Modlitwa Piotrusia

Modlitwa Piotrusia

Dlaczego tak głupio żyjemy? Wszystko się pomieszało. Wymieszał się też świat dorosłych i dzieci. Nie wiem, czy zeszłe pokolenia były mądrzejsze, ale ich zachowanie, myślenie, wypowiedzi, wzajemne relacje nie były wystawione na bezpośrednią obserwację dzieci i ich komentarz. Dzieci nie mogły się tak bezpośrednio przypatrywać dorosłym. Dziś nie ma dystansu. Dziecko widzi, że „rodzic jest nagi”.

Kłótnia

Było to po Pierwszej Komunii Tomka. Trwał Biały Tydzień. Ksiądz powiedział, by do ołtarza podeszły dzieci, które wczoraj po raz pierwszy do swego serduszka przyjęły Pana Jezusa i poprosiły Go o to, na czym im najbardziej zależy. On na pewno wysłucha ich prośby. Pierwsza dziewczynka poprosiła o zdrowie i siły dla proboszcza. Druga o zdrowie dla Papieża. Trzecie dziecko modliło się o pomyślność rozpoczynających się za tydzień misji w parafii. W kolejnych modłach zanoszonych przez dzieci czuć było opiekę pani katechetki. I wtedy nagle stało się coś, co zakłóciło odświętny i budujący nastrój. Do ołtarza podszedł Piotruś. Poprosił Pana Boga o to, żeby jego rodzice już się więcej tak bardzo nie kłócili. Matka dziecka, usłyszawszy te słowa, struchlała. Ojciec wzniósł oczy do nieba. Sekunda zmieszania, lekkie chrząknięcia. I proboszcz poprowadził dalej liturgię, jakby słowa, które przed chwilą padły od ołtarza, w niczym go nie zaskoczyły albo ich nie dosłyszał. Wychodzący z kościoła z rozbawieniem komentowali zdarzenie. A przecież zadowolenie większości tych rozweselonych widzów brało się jedynie z tego, że ich dzieci — przynajmniej tego dnia — nie były równie szczere, co Piotruś.

Modlitwa Piotrusia nagle uzmysłowiła mi smutną sprawę. Jakoś tak się stało, że kłótnia stała się w naszym domu zjawiskiem normalnym, by nie powiedzieć, chlebem codziennym. Jest częstym początkiem wspólnego zasiadania do posiłku czy też jego zakończeniem. Ja, żona i trójka dzieci. Każdy z nas wnosi parę swoich drewienek pod ogień konfliktu.

Jak to się stało, że kłótnia przy stole stała się naszą codziennością? Każdy z nas, siadając do posiłku, przynosi bagaż obciążeń. Ja i żona — konflikty z pracy. Dzieci — stresy i frustracje ze szkoły. Nikt z nas nie jest osobnikiem szczególnie miłującym kłótnie. Z ich powodu cierpimy wszyscy i wszyscy chcemy z nimi skończyć. Jednak wbrew naszym pragnieniom kuchenny stół stał się miejscem detonowania ładunków. Każdy w swoim czasie przejmuje pałeczkę i bierze w swoje ręce inicjatywę w rozniecaniu swarów. Pewnego dnia przychodzi ze szkoły czy z pracy ze szczególnym poczuciem męczeństwa i upokorzenia. I wtedy wciela się w niego demon kłótni. Rodzina wkracza do akcji: „Coś taki naburmuszony?” Na razie staram się nie reagować i wpatruję się w jeden punkt. Człowiek liczył w duchu na współczucie, na jakieś słowa, które pozwolą mu zapomnieć o przeżytym w pracy upokorzeniu, a tu musi odpowiadać jeszcze na oskarżenia. „Miałem ciężki dzień” — odpowiadam, choć wiem, że to nic nie da. „A kiedy ty nie miałeś ciężkiego dnia!?” Parę takich zaczepek jeszcze przełknę, ale potem ruszam do ataku…

Trzeba być świętym, żeby to wytrzymać. Albo przynajmniej przyjąć radę św. Wincentego Ferreriusza. Legenda głosi, że pewnego razu przyszła do niego kobieta i poczęła w gorzkich słowach skarżyć się na swego męża. „Idź do naszego klasztoru — rzekł Święty — i powiedz furtianowi, żeby ci dał trochę wody z klasztornej studni. A kiedy twój mąż przyjdzie do domu, weź odrobinę tej wody w usta. Nie pij jej jednak, tylko trzymaj ostrożnie w ustach. Wtedy przeżyjesz cud!” Kobieta wiernie wykonała polecenie Świętego. Kiedy mąż przyszedł wieczorem do domu i zaczął dawać upust swemu złemu humorowi i niecierpliwości, żona szybko sięgnęła po cudowną wodę, zacisnęła wargi, aby nie uronić z ust ani kropli. I rzeczywiście! Wkrótce mąż zamilknął. Burza tego wieczoru minęła nad wyraz szybko. Jeszcze kilka razy kobieta użyła tajemniczego środka: zawsze z tym samym cudownym skutkiem. Mąż od tej pory był jak odmieniony. Obsypywał ją znów słowami pełnymi miłości, a nawet wychwalał jej łagodność i cierpliwość. Woda spowodowała milczenie, a milczenie przyniosło spokój i odmianę.

Co jakiś czas świadomie stosuję radę św. Wincentego i rzeczywiście z powodzeniem. Nie zawsze jednak stać mnie na to lekarstwo, bo i też nie jestem święty. Tkwi we mnie — i przypuszczam w wielu z nas — jakieś irracjonalne przekonanie, że gdy „powiem swoje”, to mi ulży. Niestety, zwykle „powiedzenie swego” nie przynosi ulgi, a sprowadza raczej piekło.

Nieraz zadaję sobie pytanie, co jest u nas pierwotne: konflikty rodzinne, które nas wypalają, czy sytuacja, która nas do nich prowadzi? Kłótnie są efektem problemów, które każdy z nas nosi. Mają nas one z tych problemów oczyścić, lecz niestety, tylko je pomnażają. Oprócz konfliktu z szefem, mamy teraz dodatkowy problem z małżonkiem czy z dzieckiem.

Na szczęście w każdego z nas wciela się też anioł pojednania. Z reguły ktoś bierze na siebie trud rozładowania sytuacji, stworzenia miłej atmosfery. Anioł czuwa nad nami.

Najgorszy wiek

Byłem przekonany, że z wiekiem będę coraz mądrzejszy, a więc łatwiej będzie mi się żyło z ludźmi, a tu klops. Osiągnąłem wiek średni i dowiedziałem się z mądrej książki, że to najgorszy okres dla człowieka. Rodzice borykają się z problemami związanymi z utratą młodości, która jeszcze przed chwilą wydawała się czymś tak oczywistym, a ich dzieci zaczynają dojrzewać. Oba pokolenia nie potrafią sobie dać ze sobą rady.

Mam poczucie, że niewiele osiągnąłem i że niewiele więcej osiągnę. W pracy zawodowej genialnych rezultatów nie odnotowałem. Może brak talentu, a może to wynik tego, że muszę zajmować się szarzyzną dnia i chałturzyć, zamiast rozwijać się w mojej dziedzinie. Moi rówieśnicy prawie już dostają profesurę, a ja pewno dokonam żywota jako „doktorek”. Z drugiej strony ta moja dziedzina niewiele moich najbliższych interesuje. Wyjazdy na sesje, referaty, od czasu do czasu opublikowany artykuł. „No pewno, ty się realizujesz — często pada argument w chwilach rozliczeń — tylko niewiele z tego wynika dla rodziny, a najmniej — pieniędzy”. Nie umiem zarabiać, kraść nie będę. Do niczego się nie nadaję. W wyjściu z tego przeświadczenia nie pomagają dzieci, które często prezentują postawę wyłącznie roszczeniową. Ciągle potrzebują pieniędzy, tylko skąd je brać? Pracując na uczelni, niewiele przynoszę do domu, starcza zaledwie na opłacenie rachunków. Skąd wziąć na resztę? I to właśnie gimnastyka, aby zdobyć na tę resztę, jest głównym źródłem nieporozumień.

A dzieci chciałyby mieć tatusia, ale żeby dodatkowo miał on zasobny portfel. Nie wiem, czy w obecnych czasach to możliwe. Może nielicznym udaje się harmonijnie kultywować życie rodzinne i zarabiać na bezstresowe życie tak, aby każdy rachunek nie wywoływał strachu, a każda nie wkalkulowana wcześniej potrzeba finansowa — agresji, nie wiadomo przeciw komu skierowanej.

Moje gonienie za pieniądzem nie przynosi zadowalających owoców. Nieraz czuję, że tej pogoni duszę sprzedaję, a guzik z tego wychodzi. Wartości duchowe tracę, a materialnych nie zyskuję tyle, żeby dały jakieś wymierne zadowolenie. Kiedyś powiedziałem o swoich kłopotach księdzu na spowiedzi. Zapytał mnie, czy próbuję od czasu do czasu odświeżyć uczucia, czy stać mnie, by przynieść żonie kwiat albo zaprosić ją do restauracji. Na restaurację mnie nie stać. Za jedno wyjście do restauracji rodzina może wyżywić się przez parę dni. Od tego czasu próbuję co jakiś czas przynieść żonie kwiatek… Nie mogę poprzestać jednak na tym usprawiedliwieniu. Przecież za stosunkowo niewielkie pieniądze mogę raz na jakiś czas zdobyć się na to, by przygotować w domu kolację z kulinarną niespodzianką, zapalić świecę. Włączyć muzykę. Muszę to jednak zrobić dla nas samych, dla żony i dzieci, a nie wtedy, gdy przychodzą goście. Nauczyć się odświętnie żyć dla nas samych. To pewnie tak samo jak z ubiorem, gdy wychodzę do ludzi, ubieram się jak należy, a po domu chodzę byle jak. Staram się na nowo być atrakcyjnym dla samych domowników. Dla nich mieć poczucie humoru, propozycje, twórcze działania. Rozwijać swoje talenty w domu.

Jak to się działo, że moi rodzice mieli mniej ode mnie, a jakby wszystkiego więcej, zwłaszcza czasu. Chociaż może tu mitologizuję? Nie wiem. Ale tak było. Rodzice znajdowali czas dla siebie. Pamiętam ojca, jak często zabierał matkę do kina. A ja? Dłubię zawsze swoją robotę do późna. Wieczorem jestem tak zmęczony, że nawet przez głowę mi nie przejdzie myśl, by wybrać się do miasta, tym bardziej, że nasze nowe osiedle jest położone daleko od centrum. Co najwyżej raz na jakiś czas wypożyczę kasetę wideo i kupię butelkę piwa, żeby się odprężyć. Życie składa się z harówki i myśli o odpoczynku. Zapomnieć, odreagować. Wreszcie nie myśleć. Żyję skokami. Pokonać jakąś przeszkodę, czyli pracę, a potem nagroda — odprężenie. Skoro moi rodzice potrafili żyć „pełniej” w czasach trudniejszych, to jest to dla mnie jakaś wskazówka. Świat wariuje, ale nie może to stanowić dla mnie totalnego usprawiedliwienia.

Nuda

Rezygnujemy z żoną z większości weekendów, urlopów po to, by jakoś dorobić. Spłacić rachunki, no i od czasu do czasu wbrew logice zafundować sobie jakąś rzecz, wcale nie pierwszej konieczności. Lampa, rama do obrazu. Pomimo że nam brakuje na rzeczy podstawowe, wymyślamy jeszcze „niepotrzebne potrzeby”. W chwilach „konsumpcyjnej solidarności” dochodzimy do wniosku, że to a to przydałoby się zmienić, bo albo już nie możemy na to patrzeć, albo jakiś sprzęt jest przestarzały, itd. Wytwarzamy jakąś iluzję, że kiedy to czy to zmienimy, nabędziemy, ułatwi to nam życie. Po części to prawda. Człowiek nie może się zredukować do rzeczy tylko koniecznych. Umawiamy się, że jeszcze damy trochę więcej z siebie, aby można było kupić nową lodówkę czy pralkę, a w tym czasie nasze dzieci się nudzą… Zjawisko za moich czasów nieznane. Nasze dzieci powiadamiają nas, że nie mają co robić. Nigdy bym się nie odważył wyznać czegoś podobnego moim rodzicom. Zabawa, przyjemność, była w moim dzieciństwie nagrodą za wykonaną pracę. Jeżeli nie widziałbym, co z sobą począć, to już mój ojciec potrafiłby mnie zatrudnić.

To nie ja chodzę do szkoły

Osobną zupełnie sprawą, która doprowadza mnie często do irytacji, są bezustanne prośby, a nawet żądania moich dzieci, by pomagać im w lekcjach. Nie pamiętam, żeby moi rodzice pomagali mi w odrabianiu zadań domowych. Owszem, może były jakieś wyjątkowe sytuacje, ale nie było normą uczenie się razem z rodzicami. A moje dzieci bezustannie czegoś nie rozumieją i zgłaszają się o pomoc, najczęściej do żony. Albo nie uważają na lekcji, albo nauczyciel źle tłumaczy, albo programy są przeładowane. Właściwie te trzy czynniki się sumują. Raz jest człowiek zły na dziecko, bo widzi jak zwykłe lenistwo chce pokryć niezrozumieniem tematu. „Czy to ja chodzę do szkoły?” — co rusz pytam moje dzieci. Następnego dnia widzę jednak, że ewidentnie sprawę źle wyjaśnia dzieciom nauczyciel. Próbuję nie wypowiadać się, by nie podważać jego autorytetu. I wreszcie największą agresję wzbudzają we mnie przeładowane programy. Szczególnie dotyczy to liceum. Widzę, jak córka ślęczy do późnej nocy, kosztem zdrowia fizycznego i psychicznego, wkuwa rzeczy, które za miesiąc w połowie jej ulecą, a po wyjściu ze szkoły zapomni prawie w stu procentach. Poddajmy testom dorosłych i przekonajmy się, jaki procent materiału szkolnego pamiętają, albo w sposób efektywny im w życiu pomaga. Przypuszczam, że byłby niebywale niski. Więc po co to wszystko, te nerwy, szarpanina, egzaminy? Nauka w służbie stresu?

Kto uczy moje dzieci?

Kim ja jestem dla swoich dzieci? Żyję głupio, zarabiam mało, kłócę się z żoną i z dziećmi. A kiedy się nie kłócę, opowiadam im, jak się kłócę z szefem albo z kolegą w pracy. Moi rodzice nigdy się przy mnie nie kłócili. Nie pamiętam, aby kłócili się przy stole, czy w ogóle w naszej, dzieci, obecności. Pewno się kłócili, bo przecież nie byli aniołami, robili to jednak tak dyskretnie, że my nie byliśmy tego świadkami. Muszę za wszelką cenę zmienić „proporcje tematyczne” w naszych rozmowach. Przestać rozpamiętywać swoje bóle, bez względu jak wdzięczny wydawałby mi się ten temat. Mówić o sprawach pozytywnych. Rozmawiać więcej o dzieciach. Muszę zrozumieć, że ja z moimi problemami w pracy nie jestem ani pępkiem świata, ani nawet mojej rodziny.

Moje dzieci żyją jakimś światem, do którego niestety mam coraz mniejszy dostęp. Nie jestem wyrodnym ojcem. Nie jestem też tatusiem, który jak to w niedalekiej przeszłości bywało, wyjeżdżał do Libii czy Iraku, przysyłał rodzinie pieniądze, a rodzina znała go ze zdjęcia. Poświęcam swoim dzieciom czas. Ale widocznie za mało.

Przychodzi wieczór, chcemy pobyć sami z żoną. „Idź, zajmij się lekcjami” — mówimy do dzieci. I pada natychmiast odpowiedź: „Wyganiacie mnie, bo mnie nie kochacie”. Jakoś dziwnie wcześniej nie dopominały się o to uczucie, gdy wpatrzone były w telewizor. Ale teraz można instrumentalnie wykorzystać to „szlachetne” żądanie.

Esmeralda

Prawdziwym partnerem dla moich dzieci jest telewizja. Szczególnie dla dwóch młodszych, które chodzą do podstawówki. Magda, która jest już w liceum, ma swój świat i nie ma czasu na nią czasu. Jeśli chodzi o mnie, to w sprawach programu jestem osobnikiem nad wyraz niekompetentnym. Nie oglądam telewizji, z rzadka rzucę okiem na „Wiadomości”. Nie wiem, jakie programy w niej idą. Zatem jedyne, na co mnie stać, to zabronić co jakiś czas na chybił trafił oglądać dziecku tego wstrętnego „pudła”. Czynię to, kiedy spostrzegam, że ślęczy już przed nim którąś godzinę z rzędu, albo teksty dochodzące mnie z ekranu świadczą, że nie jest to film adresowany do dzieci. Parę miesięcy temu, działając w trosce o morale naszej dziesięcioletniej córeczki, zabroniliśmy jej oglądania serialu Esmeralda. Wkrótce po tym fakcie znalazłem się na przyjęciu imieninowym u mojej nauczycielki z podstawówki, osoby, która do dnia dzisiejszego pozostaje dla mnie autorytetem moralnym. Kiedy wybiła godzina osiemnasta całe towarzystwo zatopiło się w ekranie telewizora — porzuciło sztućce, sałatki, dysputy o księdzu Rydzyku, Kwaśniewskim, Buzku i jak zahipnotyzowane wlepiło oczy w ekran. „Jak to? — zapytałem — to ja mojej córce zabroniłem oglądania tej szmiry, a wy tu nawet na imieninach na to patrzycie?” „Oj, źle pan zrobił — odpowiedziała jedna z pań — To bardzo mądry i pouczający film”. „A co pani o tym myśli?” — spytałem mojej nauczycielki. „Ja bym na twoim miejscu nie zabraniała oglądać jej tego filmu. Wiesz, w porównaniu z innymi serialami ten ma szlachetne przesłanie, pokazana jest piękna miłość, może naiwna, ale piękna…” Wróciwszy do domu, powiadomiłem żonę, że musimy zmodyfikować nasze stanowisko. I tak oto dzięki wstawiennictwu mej starej wychowawczyni nasze dziecko mogło oglądać Esmeraldę. Potem przyszedł czas na Paulinę, kolejny tasiemiec. Znowuż jestem bezradny, nie wiem, czy to film dla mego dziecka.

Nie stać mnie psychicznie na oglądanie seriali z dziećmi. Choć ostatnio zrobiłem wyłom i oglądałem z satysfakcją Dom. Niestety, młodsza widownia musiała opuszczać co jakiś czas pokój, bo niektóre sceny nie nadawały się dla małolatów. Jest to rzeczywisty problem. Nawet dobre filmy nafaszerowane są scenami łóżkowymi, trudnymi wcześniej do przewidzenia. Wspólne oglądanie filmów może mieć bardzo dobry wpływ na integrowanie rodziny. Moje dzieci uwielbiają na przykład wypożyczanie filmu familijnego. Powinienem wykorzystać ten moment, że one tego chcą, że cieszą się na ten wieczór. Szczególnie gdy dla każdego domownika kupimy też coś atrakcyjnego do zjedzenia. Takie nasze małe „multikino”.

Z kim mogą bawić się moje dzieci

Powiedziałem już dosyć krytycznych uwag o sobie i swojej rodzinie. A przecież, porównując się z otoczeniem, widzę, że nie jest jeszcze tak źle. W naszym „młodym” bloku parę rodzin już się rozpadło. Z ich mieszkań jeszcze nie tak dawno dochodziły coraz bardziej podniesione głosy, aż w końcu ucichły. Nie wyrobili zakrętu. Nam zawsze jakoś udaje się z tych naszych kłótni wychodzić. Nawet w pewnym momencie stwierdziłem, że jesteśmy kochającą się „włoską rodziną”. „Kto się czubi, ten się lubi”. Chwile bywają burzliwe, ale potem niebo zawsze się rozpogadza.

Jednym z najczęściej dyskutowanych z żoną problemów jest ten, z kim powinny bawić się czy zadawać nasze dzieci. Chodzi tu znów tylko o młodsze. Na kontakty starszej córki nie mamy już wpływu. Tomek chodzi do drugiej klasy. Jego kolegą z ławki był do niedawna Andrzejek. Pewnego dnia zgadaliśmy się w sklepie z mamą innego ucznia z tej samej klasy. Udzieliła nam gorącej rady: „Niech państwo jak najszybciej przeniosą Tomka do innej ławki. Rodzice Andrzeja oglądają filmy pornograficzne, a z ich filmoteki korzysta Andrzejek.” Próbowaliśmy zlekceważyć problem, może kobieta przesadza. Wkrótce jednak zaczęły do nas docierać niepokojące sygnały. Nasze dziecko zaczęło używać tu i ówdzie wyrazów, których proweniencja była aż nazbyt czytelna. Co robić? Iść do nauczyciela i zażądać przeniesienia Tomka do innej ławki? I co powiedzieć? Że rodzice Andrzeja oglądają filmy pornograficzne? Dzięki Bogu wkrótce sytuacja sama się rozwiązała. Rodzina Andrzeja niespodziewanie przeprowadziła się. Niestety, w przyrodzie nie ma próżni. Za chwilę zobaczyliśmy, że nasze dziecko przechadza się w towarzystwie Moniki, palącej papierosy. Pali pewnie dlatego, bo jej rodzice dymią co nie miara. Z Moniką w ogóle jest problem jeszcze inny. Nie chce chodzić do kościoła, bo „ją to nudzi”. Wraz z rodzicami mieszka na naszej klatce schodowej i kiedyś mimo woli żona była świadkiem takiej oto scenki. Mama wypychała Monikę do kościoła. „Wy też nie chodzicie” — odpaliła dziewczynka. A matka oburzona krzyczy: „Czy ty wiesz, ile ja musiałam się nachodzić do kościoła, jak byłam w twoim wieku?!”

* * *

Żyjemy w takim świecie, a nie innym. Co robić? Schować telewizor, zamknąć drzwi do domu, nie wpuszczać koleżanek, nie wypuszczać dzieci na dwór? Najlepiej jeszcze przenieść je do szkoły społecznej. Chociaż gwarancji praktycznie żadnej nie ma, że środowisko tam lepsze. Jedyne co pewne, że trzeba będzie wydać więcej pieniędzy na edukację dziecka, których i tak nie ma skąd brać.

No więc co? Być samemu dla dzieci przykładem i modlić się, żeby chciały z niego skorzystać. Tylko że nie brak sytuacji, gdzie rodzice porządni, a dziecko wyrodne. Nie ma praktycznie żadnych reguł w tej mierze. Wpływ rodziców na dziecko coraz bardziej się kurczy. Podstawowymi autorytetami dla dziecka jest środowisko rówieśników i media. Jedna głupia uwaga koleżanki czy kolegi w szkole potrafi doprowadzić je do głębokiej depresji czy uniesienia. Uwagi rodziców obijają się jak groch o ścianę.

Dlaczego tak głupio żyjemy? Wszystko się pomieszało. Wymieszał się też świat dorosłych i dzieci. Nie wiem, czy zeszłe pokolenia były mądrzejsze, ale ich zachowanie, myślenie, wypowiedzi, wzajemne relacje nie były wystawione na bezpośrednią obserwację dzieci i ich komentarz. W moim domu rodzice mieli swój pokój, do którego, owszem, wchodziliśmy, ale musieliśmy mieć na to pozwolenie. Dzieci nie mogły się tak bezpośrednio na co dzień przypatrywać dorosłym. Dziś nie ma dystansu. Dziecko widzi, że „rodzic jest nagi”.

Mógłbym dokładać jeszcze tych swoich refleksji o moim życiu rodzinnym, ale są one dziś dla mnie mało istotne. Najważniejsze jest to, że poczułem ogromną potrzebę odmiany. Za cenę świętości, rezygnacji z siebie, muszę zacząć inaczej patrzeć na swoje miejsce w rodzinie. To cud, że przy mojej niedojrzałości nasza rodzina trwa i poza kłótniami ma się dobrze. Ale nie mogę liczyć, że tak będzie zawsze. Kiedyś o jedno słowo może paść za wiele i potem ciężko będzie o nim zapomnieć.

Myślę, że nie na darmo znalazłem się tamtego dnia w kościele, kiedy Piotruś zanosił swoją modlitwę. Nie dotyczyła ona tylko jego rodziców. Dlatego chcę się w nią włączyć. Każdego dnia znajdować sposób na ożywienie naszego rodzinnego życia. Dać coś od siebie dla życia rodzinnego. Skończyć z poczuciem, że skoro ja cały czas pracuję dla rodziny, to po powrocie do domu mam prawo oczekiwać, że wszyscy będą okazywali zrozumienie dla moich problemów. Nawet gdy taki brak zrozumienia wykazali, cieszyć się z tego, bo to pozwala zapomnieć o moim „ja”. Każdego dnia będę przeprowadzał rachunek sumienia, na ile udało mi się zapomnieć o moich „słusznych problemach” i spożytkować tę energię dla zbudowania mojej rodziny. Dziękuję Ci, Piotrusiu!

Modlitwa Piotrusia
Paweł Tylicki

urodzony w 1955 r. – pracownik naukowy uniwersytetu, żonaty, mieszka na Śląsku....