Ojcze nasz

Znana i wciąż nowa! Paradoksalnie moglibyśmy powiedzieć, że Ojcze nasz jest modlitwą „świetliście tajemniczą”. Tylko z wiarą przyzywany Wewnętrzny Nauczyciel, jakim jest Duch Jezusa, może nas ostatecznie wprowadzić w jej misterium. Medytacja Słowa Bożego i doświadczenie życia z jego problemami i cierpieniem powoli będą rozświetlać wezwania tej modlitwy, objawiając nam coraz pełniej ich niewyczerpaną głębię.

Adorujące błogosławieństwo

Tradycyjne wyrażenie „Modlitwa Pańska” (to znaczy modlitwa Pana) oznacza, że modlitwy do naszego Ojca w niebie nauczył nas i dał ją nam Pan Jezus.

Jezus nie pozostawia jednak jakiejś formuły do mechanicznego powtarzania. Podaje nie tylko słowa naszej synowskiej modlitwy, ale równocześnie daje Ducha, przez którego stają się one w nas „duchem i życiem” (J 6,63).

Moc Ducha, która wprowadza w Modlitwę Pańską, jest wyrażona w liturgiach Wschodu i Zachodu za pomocą bardzo pięknego, typowo chrześcijańskiego wyrażenia parrhesia, które oznacza szczerą prostotę, synowską ufność, radosną pewność, pokorną śmiałość, pewność bycia kochanym.

Pierwszym słowem Modlitwy Pańskiej jest adorujące błogosławieństwo, zakorzenione w przekonaniu wiary, że wypowiadać w prawdzie słowa tej modlitwy, to znaczy wierzyć, że naszemu autentycznemu dobru służy zarówno to, co nam w życiu wychodzi, jak i to, co nam nie wychodzi oraz że Bogu bardziej na nas zależy niż nam samym na sobie!

Nie jest to zatem modlitwa, która by nas „asekurowała”, ukrywała. Przeciwnie, bardziej niż jakakolwiek inna jest to modlitwa, która nas objawia, czyni bezbronnymi i angażuje: Ośmielamy się mówić…, dlatego jesteśmy zobowiązani być dziećmi Bożymi całą rozciągłością naszego życia.

Radykalny wybór!

Kiedy Jezus każe swoim uczniom ukryć się w zaciszu swej izdebki, aby się modlić do Ojca, wie dobrze, że również Ojciec się ukrywa, abyśmy Go szukali bezinteresownie i z czystej miłości do Niego.

Im bardziej ktoś pragnie szukać oblicza Ojca, tym bardziej powinien się ukryć przed spojrzeniem ludzi. Im ktoś żarliwiej i intensywniej wzywa imienia Ojca, tym głębsze i dotkliwsze staje się milczenie Boga. Jest to niepojęty paradoks! Nie jest w stanie tego zrozumieć człowiek, którego relacja do Boga jest tylko formalna, chłodno poprawna, kurtuazyjna.

Jeśli zatem decydujesz się poświęcić swoje życie Ojcu Światłości, nie możesz uniknąć dokonania radykalnego wyboru, ponieważ w tej dziedzinie nie ma trzeciej drogi ani półśrodków. Pozostaje ci albo być widzianym przez ludzi, albo być widzianym przez Ojca, który widzi w skrytości.

Dotyczy to oczywiście głębi naszego serca, a nie tylko czasu poświęconego na modlitwę. Jesteśmy bowiem ekspertami od „siedzenia na dwóch stołkach”: chcemy wybrać spojrzenie Ojca, ale równocześnie chcemy, żeby ludzie o nas zbytnio nie zapominali i choć trochę o nas mówili.

W tym szczególnym roku musisz zdecydowanie wybrać Boga Ojca, wiedząc, że odtąd nie żyjesz dla świata. Zresztą ludzie, nawet najbliżsi, dadzą ci to odczuć, ponieważ na ogół mają bezlitosną alergię na Boga.

„Niewymowne wzdychania Ducha”

Znana i wciąż nowa! Paradoksalnie moglibyśmy powiedzieć, że Ojcze Nasz jest modlitwą „świetliście tajemniczą”. Tylko z wiarą przyzywany Wewnętrzny Nauczyciel, jakim jest Duch Jezusa, może nas ostatecznie wprowadzić w misterium tej modlitwy.

Medytacja Słowa Bożego i doświadczenie życia z jego problemami i cierpieniem powoli będą rozświetlać wezwania tej modlitwy, objawiając nam coraz pełniej ich niewyczerpaną głębię. Aż wreszcie, któregoś dnia nasze Ojcze Nasz wytryśnie naprawdę z naszego najgłębszego wnętrza. Wtedy będziemy wiedzieć wszystko! Bóg sam nam wystarczy!

„Bóg posłał do naszych serc Ducha Syna Swego, który woła: Abba, Ojcze!” (Ga 4,6). To Duch Święty jest Tym, który rozlewa w sercu człowieka poczucie synostwa Bożego, które pozwala nam czuć się synami Bożymi — nie tylko wiedzieć, że nimi jesteśmy. Niekiedy to fundamentalne działanie Ducha Świętego realizuje się w sposób gwałtowny i mocny… Jednak ten intensywny sposób poznania Ojca, tutaj na ziemi nie trwa długo.

Szybko powraca czas, w którym wierzący mówi „Abba”, nie „czując” niczego i powtarza to jedynie na skutek przykazania Jezusa. Jest to chwila, w której można powiedzieć: im mniej to wołanie czyni szczęśliwym wołającego, tym bardziej podoba się Ojcu. Ponieważ właśnie wtedy jest zanoszone z czystą wiarą i w bezwarunkowym synowskim zaufaniu!

Święć się imię Twoje!

Co znaczą słowa: „Niech się święci”? Nie chodzi bynajmniej o wyrażenie życzenia, aby się stał świętym Ten, który powiedział: „Bądźcie świętymi, ponieważ ja jestem święty”, tak jak gdyby nasze pieśni pochwalne mogły cokolwiek dodać do Jego świętości! Ale to nie jest tak. Natomiast: niech się święci Twoje imię w nas, abyśmy również zostali ogarnięci Jego świętością (św. Ambroży).

Ktoś z wielkim realizmem określił świętość jako „niepowodzenia Boga w kamiennym sercu człowieka”. Zapewne wielu ludzi pragnie świętości, nie zdając sobie sprawy z tego, że wymaga ona głębokiego nawrócenia serca.

Kiedy Duch Święty pragnie kogoś przywieść do świętości, nie rozpoczyna od oświecenia jego umysłu ani też od wzbudzania w nim niezwykłych uczuć czy nadzwyczajnych przymiotów moralnych; zaczyna od skruszenia jego serca tak, iż pierwszym naszym odczuciem staje się świadomość, że jesteśmy grzesznikami w obliczu Jego świętości.

Paradoksalnie, droga świętości, zanim pozwoli nam odkryć słodycz przyjaźni Chrystusa, każe nam przede wszystkim odkryć hardość naszego serca. Większość z nas, niestety, wycofuje się w obliczu tego rodzaju zbijającej z tropu „propozycji”. Wówczas, tak jak zaproszeni na ucztę, szukamy wszelkiego rodzaju usprawiedliwień: relacje, praca apostolska, samospełnienie. Wcale nam się nie spieszy nawiązać tego rodzaju relację z Bogiem. Poważnie wówczas ryzykujemy, że staniemy się „niedoszłymi świętymi!”, a imię Pana nie dozna chwały w naszym życiu…

Przyjdź Królestwo Twoje!

Wezwanie: Przyjdź Królestwo Twoje! pobudza do nawrócenia i przypomina, że każdy dzień naszego życia powinien być poszukiwaniem Królestwa Bożego ponad wszelką inną wartością.

Przenikanie Królestwa Bożego w nas oraz nasze stopniowe zanurzanie się w tajemnicy Boga stanowi apogeum — szczyt każdego autentycznego życia duchowego. Jest to nic innego jak nieustanna ekspansja Ducha Świętego w nas, wzywanego codziennie w Modlitwie Pańskiej jako „Królestwo Boże” (w niektórych wersjach). Ściślej mówiąc, Ono znikąd nie przychodzi, ale wciąż „staje się” w nas.

Królestwo Boże jest oczywiście również widzialne. Posiada strukturę społeczną i wciela się w historię, geografię i całą rzeczywistość tego świata. Jednak, choć jest na świecie, nie jest z tego świata. Jest Ono istotowo nadprzyrodzone. Bóg pragnie, aby nasz współudział w budowaniu Jego Królestwa był wyrazem wewnętrznej witalności i przejrzystości. Bóg chociaż się nami posługuje, to jednak nas nie potrzebuje (św. Eugeniusz de Mazenod).

Poprzez dar chrztu świętego w najskrytszej głębi naszego bytu został złożony zaczyn Królestwa Bożego. Ale jest również jeszcze we mnie rozległy obszar życia, gdzie wiele moich działań, myśli, pragnień, afektów nie jest w pełni „nasyconych” i przenikniętych duchem Królestwa. Jest to rodzaj „podziemia” mego życia… Tymczasem, powinienem przede wszystkim „być” Królestwem Bożym, zanim zacznę prawdziwie i owocnie dla Niego „działać”.

Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi!

To wezwanie w sposób istotny i decydujący uzupełnia pierwszą część Ojcze Nasz. Gdyby bowiem ludzkość spełniała wolę Bożą, imię Ojca byłoby uświęcone, a w pojednanym świecie zapanowałoby Jego Królestwo.

„Wola Ojca” — stoimy tu u progu największej tajemnicy. W Chrystusie, dzięki Jego ludzkiej woli, wola Ojca została wypełniona w sposób doskonały i raz na zawsze. Jezus w czasie agonii w Ogrójcu powiedział Ojcu bezwarunkowe „tak”. Jezus, „drżąc z bojaźni”, pierwszy poznał okrutny dystans, jaki może dzielić to, co ja chcę, od tego, co Ty chcesz. Odtąd ta Jego zgoda wystarcza, aby wszystkie nasze bunty i odmowy posłuszeństwa Bogu zniknęły w miłości nieskończonej.

Charles Peguy nazywa ten fragment Ojcze Nasz „słowem wśród wszystkich niepokonanym”. Niepokonanym! Tak — wobec Boga, którego gniew i sprawiedliwość rozbraja ten właśnie prosty okrzyk, to „tak” człowieka, ofiarowane Jego miłości.

Tragedią naszego życia jest to, że odmowa poddania się współistnieje z pewną zgodą. Nie jest więc rzeczą możliwą, by człowiek mógł na serio powiedzieć: „nie jak ja chcę, ale jak Ty”, nie doznając w sobie okruchu z trwogi Getsemani. W granice Boga nie można wejść jedynie w oparciu o własne działanie, nawet najbardziej wspaniałomyślne. Jedynie krzyż–cierpienie wprowadza nas ostatecznie w granice świętej woli Ojca!

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!

Daj nam: słowa te wyrażają głęboką ufność dzieci, które oczekują wszystkiego od swego Ojca. On „daje pokarm w swoim czasie” (Ps 104). Jezus uczy nas tej prośby; w rzeczywistości wysławia ona Ojca, ponieważ uznaje, że jest On dobry ponad wszelką dobroć.

Chleba naszego: Ojciec, który daje nam życie, nie może nam nie dać pokarmu koniecznego do życia, „stosownych” dóbr materialnych i duchowych — czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego (2828).

Opatrzność Ojca codziennie wschodzi nad nami wcześniej niż słońce! Jezus podkreśla synowską ufność współdziałającą z Opatrznością naszego Ojca. Nie zachęca nas do jakiejś bierności, lecz chce nas wyzwolić od wszelkich próżnych kłopotów i niepokojów. Każe nam „troszczyć się bez troski”.

Przedziwna jest Boska pedagogia naszych ludzkich potrzeb. Bowiem o chleb każe nam się modlić! Powinniśmy dziękować naszym potrzebom, one bowiem rzucają nas na kolana, nadając naszemu Ojcze Nasz wymowę pełnej prawdy. Dzięki nim osiągamy to, co wielu ludzi dzisiaj odrzuca, mianowicie tę osobliwą i cudowną możność uczynienia Boga swym powiernikiem.

Tak więc rytm naszych potrzeb życiowych narzuca nam rytm relacji z Ojcem. Każdego dnia odczuwane potrzeby ciała i życia winny być okazją do rozmowy z Dawcą wszelkiego dobra — z najczulszym Ojcem, któremu bardziej na nas zależy, aniżeli nam samym na sobie!

Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom!

Przebaczenie jest szczytem modlitwy chrześcijańskiej; daru modlitwy nie przyjmie inne serce, jak tylko to, które jest zgodne z Boskim współczuciem. Nieodczuwanie obrazy i zapomnienie o niej nie leży w naszej mocy: serce, które ofiaruje się Duchowi Świętemu, przemienia jednak ranę we współczucie i oczyszcza pamięć, zastępując obrazę wstawiennictwem (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2261).

Przebaczenie: czynnikiem zasadniczym jest tutaj nie przenikliwość w ocenie siebie, lecz dążenie do przebaczenia. Nawet ślepi na tyle błędów i win możemy niejasno, lecz rzeczywiście, odczuwać, że jesteśmy wobec Boga dłużni. Dłużni miłości. Będzie to przede wszystkim świadomość własnej nędzy. Oto co niezależnie od wszelkich wyliczeń pozwala każdemu, choćby nie wolnemu od złudzeń chrześcijaninowi błagać: „Ojcze, odpuść nam nasze winy!”

Nie tyle ważne jest to, co się stało w naszym życiu, ile to, co my z tym zrobimy, albo lepiej, co Bogu pozwolimy z tym zrobić. Chyba jedną z najbardziej subtelnych i brzemiennych w skutki form tłumienia poczucia winy jest dzisiaj zaniżanie wymogów Ewangelii do poziomu życia, jakim faktycznie żyjemy, przez co nie potrzebujemy być „grzesznikami”. Ale i Bóg nie może wtedy być dla nas Ojcem!

Współcześnie przemysłowo przetwarzamy śmieci. Otóż zbawcze działanie Ojca opiera się właśnie na powtórnym wykorzystaniu. Wykorzystuje negatywne, ciemne strony człowieka, by zbliżyć go do siebie. Podobnie nasze rany mogą okazać się cennym materiałem w ręku Ojca.

Nie wódź nas na pokuszenie!

Duch Święty pozwala nam rozróżniać między próbą, konieczną do wzrostu człowieka wewnętrznego, a pokusą, która prowadzi do grzechu i śmierci — stwierdza Katechizm Kościoła. Stoimy tutaj przed wielką tajemnicą naszej walki ze złem; walki, którą Bóg dopuszcza.

Kuszenie Jezusa na pustyni: Bóg wystawia Chrystusa na próbę, a szatan korzysta z tego, aby próbować Go kusić. Zauważmy, że inicjatywa nie pochodzi od szatana, ale od Boga, który jest Panem. Tekst biblijny nie dopuszcza tu żadnej dwuznaczności.

Tak, to miłość Boga doprowadza do próby człowieka. Bóg doświadcza tych, których miłuje! „Bóg jednak nikogo nie kusi!” — stwierdza św. Jakub. Jeśli każda pokusa jest próbą, nie każda próba jest pokusą. Próba przebiega na życzenie Boga. Pokusa jest przez Niego tylko dozwolona: pochodzi z naszego skażenia grzechem. I stąd gwałtowne wołanie: „strzeż mnie, Ojcze, aby próba nie stała się pokusą, a pokusa nigdy nie stała się grzechem!”

Życie jest wspólnikiem Boga. Bóg mówi przez wydarzenia. Nasze rozterki i cierpienia, częściej niż na ogół sądzimy, są sprzymierzeńcem Ojca. Mówiąc po prostu, szatan czyha na nas, aby wypaczyć nawiedziny Boga. Ale „wierny jest Bóg i nie dozwoli — mówi św. Paweł — was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać”. Być może, powinniśmy się obawiać tylko własnego lęku! 

Zbaw nas ode Złego!

Zło, o którym mówi ta prośba, nie jest jakąś abstrakcją, lecz oznacza osobę, szatana, złego. „Diabeł” (dia–bolos) jest tym, który „przeciwstawia się” zamysłowi Boga i Jego „dziełu zbawienia”, wypełnionemu w Chrystusie.

W człowieku wołającym do Boga: „Zbaw nas ode złego” zwracają się do Boga równocześnie ofiara i winowajca. „Nie czynię dobra, którego chcę, lecz zło, którego nie chcę”. Nie obnośmy się z dumą, że niektórych grzechów nie ma w bilansie naszego życia. Nie uznawajmy się za grzeszników, zawężając horyzont. Nosimy w sobie śmiertelny zalążek każdego grzechu!

Tragiczna solidarność w „grzechu świata” nie powinna nam przesłaniać prawdy, że zło tkwi przede wszystkim w człowieku. Czy jednak, kiedy się modlimy, mamy na uwadze przede wszystkim to zło, które nosimy w sobie? Prosimy Boga o zachowanie nas od nieszczęść, chorób, niepowodzeń. Ale o to może prosić każdy, nawet poniekąd niewierzący.

Tylko prawdziwy syn, dziecko Boga, wierzy dostatecznie głęboko, aby powiedzieć: „Wybaw mnie, Ojcze, od złego, to znaczy przede wszystkim od grzechu. Wybaw nas od nas samych, od tej części nas, która nie żywi miłości ku Tobie”. Zwycięstwo Jezusa wciąż niedostatecznie objawia się w naszym życiu, ponieważ nie oddajemy w Jego władanie tej „reszty” naszego serca; bronimy jej przed ogniem Jego miłości.

Nie brońmy się tym, że rzeczywistość przerasta nasze siły. Myśl o tragediach, o jakich w okamgnieniu dowiadujemy się z mediów, nie może nas odwracać od sytuacji bezpośrednich, konkretnych, na które mamy wpływ. 

W Twoich ramionach!

Bóg oczywiście nie chce grzesznego działania ludzi, ale pragnie, abyś wzrastał właśnie poprzez zło, jakie ci wyrządzają inni ludzie. Bowiem wola Ojca w naszym życiu w znacznym stopniu jest kształtowana przez walkę innych ludzi przeciwko woli Bożej.

Bóg jest tak dobry — powiada św. Augustyn — że w Jego ręku nawet zło emanuje dobrem. On nigdy nie mógłby dopuścić istnienia zła, jeżeli dzięki swej nieskończonej dobroci nie mógłby go spożytkować.

Ale skąd masz wiedzieć, że żyjesz w przestrzeni woli Ojca? Oto znak: jeżeli martwisz się czymś zanadto, to znaczy, że nie jesteś całkowicie oddany woli Bożej, choćbyś nawet sądził, że żyjesz zgodnie z Jego wolą.

Musisz pozwolić się Bogu „szturchać” poprzez wydarzenia i okoliczności. Jak długo sam chcesz decydować o tym, gdzie, kiedy i jak chcesz spotykać Boga, nie grozi ci, że Go naprawdę spotkasz. Wtedy spotykasz jedynie wyretuszowane wydanie samego siebie. Prawdziwie synowskie życie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy pozwalasz się Ojcu „urabiać”.

Nie ma innej drogi do wolności, jak stanowcze odrzucenie przez Boga twoich warunków. Jeśli tylko całym sercem zaakceptujesz wynikającą stąd frustrację i na nią przyzwolisz — szybko stopnieją resztki twego oporu wobec Jego miłości.

AMEN — Pieczęć pewności!

Nasza modlitwa nie kieruje się ku jakiemukolwiek bogu, nie zależy od przychylnych okoliczności czy rekomendacji w kanałach biurokratycznych. Jest wołaniem, skierowanym do Ojca, który „wciąż działa” i wie, czego nam potrzeba pierwej, aniżeli Go o to poprosimy.

Ojcze Nasz wyzwala nas od pokusy wielomówności, właściwej poganom, która odsłania niedostatek wiary. Poprzez naszą modlitwę, która kondensuje w sobie wszystkie, nawet najbardziej banalne aspekty naszej codzienności, a zarazem cały ciężar bólu i udręki świata, prosimy Ojca na niebie, aby nas ogarnął mocą swojej chwały i nadchodzącego Królestwa.

Ojcze Nasz to modlitwa uczniów i przybranych synów. Daje ona moc do umieszczenia w centrum naszego życia woli Ojca, wyraża decyzję wiary, która jest podjęciem ryzyka, że w naszym życiu wola Ojca przeważy ostatecznie nad oporami naszej małej i zatrwożonej woli ludzkiej. Nasza modlitwa staje się w ten sposób wielkim doświadczeniem wiary. Moglibyśmy wręcz powiedzieć, że modlitwa jest językiem naszego nawrócenia…

Amen nie jest więc banalnym kresem określonej modlitwy czy kazania, któremu towarzyszy westchnienie ulgi. Jest początkiem prawdziwego zaangażowania. Ojcze Nasz jest modlitwą otwartą i „nie–dokończoną”. Jest nieustannym przyjmowaniem niespodzianek Ojca, który zawsze ma rację, ponieważ jest Miłością!

Ojcze nasz
Wiesław Łyko OMI

urodzony w 1947 r. – oblat, kapłan ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, teolog, rekolekcjonista, duszpasterz wdów i wdowców, ogólnopolski moderator wdów konsekrowanych. Mieszkał w Rzymie....