Dziesięć lat (2)

Dziesięć lat (2)

Wolna i niepodległa Polska nie jest dziś i prawdopodobnie w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie zagrożona z zewnątrz. Wszystkie niebezpieczeństwa mają charakter wewnętrzny. Ale nie oznacza to, by można było je lekceważyć. Ostatnie 10 lat z pewnością nie były to lata zmarnowane w naszej historii. Można już chyba mówić o porównaniu tego okresu do czasów II Rzeczypospolitej, kiedy to potrafiliśmy w skrajnie trudnych warunkach zbudować silne, stabilne, szybko rozwijające się państwo. Polska niepodległa i demokratyczna jest spełnieniem marzeń wielu ludzi.

Spustoszenia po komunizmie

Wielokrotnie zwracano uwagę nie tylko na trudność z określeniem wyraźnej daty powstania III Rzeczypospolitej, lecz także na istotną różnicę, jeśli chodzi o społeczny entuzjazm i poparcie dla Polski odradzającej się w 1918 roku, po 123 latach rozbiorów i dla Polski odradzającej się w 1989 roku, po 45 latach komunistycznej dyktatury. Istnieje wiele zasadniczych kontrastów i bardzo wiele powodów różniących rok 1918 od roku 1989. Traktaty rozbiorowe wykreślały nasze państwo z mapy Europy, problem polski był problemem wewnętrznym przede wszystkim Rosji. Odradzająca się Polska odniosła świetne zwycięstwo wojskowe w wojnie z bolszewicką Rosją, co stanowiło czynnik pewnego rodzaju rekompensaty za nieudane powstania i inne klęski. Zaborcy nie dokonali tak strasznych jak komuniści spustoszeń w obszarze świadomości społecznej, a pod względem rozwoju gospodarczego obszary polskie nie różniły się zasadniczo od wielu innych krajów europejskich. Z drugiej jednak strony i w II Rzeczypospolitej istniało poczucie krzywdy, zmarnowanych szans i tego, że niepodległa Polska jest wielkim rozczarowaniem i niespełnieniem, wiązanych z niepodległością, nadziei i oczekiwań. Wyrazem tego jest bardzo wiele utworów literackich z pierwszych lat niepodległości, a między innymi Przedwiośnie Stefana Żeromskiego czy też znany wiersz Władysława Broniewskiego — Do towarzyszy broni:

Dziś Warszawa zuchwała, prawdziwa
znów się budzi w trzasku mitraliez.
Dlaczego dziś znowu przy was
krwią się tuczą te same kanalie?

Słabość elit politycznych

Wszystkie porównania wydają się wypadać jednak na korzyść II Rzeczypospolitej. W miarę upływu lat 90. w nieznacznym tylko stopniu ulegają osłabieniu zjawiska negatywne. Straty poniesione przez naród polski okazują się niezwykle trudne do odrobienia, a gorzka prawda, że inne narody, zwłaszcza rosyjski, ukraiński i białoruski są w zdecydowanie gorszej sytuacji, jest satysfakcją pozorną. Zbudowany na gruzach komitetów obywatelskich system wielopartyjny po kilku latach zamienił się we własną karykaturę. Zwłaszcza liczne i trudne do odróżnienia partie prawicowe odznaczały się wyjątkową wprost kłótliwością i zdolnością do samowyniszczania. W konsekwencji doprowadziło to do osłabienia samej demokracji. Wyłoniony w toku wyborów w 1991 roku Sejm był rozdrobniony, słaby, skłócony, a stworzenie stabilnej i zdolnej do rządzenia większości było w tych warunkach zadaniem niezwykle trudnym. (…) Ostatnią, jak miało się okazać, próbą uratowania układu politycznego wyłonionego w rezultacie wyborów z 1991 roku był rząd Hanny Suchockiej, którego podstawę stanowiło porozumienie Unii Demokratycznej i Zjednoczenia Chrześcijańsko–Narodowego. Po raz kolejny dowiedziono, że stopień wzajemnego skłócenia partii prawicowych, a przede wszystkim zasadnicza, głęboka niezdolność ich przywódców do realnej oceny sytuacji i dostrzeżenia rzeczywistych zagrożeń, stawia pod znakiem zapytania wartość, wyłonionych po 1989 roku, elit politycznych. Rząd Hanny Suchockiej był atakowany przez partie postpeerelowskie SLD i PSL — to zrozumiałe i naturalne. Gwałtownie zaatakował go także tradycyjny już sojusznik postkomunistów Aleksander Małachowski w dziwacznym artykule Vivat Bobemek!:

Nie chodzi o to, kto jest widoczny na szczycie — lecz kto jest najbardziej typowym zjednoczeniowcem. Zaraz zaczną padać nazwiska: Chrzanowski, Niesiołowski, Goryszewski, Jurek. Nie zaprzeczam. Są to na pewno wybitni intelektualiści swego obozu, ale czy typowi dla całego ruchu, dla partii, dla elektoratu szczególnie — pędzonego do urny pobożnym westchnieniem proboszcza? Szukałbym zatem takiej reprezentatywnej postaci nie wśród luminarzy, lecz pomiędzy szeregowymi posłami. Z tego grona typowałbym najchętniej panią posłankę Bobę, lekarkę, która w kilku ostatnich dyskusjach wysłowiła najdobitniej prawdziwe poglądy i ujawniła rzeczywisty świat wartości Zjednoczenia… Ostatnio powołana koalicja prorządowa to wynik aliansu pani doktor Boby z profesorem Geremkiem. Z tego politycznego związku wyłonił się rząd. Polityczne dziecko Boby i Geremka. Bobemek. Posłanka Hanna Suchocka wzięła to stworzenie na wychowanie i powstał nareszcie nowy rząd. Vivat Bobemek.

„Życie Warszawy”, z 20 VII 1992

Można te pełne żółci wywody potraktować jedynie jako spektakularny przejaw upadku publicystycznej kultury, jeszcze jeden przykład bezmiaru strat, jakie w wymiarze intelektualnym i moralnym poniosła Polska. Tego rodzaju konstatacja jest banalną oczywistością. Tekst Małachowskiego i tak wyróżnia się umiarem, kulturą i językiem na tle tego, co wypisują polityczno– –pornograficzne pisma w rodzaju „Nie”, albo organu SdRP „Trybuny”. Pojawiła się w III RP pewna nowa jakość publicystyczna. Artykuły niezwykle brutalne, wulgarne, epatujące prostactwem, obrażaniem uczuć religijnych i narodowych, patriotycznych symboli, bluźniercze w treści, a szokujące w formie. Stanowią ideologiczną podbudowę fizycznych napaści ze strony komunistycznych, lewackich lumpów i kryminalistów na prawicowych polityków i działania, które trudno określić inaczej niż jako polityczne chuligaństwo.

Wyczerpana formuła

Rząd Hanny Suchockiej był z taką samą jak przez postkomunistów zaciekłością atakowany również przez polityków prawicowych. Zwalczał go Jan Olszewski, co można wytłumaczyć rozgoryczeniem z powodu niedawnego upadku własnego gabinetu, ale równie zajadle krytykował ten rząd, na ogół zdolny do trzeźwej oceny sytuacji, Jarosław Kaczyński. Niejasna i chwiejna była postawa posłów NSZZ „Solidarność”. (…) Układ polityczny wyłoniony w rezultacie wyborów w 1991 roku, chociaż słaby, nie wyczerpał jeszcze w maju 1993 roku swoich możliwości, na co zwracał uwagę, w liście do prezydenta RP, marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski. Warto przypomnieć, że w tym Sejmie klub parlamentarny SLD liczył jedynie 59 posłów i jest to stan reprezentacji postkomunistów, do którego osiągnięcia prawica będzie zmuszona dążyć jeszcze przez wiele lat. W tym czasie Lech Wałęsa najwyraźniej miał już własny plan polityczny związany z nową partią BBWR. Ostatecznie rozwiązując Sejm, Wałęsa w znacznym stopniu, choć nie wyłącznie, przyczynił się do zwycięstwa postkomunistów. Hałaśliwie reklamowany BBWR okazał się kompletnym niewypałem i nie odegrał żadnej, najmniejszej nawet roli na scenie politycznej (…).

Rok 1993 wykazał, że po wyczerpaniu się formuły komitetów obywatelskich, jałowa stała się również dotychczasowa forma działania prawicy, rozbitej na kilkanaście większych i mniejszych ugrupowań, niezdolnych już nie tylko do zdobycia władzy, lecz nawet do wejścia do Parlamentu. Wprawdzie jeszcze w roku 1993 zostały podjęte działania na rzecz zjednoczenia, ale po przejściowych sukcesach — z których największym było Przymierze dla Polski — okazały się one nieskuteczne. Kolejne inicjatywy zjednoczeniowe prowadziły do dalszych rozłamów i kompromitacji. Trudno wyraźnie wskazać, kto był odpowiedzialny za ten stan rzeczy, ale odpowiedzialność z natury rzeczy ponoszą ugrupowania najsilniejsze, to znaczy KPN (mająca niewielką reprezentację parlamentarną) ZChN i PC. KPN z uwagi na wybitnie negatywną rolę odegraną w Sejmie I kadencji, gdzie wspólnie z postkomunistami obalała wszystkie rządy i była czynnikiem wyłącznie destrukcyjnym, licząc zgodnie z zapowiedziami Leszka Moczulskiego na ostateczne zwycięstwo. (…) Prawicowi wyborcy, coraz mniej rozumiejąc, o co właściwie kłócą się ci deklarujący wolę zjednoczenia i wspólnego działania liderzy, oczekiwali przynajmniej jednego — wspólnego kandydata prawicy w wyborach prezydenckich. Ale i to zadanie okazało się znacznie przekraczać możliwości rozbitych i coraz bardziej skłóconych prawicowych ugrupowań. Tak jak w 1993 roku walczących przede wszystkim pomiędzy sobą o to, aby przypadkiem żadne z nich nie wyrosło ponad pozostałe. Miarą kompromitacji było najpierw słynne głosowanie w konwencie św. Katarzyny, gdzie okazało się, że jego uczestnicy nie są w stanie nawet uzgodnić, jaki był tego głosowania rezultat, a następnie zgłoszenie aż siedmiu prawicowych kandydatów.

Po dwóch latach procesu jednoczenia i zapewnień, że prawica przedstawi jednego tylko kandydata zdolnego wygrać z postkomunistą Kwaśniewskim, okazało się, że klęska roku 1993, nie tylko niczego nie nauczyła, ale jeszcze pogorszyła sytuację. Ostateczny wynik wyborów prezydenckich był dość łatwy do przewidzenia i spełnił się najczarniejszy scenariusz. Najpierw Wałęsa pokonał wszystkich pozostałych kandydatów prawicy i mimo ostrzeżeń, że z uwagi na bardzo duży negatywny elektorat prawdopodobnie przegra, ogłosił już swoje zwycięstwo, a następnie zgodnie z oczekiwaniami został pokonany przez podającego fałszywe dane o swoim wykształceniu Kwaśniewskiego. Prawica przegrała więc w zasadzie wszystko, co było do przegrania, i rok 1995 był ostatecznym zamknięciem jej bilansu. Interesującą diagnozę klęski z 1993 roku przedstawia Dariusz Gawin pisząc:

Wybory 1993 roku oraz 1995 można zatem określić jako zwycięstwo bezprzymiotnikowego „społeczeństwa” nad „narodem” z jednej strony oraz nad „społeczeństwem obywatelskim” z drugiej.

Obóz solidarnościowy — wzlot, upadek i odbudowa

Formuła działania wyczerpała się ostatecznie i stało się jasne, że mimo oczywiście całkowicie różnej odpowiedzialności wyborcy generalnie mają dość kolejnych zapewnień tych samych prezesów, że kolejna inicjatywa zjednoczeniowa jest na tyle poważna, że musi zakończyć się sukcesem. Wobec partii, które wzajemnie osłabiły się na tyle, że żadna z nich nie potrafiła zyskać znaczącego poparcia w sondażach i wziąć na siebie odpowiedzialności za proces scaleniowy, konieczny stał się czynnik zewnętrzny. Tym czynnikiem okazał się NSZZ „Solidarność”, od pewnego czasu legitymujący się zdecydowanie największym poparciem społecznym. (…)

Po raz drugi, tak jak w roku 1980, związek zawodowy, a także ruch społeczny Solidarność, podjął się odpowiedzialności za przeciwstawienie się rekomunizacji Polski, a w dalszej perspektywie, za stworzenie obozu politycznego i odsunięcie postkomunistów od władzy. W obliczu nieudolnych, skorumpowanych, szkodliwych dla istotnych interesów narodu i państwa polskiego rządów postkomunistów, było to działanie na rzecz podstawowych — chociaż słowo to było nadużywane przez komunistów — interesów narodu i państwa polskiego. (…)

Wbrew marksistowskiej historiografii i historiozofii, wydarzenia nie są zdeterminowane, nic nie musi się stać na pewno, a w ostatecznym wymiarze tylko Bóg włada losami ludów i narodów. Jednak poważną dla polityków polskich okolicznością łagodzącą jest fakt, że we wszystkich państwach Europy Środkowo–Wschodniej, z wyjątkiem Czech, sytuacja jest bardzo podobna, a być może nawet gorsza niż w Polsce, że żadne z tych państw, łącznie z Republiką Czeską, nie potrafiło poradzić sobie z zagrożeniem komunistyczną recydywą. (…)

Rządy postkomunistów

W 1993 roku postkomuniści wspólnie z PSL, obejmując w rezultacie wyniku wyborów, a więc w sposób całkowicie demokratyczny, władzę, zastosowali dość prostą i sprawdzoną w wielu krajach taktykę — jak najmniej reformować, niczego w zasadzie nie zmieniać, aby nie stracić władzy. Jednemu z liderów koalicyjnego PSL Michałowi Strąkowi wymknęło się nawet stwierdzenie, że władzy nie oddamy przez co najmniej 20 lat, co przypominało słynne stwierdzenie Władysława Gomułki z 1945 roku — władzy nie zdobyliśmy za pomocą kartki wyborczej i dzięki kartce wyborczej władzy nie utracimy, władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy. Wprawdzie ta ponura przepowiednia, jak dziś już wiemy, na szczęście się nie sprawdziła, ale wybory wykazały, że „…obie formacje wywodzące się ze starego systemu [SLD i PSL — przyp. mój] mają bazę społeczną i trwałą pozycję na scenie politycznej. Są przede wszystkim partiami interesu i władzy, a nie wizji ideowych. Dlatego też nie należy liczyć na ich szybką dekompozycję wewnętrzną” (Aleksander Hall, Zanim będzie za późno, Gdańsk, 1994). Taktyka ta w połączeniu z umacnianiem i rozbudowywaniem imperium wpływów w gospodarce, administracji, środkach przekazu, policji, wojsku, służbach specjalnych, wydawała się przynosić sukces i chociaż wybory samorządowe w 1994 roku nie zostały przez prawicę przegrane, a partie wywodzące się z dziedzictwa Polski Ludowej nie powtórzyły swojego sukcesu sprzed roku, to jednak wszystkie w zasadzie sondaże wskazywały na zwycięstwo postkomunistów. Ale powrót do władzy ludzi symbolizujących, a w wielu przypadkach wprost uosabiających ponure rządy PZPR, był dla znacznej części społeczeństwa upokorzeniem i wyzwaniem. (…) O pewnym rozczarowaniu postawą rządzących postkomunistów pisali nawet publicyści w znacznym stopniu współodpowiedzialni za ich uwiarygadnianie, zaangażowani w szkalowanie i zwalczanie prawicy, widzący przyszłość Polski w sojuszu liberalnego nurtu postkomunistycznej lewicy z częścią obozu posierpniowego, co oznaczało w praktyce sojusz SLD lub jego części z lewicowym skrzydłem Unii Wolności. Andrzej Szczypiorski porównywał działania rządzącej koalicji SLD/PSL (z naciskiem na SLD) do galopu mastodontów, Stefan Bratkowski pisał o SdRP jako o partii dziedziczce, a socjolog Edmund Wnuk–Lipiński o źle ulokowanym przeciwniku. Takich rozczarowań można zresztą przytoczyć znacznie więcej, przykładów jawnego renegactwa i przejścia polityków wywodzących się z solidarnościowej opozycji do obozu postkomunistów mieliśmy zaledwie kilka. Jeszcze jeden, tym razem na szczęście niewielki, rozdział narodowego zaprzaństwa, taka mała, spóźniona Targowica w III Rzeczypospolitej. I po raz kolejny lewica została zmuszona do „przewartościowania” swoich postaw, do porzucenia złudzeń, tym razem związanych z postkomunistami, tak jak przez wiele kolejnych zakrętów w dziejach PRL–u, jej złudzenia wiązały się z komunistami. W niczym to oczywiście nie pogorszyło znakomitego samopoczucia autorów fałszywych prognoz i absurdalnych scenariuszy, a Andrzej Szczypiorski i Stefan Bratkowski z takim samym zapałem nadal pouczali i przekonywali do swoich nowych, poprawionych racji, niewzruszeni w poczuciu własnej nieomylnej mądrości i prawa do karcenia oraz pouczania innych. (…)

Niebezpieczeństwa

Wolna i niepodległa Polska nie jest dziś i prawdopodobnie w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie zagrożona z zewnątrz. Wszystkie niebezpieczeństwa mają charakter wewnętrzny. Ale nie oznacza to, by można było je lekceważyć. Ostatnie 10 lat z pewnością nie były to lata zmarnowane w naszej historii. Można już chyba mówić o porównaniu tego okresu do czasów II Rzeczypospolitej, kiedy to potrafiliśmy w skrajnie trudnych warunkach wrogości sąsiadów, nieżyczliwości Zachodu i ogólnoświatowego, największego w XX wieku kryzysu gospodarczego, zbudować silne, stabilne, szybko rozwijające się państwo. (…)

Polska niepodległa i demokratyczna jest spełnieniem marzeń wielu ludzi, którzy albo w różny sposób aktywnie walczyli z komunizmem, albo należeli do milczącej większości, wewnętrznej emigracji, nie zapisując się do PZPR, słuchając „Wolnej Europy” i życząc z całego serca komunistom wszystkiego najgorszego. To oni, często ludzie starsi, zmęczeni i bardzo biedni stanowią żelazny elektorat prawicy. Są zdumiewająco cierpliwi, czekając na lepsze czasy, a motywacja patriotyczna stanowi ich podstawową przesłankę postępowania. Ich dobra wola jest cynicznie wykorzystywana przez marginalne, ale hałaśliwe i nagłaśniane w niektórych środkach przekazu, grupki o pięknie i szlachetnie brzmiących nazwach, ale odgrywające rolę jedynie prokomunistycznej dywersji, jak np. „Rodzina Polska”, „KPN–Ojczyzna”, „Stronnictwo Narodowo–Demokratyczne”, „Blok dla Polski”, „Stronnictwo Narodowe” itp. Z niezrozumiałych powodów, a być może z intelektualnego lenistwa, te grupki nazywane są czasami „radykalną prawicą”. Ale prawica niesie ze sobą pewien system wartości, a przede wszystkim w warunkach polskich istotnym i trwałym elementem prawicowego programu jest antykomunizm. Nie można więc, moim zdaniem, nazywać prawicą ugrupowań, których przedstawiciele we wszystkich ważnych głosowaniach w Parlamencie głosują razem z SLD i których działalność zmierza tylko i wyłącznie do powrotu postkomunistów do władzy ze wszystkimi groźnymi dla Polski konsekwencjami. Najbardziej spektakularnym działaniem wymierzonym wprost w polską rację stanu i narodowy interes było głosowanie posłów „Naszego koła” razem z pp. Gadzinowskim i Ikonowiczem nie popierających przystąpienia Polski do NATO. Był to przejaw, w najlepszym przypadku, doktrynerskiego, antyzachodniego zaślepienia, a być może działalności z obcej inspiracji. Z całą jednak pewnością demonstracja ta (bo to określenie najtrafniej chyba oddaje charakter tego, co stało się w Sejmie) miała promoskiewski charakter i dlatego miał rację redaktor naczelny prawicowego „Życia” Tomasz Wołek, gdy pisał o „Naszym Kole w Moskwie”.

Demokracja po polsku

Historia Polski to w znacznym stopniu historia klęsk, rozbiorów, zaborów, wojen, najazdów i narodowych powstań. Ale także historia zmarnowanych zwycięstw i nie wykorzystanych okazji. Ich symbolem jest zwycięstwo pod Grunwaldem. (…) W czasach najnowszych jest coś podobnego w mieszaninie niereformowalności i zwyczajnej głupoty polskiej (pewnym usprawiedliwieniem jest to, że nie tylko polskiej) lewicy, najwyraźniej niezdolnej do przezwyciężenia własnych resentymentów, uprzedzeń i doktrynerstwa. Tylko w okresie Polski Ludowej lewica kilkakrotnie przeżywała szok, zmuszona przyjąć do wiadomości to, o czym wiedziała znakomita większość narodu, a mianowicie, że komunizm jest systemem zbrodniczym, odpowiedzialnym za wiele morderstw i nieprawości. (…)

Dla ludzi podejmujących w okupowanej i zniewolonej Polsce walkę o wolność, podstawą optymizmu było przede wszystkim odzyskanie niepodległości w 1918 roku, niewiarygodny, nieprzewidziany, jednoczesny upadek trzech mocarstw zaborczych. Bo skoro wówczas była możliwa ich klęska i zmartwychwstanie po 123 latach Polski, odbudowanie państwa, to musi być możliwy także upadek Związku Sowieckiego. Wszystkie inne problemy wydawały się dla zahartowanych w walce z komunizmem drugorzędne i nadające się do natychmiastowego pomyślnego rozwiązania. Co, jak dziś wiadomo, było wielką naiwnością i szkodliwym złudzeniem. Z drugiej jednak strony III Rzeczypospolita nie została zbudowana na fundamencie antykomunizmu, co w wielu dziedzinach ma ciągle fatalne konsekwencje. Poza znanymi i przedstawionymi zagrożeniami recydywą komunizmu rodzi to w niektórych środowiskach rozgoryczenie i niechęć do samej demokracji. W obliczu wyraźnej bezradności systemu demokratycznego w walce z takimi plagami jak przestępczość, demoralizacja, korupcja, obszary nędzy, niewydolność wymiaru sprawiedliwości, cynizm i zanik patriotyzmu szczególnie widoczny wśród młodzieży, pojawiają się pokusy pójścia drogą „na skróty”. Kwestionuje się system demokracji parlamentarnej jako nieskuteczny i nie odpowiadający wyzwaniom epoki, a przede wszystkim z natury swojej oparty na ideologii wrogiej wobec tradycji katolickiej i narodowej. Doświadczenia polskie, podobnie jak w wielu innych krajach Europy Środkowo– –Wschodniej, jeszcze bardziej umacniały to przekonanie. Nie jest to dylemat nowy. Już w latach trzydziestych wybitny polski ekonomista, poseł na Sejm i współtwórca Konstytucji Kwietniowej, profesor Ignacy Czuma uważał system parlamentarnej demokracji liberalnej za niemoralny, gdyż determinuje nienawiść: „…wprowadza ją i autoryzuje. Nie nienawiść stanowi źródło walki, lecz system zdobywania władzy w ustroju parlamentarnym rodzi tę nienawiść, podnieca ją i rozgrzewa” (Roman Wapiński, Historia polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, Gdańsk, 1997). Jest to opinia dobrze pasująca do politycznych i społecznych realiów lat trzydziestych, kiedy wiele narodów i państw kwestionowało tradycyjny model demokracji w zachodnim stylu, jako przestarzały i nieudolny. Wydaje mi się jednak, że po tak wielu nadużyciach i zbrodniach nacjonalizmów, lub też w imię nacjonalistycznych haseł popełnianych, zwłaszcza w latach II wojny światowej, a także w wojnach na Bałkanach, trudno wyobrazić sobie zakwestionowanie na szerszą skalę, w rozmiarach wykraczających poza polityczny margines, modelu demokracji parlamentarnej jako ustroju panującego w Polsce oraz w innych krajach Europy Środkowo–Wschodniej.

Polityka i moralność

Spór polityczny, jaki ma miejsce w Polsce, nie dotyczy wyboru pomiędzy demokracją a dyktaturą, gdyż został chyba ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść demokracji. Dotyczy natomiast modelu demokracji. Czy ma to być demokracja liberalna, nastawiona na zwalczanie wartości i tradycji, wroga wobec chrześcijaństwa, a zwłaszcza wobec katolicyzmu, tym samym tolerancyjna wobec komunizmu i komunistów, co miało praktyczne konsekwencje przy całym problemie rozliczenia przeszłości? Stąd tak wiele relatywizmu i zwyczajnej hipokryzji, dorabiania ideologii o „odpowiedzialności wszystkich za komunizm”, nieustanne podnoszenie „złożoności i trudności w ocenie przeszłości” i konieczności „indywidualnej oceny każdego przypadku”, zdrady, kolaboracji, a nawet zbrodni na rzecz komunizmu, przy jednoczesnym całkowitym, pełnym, konsekwentnym i bezwarunkowym potępieniu nazizmu. Spór o model odbudowywanej demokracji nie został po dziesięciu latach niepodległej Polski rozstrzygnięty i nadal jest obszarem ostrej konfrontacji pomiędzy prawicą a szeroko rozumianym obozem lewicowo–liberalnym. (…) Na konieczność budowania systemu politycznego opartego na fundamencie moralnym wielokrotnie zwracał uwagę ojciec święty Jan Paweł II, który w adhortacji apostolskiej Christifideles laici, mówiąc o udziale chrześcijan w polityce, stwierdzał:

Aby ożywić duchem chrześcijańskim doczesną rzeczywistość, służąc osobie i społeczeństwu, świeccy nie mogą rezygnować z udziału w „polityce”, czyli w różnego rodzaju działalności gospodarczej, społecznej i prawodawczej, która w sposób organiczny służy wzrastaniu wspólnego dobra… Prawo i obowiązek uczestnictwa w polityce dotyczy wszystkich i każdego; formy tego udziału, płaszczyzny, na jakich się dokonuje, zadania i odpowiedzialność mogą być bardzo różne i wzajemnie się uzupełniać.

A wybitny katolicki intelektualista, włoski kardynał Carlo Maria Martini dodaje:

W sposób zgodny z porządkiem moralnym tak chrześcijańskim, jak też zwyczajnie ludzkim, działa ta osoba, która jako cel swojej aktywności politycznej przyjmuje dobro wspólne, a władzę oraz jej sprawowanie traktuje jako środek, jeden ze środków, do urzeczywistnienia dobra wspólnego.

C. M. Martini, Jaka polityka?, Kraków, 1995

Oderwanie polityki od moralności, co jest jednym z podstawowych celów postkomunistów, prowadzi do zastąpienia jej samą socjotechniką, a także, na co zwraca uwagę bardzo wielu komentatorów, masową korupcją i triumfem cynizmu jako półoficjalną ideologią. Produktami takiej polityki są — podobne do siebie, sprawne, ale bezideowe, powierzchowne, wyprodukowane przez sztaby doradców i firmy kosmetyczne oraz zakłady odchudzające — takie postacie jak Tony Blair, Gerhard Schröder, a także Aleksander Kwaśniewski. Zastąpienie wysiłku intelektualnego i moralności socjotechniką owocuje niską frekwencją wyborczą i ułatwia żerowanie w wielu obszarach życia społecznego przeróżnych demagogom, populistom, awanturnikom i arywistom.

Tak jak realia lat trzydziestych w niewielkim tylko stopniu odnoszą się do czasów nam współczesnych, tak również faktycznie zerwana ciągłość pomiędzy II i III Rzeczypospolitą, wydaje się niemożliwa do odbudowania zarówno z powodu olbrzymich i chyba niemożliwych do przełamania problemów prawnych, jak przede wszystkim z powodu braku przekonania do słuszności i racjonalności tej operacji w olbrzymiej większości elit politycznych. Próby zgłaszane przez niektóre środowiska prawicy nie mają raczej szans realizacji. Tak pisze na ten temat Antoni Dudek:

22 grudnia, na posiedzeniu Zgromadzenia Narodowego, Lech Wałęsa złożył przysięgę prezydencką, a następnie — na Zamku Królewskim — odebrał od ostatniego Prezydenta RP na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego przedwojenne insygnia głowy państwa. Wraz z równoległym zignorowaniem Jaruzelskiego, nie zaproszonego na żadną z wymienionych uroczystości, stanowiło to ze strony prezydenta–elekta próbę demonstracyjnego zerwania z epoką PRL i nawiązanie do tradycji II Rzeczypospolitej. Wszelako zerwanie to — proste w wymiarze symbolicznym — okazało się bez porównania trudniejsze w rzeczywistości.

A. Dudek, Pierwsze lata…

Nie było to możliwe chyba nigdzie, a spór dotyczył przede wszystkim wymiaru i treści symbolicznych gestów, zawsze w Polsce istotnych i kształtujących nastawienie opinii publicznej. Wobec tego samego problemu stawały państwa wychodzące z dyktatury, jak Niemcy po II wojnie światowej, albo jednocześnie przezwyciężające rodzimą dyktaturę i obcą okupację, jak Francja po wyzwoleniu w 1944 roku. Problem niemieckiego hymnu państwowego, a nawet państwowego święta, stosunek do antyhitlerowskiego niemieckiego ruchu oporu, nadal w jakimś stopniu dzieli społeczeństwo i jest efektem nie do końca przezwyciężonej przeszłości. Również odzyskująca niepodległość po 123 latach rozbiorów Rzeczpospolita nie nawiązała do Konstytucji 3–Maja, ani też do brutalnie przerwanej państwowości I Rzeczypospolitej. W miarę upływu czasu coraz trudniej będzie określić datę symbolizującą początek Polski wyzwolonej spod komunistycznej niewoli, ponieważ w takiej sprawie musi istnieć stosunkowo duży zakres społecznej akceptacji. Być może takim dniem stanie się kiedyś dzień przystąpienia naszego kraju wraz z Czechami i Węgrami do NATO, a więc 12 marca 1999 roku?

Dziesięć lat (2)
Stefan Niesiołowski

urodzony 4 lutego 1944 r. w Kałęczewie – polski polityk, profesor entomologii, nauczyciel akademicki, publicysta, senator RP, członek PO. Autor między innymi książek Wysoki brzeg (opowiadania więzienne), Niemi...