George Orwell (1903-1950)

George Orwell (1903-1950)

Nie należy przypisywać Orwellowi cech, które pozostały mu obce. To, co się liczy — i co z upływem lat liczyć się będzie coraz bardziej — to jego samotna, niezłomna postawa w latach, gdy godłem większości zachodnich intelektualistów był Wielki Podkulony Ogon. W wieku pogardy dla prawdy i wyrafinowanego cynizmu, wraz z nieliczną garstką podobnych sobie, ocalił honor myśli Europy.

Najbardziej przenikliwe demaskacje marksizmu wyszły spod pióra ludzi nie związanych z lewicą: Misesa, Hayeka, Kucharzewskiego. Ich „prawicowość” jednak powodowała, że intelektualiści lewicowi, zamiast skonfrontować ich książki z rzeczywistością, zadowalali się przylepieniem im etykietki „reakcjonisty”. Znaczenie Orwella polega w dużej mierze właśnie na tym, że na nim takiego zabiegu nie można było wykonać. Był autorem wielu reportaży i książek ukazujących ciężki los klasy robotniczej w Anglii, ochotnikiem w hiszpańskiej wojnie domowej po stronie lojalistów i felietonistą lewicowego tygodnika.

Istotę komunizmu Orwell pojął właśnie w Hiszpanii. Był tam świadkiem przewrotu dokonanego pod kierownictwem importowanych z Sowietów politruków. W ciągu tygodnia bojówki komunistyczne rozgromiły najbardziej zasłużone w dotychczasowej walce oddziały anarchistyczne i trockistowskie (por. Ksawery Pruszyński, W czerwonej Hiszpanii). Sam Orwell i jego żona zawdzięczali ocalenie tylko swoim brytyjskim paszportom. Pisał potem w książce W hołdzie Katalonii: „Wielu naszych przyjaciół zostało rozstrzelanych, inni spędzili długi czas w więzieniach bądź też po prostu zniknęli. Te polowania na ludzi odbywały się w Hiszpanii w tym samym czasie, gdy w ZSRR trwały wielkie czystki: w pewnym sensie je uzupełniały. (…) Te doświadczenia były wszakże cenną lekcją: nauczyły mnie, jak łatwo totalitarna propaganda potrafi podporządkować sobie inteligentne osoby w krajach demokratycznych.”

W swoich cotygodniowych komentarzach w „Tribune” Orwell prezentuje się jako moralista sięgający, gdy nadarzała się okazja, także po zjadliwe szyderstwo. Okazało się, że ten wysoki i szczupły mężczyzna o pociągłej, ascetycznej twarzy jest jednocześnie wielkim satyrykiem, jeśli uznać za satyrę jego pierwszy światowy bestseller Folwark zwierzęcy. Bo też dla czytelników, którzy nie poznali na własnej skórze rzeczywistości realnego socjalizmu, książka ta zawiera przede wszystkim ogromny ładunek gorzkiego komizmu. Wszelkie absurdy doktryny zostały obnażone w sposób równie zabawny, co bezwzględny, a przede wszystkim łatwo zrozumiały dla czytelników. Pewnie dlatego ta niewinna z pozoru książeczka wzbudziła wśród angielskich wydawców prawdziwy popłoch. Podobno kilkunastu z nich odmówiło jej wydania, powołując się na wojenny sojusz brytyjsko–sowiecki, i dopiero mała, nieznana oficyna odważyła się wystawić na gniew „postępowych” kręgów.

W pewnym renomowanym domu wydawniczym zaproponowano Orwellowi publikację pod warunkiem… zmiany świń — które symbolizują bolszewików — na jakieś sympatyczniejsze zwierzęta. Orwell wpadł w szewską pasję i pod wrażeniem tej rozmowy napisał iście wybuchowy wstęp — który po perswazjach przyjaciół jednak wycofał. Jego biograf Bernard Crick odnalazł znacznie później ten tekst i dzięki temu ocalała wspaniała uwaga o „niebezpieczeństwie, jakim dla wolności myśli jest umysł gramofonowy, niezależnie od tego, jaką się nań nakłada płytę”. W zakończeniu znajdujemy odwołanie się do „antycznej wolności, wyznawanej przez Miltona”.

Ale Milton był największym poetą purytańskim; jego „starożytna idea wolności” była po prostu zrozumianym do głębi chrześcijaństwem. Orwell był agnostykiem, ale z całą ostrością dostrzegał dylemat stąd wynikły. W 1944 roku napisał w jednym ze swoich komentarzy: „Prawdziwym problemem naszych czasów jest odnowienie poczucia absolutnego dobra i zła w sytuacji, w której podstawa tego poczucia — przeświadczenie o indywidualnej nieśmiertelności — została zniszczona”.

Jest to temat najsławniejszego dzieła Orwella: książki 1984. Z filozoficznego punktu widzenia jej treścią jest pytanie o istnienie absolutnej, niezależnej od okoliczności hierarchii wartości. Pierwszy ślad koncepcji powieści odnajdujemy w jego felietonie z 4 lutego 1944 roku: „Najstraszliwszą cechą totalizmu jest (…) atakowanie pojęcia obiektywnej prawdy: pragnie on kontrolować zarówno przeszłość, jak i przyszłość”. Na tym opiera się wszechwładza totalitarnego państwa w 1984 — wiemy jednak, że stalinowski Związek Sowiecki niewiele odbiegał od wizji pisarskiej. Nie zwrócono dostatecznej uwagi na to, że państwo to jest ateistyczne. Dlatego, gdy bohater się buntuje, odwołuje się nie do Boga, lecz do czystej matematycznej logiki. Jego oparcie uczuciowe stanowi natomiast namiętny, lecz czysto fizyczny związek ze zmysłową dziewczyną, która nie chce się podporządkować pruderyjnej obyczajowości partyjnych zakazów.

Ale zarówno rozum, jak seks, nie mogą mierzyć się z czystą przemocą oprawców rządzących Oceanią. Winston Smith (bohater) zostaje poddany torturom, w wyniku których jego katu — i partyjnemu intelektualiście zarazem — udaje się zmienić jego psychikę. Odmienionego można już wypuścić na „wolność”.

Powieść ukazała się w 1949 roku w początkach Zimnej Wojny. Tym chyba należy tłumaczyć jej wielką poczytność, mimo skrajnie posępnej atmosfery, jaka ją wypełnia. Rok później pisarz umiera na gruźlicę, jakiej się nabawił w trakcie swoich okresów „życia na dnie”. Na łożu śmierci wyznał, że planuje dalszy ciąg książki, w którym bohaterowi udałoby się zwycięstwo nad wielkimi inkwizytorami Oceanii. Nie powiedział jednak, w jaki sposób.

Jesteśmy mądrzejsi od Orwella po prostu dlatego, że dożyliśmy końca totalizmu jako jednej z ideologii Zachodu (której początki sięgają Państwa Platona). Wbrew przedśmiertnym nadziejom pisarza, historia późniejszych 40 lat dowiodła, że totalitarne państwo rzeczywiście potrafi tak ściśle sprawdzać obywateli, iż nie są oni w stanie sami z siebie go obalić. Jego klęska wynikła stąd, że nie mogło ono kontrolować świata poza swymi granicami — który wystawiał na pośmiewisko jego propagandę. Dobrze to opisał Edward Crankshaw w swojej monografii na temat gestapo, którą zakończył następującą refleksją: „Docierając do najgłębszych przyczyn bankructwa Niemiec, stwierdzić należy, że źródło tego stanu rzeczy tkwi w negowaniu rzeczywistości, która zakłada istnienie bliźnich oraz w próbie zastąpienia tej rzeczywistości abstrakcją”. W tym rozumieniu ideologia totalitarna jest snem na jawie: wyklucza percepcję rzeczywistości taką, jaką ona jest naprawdę — to znaczy w całym jej bogactwie. Policja Myśli jest po to, by wszyscy śnili to samo.

Kultura XX wieku zna chyba tylko jedną umysłowość, która miała podobną wrażliwość społeczną i coś, co trzeba nazwać szczególną intuicją metafizyczną — myślę o Simone Weil. Dlatego sądzę, że dobrze wyraża główną myśl dzieła Orwella to, co filozofka i eseistka Cristina Campo nazwała „naczelną troską” francuskiej pisarki, a mianowicie: „ukrzyżowaniem życia ludzkiego między snem, stanem gwałtownym, w który wtrąca supremacja siły — a czystą uwagą zdolną do uwolnienia od tego snu. Ponieważ niewzruszona uwaga bliska jest świętości, Simone Weil przywraca jej dawną nazwę: miłości nadprzyrodzonej”.

Prawda to rzeczywistość poznawana za cenę bliską tej, jakiej wymaga świętość. W świecie celowo doszczętnie zrelatywizowanym potrzeba nieledwie heroizmu, by ją osiągnąć; Simone Weil nazwałaby go darem Łaski.

Oczywiście nie należy przypisywać Orwellowi cech, które pozostały mu obce. To, co się liczy — i co z upływem lat liczyć się będzie coraz bardziej — to jego samotna, niezłomna postawa w latach, gdy godłem większości zachodnich intelektualistów był Wielki Podkulony Ogon. W wieku pogardy dla prawdy i wyrafinowanego cynizmu, wraz z nieliczną garstką podobnych sobie, ocalił honor myśli Europy.

George Orwell (1903-1950)
Piotr Skórzyński

(ur. 11 stycznia 1952 r. – zm. 3 czerwca 2008 r. w Warszawie) – polski publicysta, poeta, krytyk i eseista, studiował filozofię, socjologię i polonistykę, działacz opozycji politycznej w PRL, publikował też pod pseudonimem Krzysztof Raszyński....