Słowna liturgia codzienności

Słowna liturgia codzienności

Winnice i pola pszeniczne. Pracując na nich, człowiek wykonuje twórczą pracę. Tam też rozpoczyna się msza. Najpierw liturgia mowy, rozmów, pouczeń, dzielenia się doświadczeniem, ujawnianie tajemnic. Kiedy w niedzielę przynosimy do świątyni naszą całotygodniową rozmowę ze sobą, z innymi, ze światem, ale też ze złem i ze Złym, dzieje się z nami to samo, co z winem w Kanie Galilejskiej i jeszcze więcej. My sami stajemy się ciałem i słowem, liturgią Bożego Ciała Syna Człowieczego.

„Bóg powołał zatem człowieka do istnienia, powierzając mu zadanie bycia twórcą. W «twórczości artystycznej» człowiek bardziej niż w jakikolwiek inny sposób objawia się jako «obraz Boży» i wypełnia to zadanie przede wszystkim kształtując wspaniałą «materię» własnego człowieczeństwa, a z kolei także sprawując twórczą władzę nad otaczającym go światem” — mówi Jan Paweł II w Liście do artystów.

Zacznijmy od owego otaczającego nas świata. Nie ma już pewnie na kuli ziemskiej takiego miejsca, do którego człowiek by nie dotarł bezpośrednio, na własnych nogach albo pośrednio — ocieplenie klimatu ma przecież związek z naszą obecnością i działaniem. Można rzec, że żyjemy w świecie już przetworzonym. Nic zatem dziwnego, że liturgia naszego czasu — tego, który nazywamy czasem euroatlantyckim, choć ogarnia on również inne kontynenty — jest obrzędem, podczas którego ofiarujemy Bogu nie dary wzięte z natury: baranka, gołębie, inne zwierzęta i rośliny, a nawet ludzi, lecz owoce pracy człowieka — chleb i wino, jak również pieniądz.

Winnice i pola pszeniczne. Krzątający się na nich, człowiek, mówiąc za Papieżem, wykonuje twórczą pracę. Tam też rozpoczyna się msza. Najpierw liturgia mowy, rozmów, pouczeń, dzielenia się doświadczeniem, ujawnianie tajemnic. Ignacy z Loyoli, pytającemu go o to, jak należy mówić kazanie, poradził, by przypatrzył się chłopom idącym drogą i rozmawiającym. Czyż w takim dialogu jest miejsce na pompatyczny patos, wyszukaną gestykulację, przemądrzałe sformułowania, lepki sentymentalizm? Raczej nie, jest natomiast miejsce na słowa proste i oszczędne, lecz nie prostackie, wypowiadane z zastanowieniem. Jest miejsce na oszczędny gest, by dopowiedzieć to, czego nie można pomieścić w mowie, na przykład ból czy gniew, ale i radość. Na dodatek ta chłopska pogawędka wygląda inaczej rano, kiedy człowiek jest rześki, a inaczej wieczorem, kiedy pada ze zmęczenia. Idący drogą poruszają różne tematy. Od spraw domu i sąsiadów poczynając, a kończąc na tym, co się czytało w gazetach, słyszało w radiu czy oglądało w telewizji, jednym zdaniem, co się w tych dniach wydarzyło w naszej Jerozolimie. Wtedy konwersacja zachodzi na sprawy kościelne i Boże, ale jest to nadal zwyczajna mowa. I tak odprawia się liturgia mowy polnej, podróżnej, jak też domowej.

Zanim jednak człowiek wróci do domu i rozpocznie się liturgia domowego słowa, odprawiamy liturgię słowa towarzyszącą pracy. Bywa, że sama praca jest wykonywaniem słowa, na przykład nauczyciele, literaci, dziennikarze, aktorzy, kaznodzieje, ale i zapowiadający na dworcach czy lotniskach przyjazdy i odjazdy, przyloty i odloty. Ta ostatnia słowna praca, zapowiadanie, jest posługą, bo jest komunikowaniem. Naprawdę nietrudno wyczuć, czy zapowiadający mówi, a więc chce mi przekazać wiadomość, czy też gdy…, no właśnie co, co robi, skoro jego głos nie przynosi treści?

Poświęćmy teraz trochę czasu mowie domowej liturgii. Cechuje ją szczerość, bywa, że aż do bólu. Mowa ta dzieje się jednak nie tylko w słowie, nie tylko w gestach, ale my sami — nasze ciało i krew, stajemy się słowem. Dzięki temu cielesnemu wysławianiu się dochodzi do komunii, w której kobieta i mężczyzna w sobie tylko właściwy i niepowtarzalny sposób karmią siebie sobą. W ten sposób ich mowa, słowa miłości, stają się ciałem. Dają, dzielą się życiem.

Podobnie ma się rzecz, gdy składamy profesję zakonną, gdy ślubujemy celibat. W słowie zawiązuje się przymierze między nami i Kościołem, a poprzez Jego liturgię zawiązuje się przymierze z naszymi siostrami i braćmi, mnichami i kapłanami innych religii, skoro, jak twierdzi Ojciec Święty, i w religiach pozachrześcijańskich działa Duch Boży. Dzięki tym ślubom nasze ciało i krew też stają się słowem, stają się ucieleśnionym świadectwem. I tak znowu dzieje się liturgia słowa, w której już dzieje się komunia i przekazywanie, jak też podtrzymywanie życia.

Jan Paweł II mówi, że wiara, która nie tworzy kultury, jest wiarą niepełną, nie przeżytą, w jakiś sposób niewierną sobie samej. Jeśli tak, to biblioteki i sale wykładowe jawią się jako święte miejsca. W nich piękno zbawia, jak — tym razem za Dostojewskim— we wspomnianym już Liście mówi Papież. To tam, poznając piękno mądrości i dobroci, człowiek stwierdza, że: „Piękno jest kluczem tajemnicy i wezwaniem transcendencji. Zachęca człowieka, aby poznał smak życia i umiał marzyć o przyszłości”. Nawiasem mówiąc, to pewnie dlatego Bóg tak często mówi wierszem. Ten klucz otwiera zatem drzwi, kieruje na drogę, która wiedze do świątyni. Znamy przecież to mądre zdanie z filmu Pokuta — „Po co komu taka droga, która nie wiedzie do świątyni?” W jej wnętrzu bowiem słowo dostępuje przemienienia, przeistoczenia, konsekracji.

Kiedy więc w niedzielę przynosimy przed ołtarz naszą całotygodniową rozmowę ze sobą, z innymi, ze światem, ale też ze złem i ze Złym, dzieje się z nami to samo, co z winem w Kanie Galilejskiej i jeszcze więcej. My sami stajemy się ciałem i słowem, liturgią Bożego Ciała Syna Człowieczego. Wtedy najstraszniejsze słowo, najstraszniejsze, bo mocą pychy naszego rozumu i serca wyłączyliśmy je z kręgu życia, a więc słowo „śmierć” znaczy życie, albo, jak chce Norwid, staje się momentem uwydatnienia życia.

A co z pieniądzem? Składany we mszy na tacę jest jeszcze jednym, ale za to bardzo prawdziwym wchodzeniem w komunię z parafią, z potrzebującymi, z kulturą, czyli z Kościołem i światem, w którym żyją chrześcijanie. Pieniądz jest przecież szczególną cząstką naszego ciała i krwi. Zawiera w sobie trud fizyczny i duchowy. Jest owocem ludzkiego talentu i niesie ze sobą czas, który poświęciliśmy, by mógł on zaistnieć. Zbieranie tacy czy składki jest więc zajęciem pobożnym, bardzo pobożnym, gdyż, dotykając pieniądza, dotykamy człowieka, tego, co człowiek ma najszlachetniejszego, bo najbardziej prawdziwego; przez ten dotyk, jak przez drzwi, wchodzimy do domu tego, kto nam pieniądz ofiarowuje. Odpowiadamy na gościnne zaproszenie.

A co z winem? In vino veritas. Piękna prawda o liturgii ludzkiej pracy. Z moszczu, z tego, co z ziemi, ze słońca, ale i z mrozu, człowiek dzięki swojej zmyślności, mądrości i piękności, potrafi stworzyć nowy byt, w którym jest dobroć minionego i przedsmak przyszłości, i to takiej, która wypełni się na Uczcie Niebieskiej.

Słowna liturgia codzienności
Wacław Oszajca SJ

urodzony 28 września 1947 r. w Zwiartowie – jezuita, teolog, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, znany kaznodzieja i rekolekcjonista. Mieszka w Jastrzębiej Górze....