Tak jak dla Wiktora podróż do dworku w Wilku, tak dla Isy podróż na turecką prowincję w poszukiwaniu Bahar miała być remedium na zniechęcenie, magiczną pomocą w odzyskaniu wygodnego stanu życia – owego młodzieńczego życia złudzeniami i pragnieniami. Ale żadne ze wspomnień o dawnej miłości, które przez wiele lat dawało siłę i syciło obu bohaterów, się nie powtórzyło. Obaj mężczyźni przegrywają, zwyczajnie i bez wielkiej pompy. Wchodzą w cień śmierci, jeszcze nie tej fizycznej, ale tej, która dotyka pragnień, idei i duszy. Tak pisze Iwaszkiewicz o bólu Wiktora Rubena – zawsze mu się wydawało, że życie będzie miał inne, obfitsze, bogatsze, niezwyklejsze niż wszyscy. Oto zderzenie z nieuchronnością upływającego czasu. W filmie to zdanie przyjmuje obraz zimnego poranka w tanim hotelu, gdzie szarzeją tapety, a bohaterowie wiedzą, że muszą się rozstać, bo zaraz samolot, bo praca, bo tak naprawdę nic ich nie łączy. Tak jak u Iwaszkiewicza, tak i w filmie Ceylana jest obecna bolesna świadomość niemożności wycofania się z popełnionych błędów i przyzwolenie na kompromisową „małą stabilizację”, przyjęcie konsekwencji niewłaściwych decyzji. Dla Isy to kapitulacja w pracy nad czekającym na realizację, odkładanym, doktoratem, dla Bahar zgoda na zatrudnienie w podrzędnej produkcji telewizyjnej.

Oczywiście jest w obu tych historiach jedna istotna różnica. O ile w Wiktorze Rubenie możemy dostrzec szlachetną stronę osobowości, fakt, ułomną, naznaczoną tchórzostwem i niemożnością pokochania kogoś, to trudno wskazać na jej odpowiednik u bohatera Klimatów. Portret Isy, choć szkicowany grubą kreską, pozostawia wrażenie charakteru zlepionego z pożądliwości i niskich odruchów, zabarwionych wulgarnością. Nie odczuwamy więc specjalnego żalu z powodu jego życiowych niepowodzeń. Spróbujmy raczej zapytać, jak reżyser tłumaczy powody jego postępowania.

W tym celu odwołajmy się do obrazu otwierającego film, wydaje się, że nieprzypadkowego. Oto obserwujemy bohaterów w ruinach greckiej świątyni. Oglądają pozostałości nie tylko talentu, ale i ducha wielkiej kultury. Oczywista konstatacja – mimo że antyczni Grecy odeszli tysiące lat temu, to jednak ich dzieła przeżyły niejedną epokę. Można zapytać dlaczego. Cóż, może dlatego, że obok niewątpliwego piękna kształtu odzwierciedlały namysł nad światem i w formy architektoniczne zamykały myśl filozoficzną. Dodajmy jeszcze, że starożytni kierowali się w życiu kluczem, którym było samopoznanie siebie, bo tylko w ten sposób potrafili znaleźć siłę do walki z przejawami zła. Zwrot ku sobie był dla nich techniką życia. Dzięki temu czynił każdego świadomym podmiotem stosunków z samym sobą i innymi; podmiotem działania racjonalnego i akceptowalnego moralnie. Tego jednak bohaterowie filmu nie wiedzą. O ile z tej ignorancji łatwiej nam rozgrzeszyć Bahar, o tyle z Isą jest kłopot. On jest nauczycielem uniwersyteckim; wydaje się, że z racji uprawianego zawodu powinien umieć wyłuskać to, co kryje się pod powierzchnią rzeczy. Może to robi, ale nie widać tego w filmie. Być może więc, daje do zrozumienia reżyser, Isa jest kimś na kształt sprawnego rzemieślnika: umie pokazać i nauczyć, ale nie rozumie powodów, dlaczego i skąd. Jest turystą: zwiedza, patrzy, robi zdjęcia, dziś w greckich ruinach, jutro w pozostałościach muzułmańskiej świątyni. W uniwersyteckiej pracy to może wystarcza, ale w życiu uczuciowym już nie. Przełożenie schematów turystycznych na życie, trzymajmy się tego porównania, skutkuje brakiem celu, potrzeby zaangażowania i odpowiedzialności za drugą osobę. To miejsce zajmują emocjonalne uzależnienia (psychologowie powiedzieliby o „wampirze emocjonalnym”), graniczące z perwersją, w których ktoś jest stroną dominującą i kontrolującą, a ktoś przedmiotem uwiedzenia (patrz Tischner). Oczywiście, w tej uczuciowej manipulacji zawsze jest ukryta obietnica jakiegoś szczęścia, ale kiedy przez pojęcie szczęścia zaczyna się rozumieć przyjemność, wtedy pojawia się błądzenie w jego poszukiwaniu. To także ksiądz Tischner.

Jeżeli więc nazwiemy ten film studium o miłości niemożliwej, to może dlatego, że u jej podstaw leżą fałszywe i niemożliwe do przezwyciężenia założenia. Problem w tym, że bohaterowie nie czują potrzeby ich znalezienia, w jakiś sposób skazując się na życie, które jest powierzchowne i w gruncie rzeczy puste. Choć oboje budują mosty między sobą, to opierają się na zdawkowych werbalnych komunikatach – „zmieniłem się”, „jestem teraz kimś innym”, „zaufaj mi”, etc. Okazuje się, że to nie wystarcza. Jak pisze profesor Barbara Skarga – podobne komunikaty dają iluzję bycia „razem”, które nie tworzy żadnej głębszej więzi i jest niemal tak zdawkowe i przelotne, jak wypowiadane słowa. To „razem” nie tworzy żadnego wspólnego celu i nie zawiązuje się na dłuższy czas. Pozwala nadal trwać w obojętności i samolubstwie. W ten sposób miejsce poszukiwanego uczucia zajmują zmienne klimaty i nastroje, niezauważalnie przełamujące się już nie z lata w jesień, ale w zimę.

Epitafium dla Wiktora Rubena
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...