Zrozumieć zło

20 kwietnia, w 110 rocznicę urodzin Hitlera, dwóch osiemnastoletnich zwolenników faszyzmu zabiło w swojej szkole jednego nauczyciela–trenera, dwunastu uczniów, a następnie popełniło samobójstwo w szkolnej bibliotece. Zbrodnia, która wstrząsnęła Ameryką, była przez Dylana Klebolda i Erica Harrisa starannie zaplanowana. Świadczy o tym wybór dnia oraz fakt, że napastnicy uzbrojeni byli w pistolety automatyczne, rewolwery i granaty.

Tragedia w Kolorado, kolejna już, aczkolwiek szczególnie krwawa strzelanina w liceum, wstrząsnęła Stanami. Natychmiast odbiła się także szerokim echem na świecie, z jednej strony ubolewającym nad tym symptomem wewnętrznej słabości supermocarstwa, z drugiej zaniepokojonym możliwością eksportu nowego ubocznego produktu kultury amerykańskiej. Niepokój ten jest uzasadniony — w całym kraju, w setkach szkół zaczęły mnożyć się ostatnio groźby zajść terrorystycznych z użyciem bomb i broni, a w Kanadzie dokonano już próby podobnego uczniowskiego zamachu.

W Stanach Zjednoczonych dyskusja na temat bulwersujących opinię publiczną wydarzeń ujawnia z reguły różnorodne poglądy, odzwierciedlające wyjątkowo „bujny” pluralizm tego kraju. Długo jeszcze trwać będą spekulacje na temat tego, co było przyczyną nieszczęścia. Amerykanie pragną zrozumieć. Chcą wierzyć, że wszystkie problemy da się rozwiązać i wszelkim tragediom można zawsze zapobiec.

Wolność posiadania broni

Od pierwszego dnia za jedną z głównych przyczyn masakry uważano legendarną w USA dostępność broni. Dla tych, którzy od lat dopominają się o zmianę prawa w tym zakresie, zajścia w Littleton stanowią kolejny argument. Stany Zjednoczone mają największy wśród krajów uprzemysłowionych wskaźnik zgonów spowodowanych użyciem broni palnej — 13,7 na 100 tysięcy obywateli (Kanada 4,08, Australia 3,05, Niemcy 1,17). Tymczasem potężne lobby Krajowego Towarzystwa Strzeleckiego odrzuca wszelkie próby wprowadzenia ograniczeń. Zdaniem członków tej organizacji takie zamysły zmierzają do ubezwłasnowolniającego rozbrojenia amerykańskiego społeczeństwa i taktycznego obalenia konstytucji, która zapewnia każdemu obywatelowi możliwość obrony poprzez wolny dostęp do broni.

Zwolennicy zreformowania dotychczasowego systemu przypominają, że obecna sytuacja poważnie paraliżuje szkolnictwo (wprowadzanie urządzeń wykrywających metal, uzbrojonych policjantów, patroli itp.) a także podraża i tak wyjątkowo wysokie koszty lecznictwa. Parę dni temu prezydent Clinton przedstawił projekt ustawy o ograniczeniu zakupu broni do jednej sztuki miesięcznie, zwracając się jednocześnie do sportowców i myśliwych z prośbą o cierpliwość w obliczu takich niedogodności. Zaproponował też przesunięcie granicy wieku dla posiadających broń z 18 na 21 lat. Istnieje również propozycja ustawy o odpowiedzialności prawnej osób udostępniających małoletnim broń palną, która stała się narzędziem czyjejś śmierci czy uszkodzenia ciała. Byłoby to przestępstwo federalne, czyli ponad jurysdykcją poszczególnych stanów.

Nawet zwolennicy ograniczenia dostępności broni mają jednak świadomość, iż nie jest to definitywne rozwiązanie problemu młodzieży o skłonnościach do szczególnej agresji. Obserwatorzy podkreślają fakt, że broń użyta w Littleton, może z wyjątkiem jednej sztuki, była nielegalna. Wydaje się słuszną diagnoza, że surowsze prawo, dotyczące pozyskiwania broni, niekoniecznie zapobiegłoby podobnym zbrodniom.

Kultura masowa

Kolejny raz pod obstrzałem znalazła się amerykańska kultura masowa, celebrująca brutalność i gwałt. Poważny zarzut stawia się krwawym grom komputerowym, którymi delektował się „mózg” przedsięwzięcia, Eric Harris. Sprzedaż jego ulubionej Zagłady (Doom) szacuje się na pół miliona egzemplarzy. Kolejna gra w tej serii pod nazwą Trzęsienie Ziemi (Quake) — rozeszła się w ilości 700 tysięcy sztuk. Szukający winnych wskazywali też na internet. Harris korzystał z komputera i w sieci obwieszczał swoją złowróżbną filozofię nihilistycznej nienawiści. Pisał między innymi tak: „Moja filozofia to, że jak coś mówię, to tak ma być. Ja stanowię prawo, a jeśli się to nie podoba, to umrzesz. Jeśli ty mi się nie podobasz albo nie podoba mi się to, co chcesz, żebym zrobił, zginiesz. Pójdę gdzieś do miasta i wystrzelam, powysadzam wszystko, co mi się uda. Bez żadnych wyrzutów, bez uczucia wstydu”. Firma internetowa, której Harris był abonentem, w dniu masakry zdezaktywizowała jego konto i wycofała umieszczone w sieci strony. Obrońcy tego medium zwracają jednak uwagę, że w podobnie krańcowych sytuacjach wielu ludzi stara się znaleźć winnego w warunkach zewnętrznych, widząc w technologii źródło złej, zagrażającej informacji. Tymczasem przepisy na wyrób bomb można znaleźć też w lokalnej bibliotece publicznej.

Coraz energiczniej przygotowując grunt pod kampanię prezydencką, przy okazji zajść w Littleton, Al Gore w spotkaniach z przyszłymi wyborcami ostro skrytykował agresję w kinie i telewizji. Znalazł się jednak w nieco bardziej kłopotliwej sytuacji, gdy znany dziennikarz i prezenter telewizyjny zaapelował, aby wiceprezydent wyraźnie napiętnował Hollywood. Wiadomo bowiem, że właśnie spośród tego środowiska wywodzi się wielu szczodrych kontrybutorów na cele przyszłej kampanii wyborczej dla kandydata partii demokratycznej. Komentatorzy prasowi już bardziej konkretnie cytowali wpływ na młodzież muzyki i osoby Marllyna Mansona, który przybrał nazwisko niesławnego mordercy i obwołał się antychrystem. Przypominali filmy animowane South Park czy Futurama, komiks Brygada Trenczowa, a także Urodzeni mordercy (Natural Born Killers) Stone’a czy Przetrwać w Nowym Jorku (The Basketball Diarios) z Leonardem di Caprio w roli głównej. Skądinąd zapoznanie się z tym ostatnim filmem, w którym znajduje się scena mająca wiele podobieństw do realnego koszmaru ze szkoły Columbine High, przynosi ciekawą refleksję. W artykule zamieszczonym w dzienniku „The Washington Post” Stephen Hunter zwraca uwagę na rozpowszechnione wśród młodego pokolenia zjawisko podstawiania dosłowności w miejsce literackiej ironii. Można by powiedzieć, że symptomatyczne dla naszych czasów zaburzenia wyobraźni, karmionej nadmiarem bodźców wizualnych, powodują, zataczającą coraz szersze kręgi, trudność rozróżnienia między fabułą a rzeczywistością. Dochodzi do otępienia, odwrażliwienia. Swoista percepcyjna przepaść dzieli twórców „nowej kultury” od odbiorców, zatracających — właśnie w wyniku obcowania z takimi produktami „sztuki” — konwencjonalną zdolność myślenia i czucia. Nie są oni w stanie rozszyfrowywać symboliki, zrozumieć przenośni, stylizacji, sztuczności.

Szkoła amerykańska

Nieprzerwanie trwa również dyskusja na temat stosunków w amerykańskiej szkole. W Stanach są tysiące liceów, takich jak Columbine w Littleton. Jest to ogromny kombinat — blisko 2 tysiące uczniów czterech roczników — na dobrze sytuowanym, spokojnym, głównie „białym” przedmieściu. Nie ma tam przychylnego klimatu do wykształcania się więzi między uczniami i nauczycielami, co parę miesięcy przetasowywanymi w nowe klasowe konfiguracje, zgodnie z polityką szkolną i przedmiotami wybieranymi przez uczniów. Nie jest tajemnicą, że w przeważającej większości takich szkół istnieją wrogie sobie kliki, na co dzień daje o sobie znać brak tolerancji wobec inności, rośnie frustracja, przewrażliwienie na swoim punkcie, niewrażliwość na drugich. Jest to szkoła, do której można by zastosować wypowiedź, uciekającego w cyberprzestrzeń, młodego człowieka z innego zakątka Stanów: „Ci, którzy usiłują mnie zabić w jakiejś grze komputerowej, są mi bliżsi niż szkolni koledzy”. Szkoła jest miejscem, gdzie w coraz większym stopniu zauważa się aspołeczne tendencje do odsuwania się od grupy. Coraz bardziej bezosobowa instytucja edukacyjna, gdzie nikogo specjalnie nie dziwi, kiedy na wideokasecie, będącej zadaniem domowym z nauki o społeczeństwie, zdolni uczniowie Harris i Klebold przedstawiają siebie jako hitmenów, zabijaków do wynajęcia, stawiającymi sobie za cel zaprowadzenie sprawiedliwości, rozprawienie się ze snobistycznymi, w ich mniemaniu, sportowcami szkolnymi, których nie mogą ścierpieć za uszczypliwe uwagi pod ich adresem. Wideo kończyło się sceną, w której chłopcy masakrują głowę kukły. W rozmowach z uczniami okazało się, że takie „wypracowanie” nie było wcale zjawiskiem odosobnionym, materiały tworzone przez młodzież z tej i innych klas również zawierały gwałt i bijatyki.

Rodzice

Gdy jedni utyskują, że za niespotykaną do tej pory agresję młodzieży winę ponoszą narkotyki, ulica, muzyka, gry komputerowe itp., drudzy pytają, czym się zajmowali wtedy rodzice. W sytuacji, gdy ich dzieci mają już zatargi z prawem, tłumaczą się zazwyczaj, że nie wiedzieli, co robią ich pociechy. Zdaniem krytyków społecznych zbyt wielu rodziców po prostu „abdykuje”, przestaje wypełniać swoje obowiązki rodzicielskie, aby „mieć czas dla siebie”. Przeprowadzone przez Johna Lauba i Roberta Sampsona, profesorów kryminologii z University of Maryland, badania tysiąca chłopców (połowę stanowili młodociani przestępcy) wykazały, że przestępczość — bardziej niż w jakimkolwiek innym aspekcie, z dochodem rodziny włącznie — łączyła się z brakiem więzi między rodzicami i dziećmi. Nieodzownymi elementami pożądanej więzi były: bliskość we wczesnych latach życia dziecka, konsekwentna dyscyplina i troskliwy nadzór.

Trudno przy tym zaprzeczyć, że niełatwo dziś sprostać rodzicielskim zadaniom, bowiem zwłaszcza starsze nastolatki wymykają się spod kontroli. Młodzież ma własne pieniądze i — jeśli nie musi albo nie chce przykładać się do nauki — sporo wolnego czasu. Rodzice natomiast zajęci są poza domem. Jedynie w Kalifornii mogą być pociągnięci do odpowiedzialności, jeśli nie sprawują odpowiedniej „opieki, nadzoru, ochrony i kontroli” nad dziećmi, które popadają w konflikt z prawem. Trzeba jednak wykazać, że dzieci są „kontrolowane”. W Kolorado rodzice obu morderców mogliby być postawieni w stan oskarżenia za czynny udział w przygotowaniu zamachu, za namawianie do zbrodni, dostarczenie broni itp., ale przecież każdy „postronny” wspólnik byłby w podobnej sytuacji.

Harris i Klebold mieli wprawdzie zatarg z prawem — otrzymali karę w zawieszeniu za włamanie do samochodu i przeszli przepisową terapię psychologiczną, uznaną za wyjątkowo udaną i obiecującą poprawę, ale nawet odpowiednie organy porządku publicznego były pod wrażeniem właściwej reakcji ojców. Teoria o tym, że twórcy masakry byli ofiarami „dysfunkcjonalnych” rodzin, wydaje się nie znajdować poparcia w faktach. W rozumieniu potocznym nie były to dzieci fizycznie zaniedbane, borykające się z materialnymi trudnościami życia, krzywdzone. Ci nieliczni, którzy mieli bliższe kontakty z rodzicami Dylana Klebolda, uważają, że nie można im niczego zarzucić. Troskliwa matka dwóch chłopców, w dzieciństwie dom pełen zabawek z wyjątkiem pistoletów i strzelb. Sąsiedzi Harrisów mają mniej do powiedzenia, bo przecież rodzina często przemieszczającego się wojskowego z Amerykańskich Sił Lotniczych przeniosła się do Littleton parę lat temu, ale także wystawiają im dobre świadectwo. Nie byli co prawda zbyt rozmowni, nie mieli kontaktów z sąsiadami, ale dbali o dom i ogród, dwaj synowie dobrze odnosili się do rodziców.

Wyobcowanie

Źródeł tragedii można także szukać w klimacie filozofii, która stoi za ową amerykańską suburbią, pokrywającą wielkie podmiejskie przestrzenie zapełnione setkami, tysiącami, milionami atrakcyjnych domów jednorodzinnych z zadbaną zielenią dookoła. Niektóre są bardziej standardowe, jak Harrisów, inne to — jak w przypadku Kleboldów — luksusowe rezydencje w pięknym plenerze. Na ten, niezwykle rozpowszechniony w USA, model z zazdrością wydaje się patrzeć spora część reszty świata. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. Ojciec jednego z uczniów, którzy cudem przeżyli masakrę, ujmuje to w ten sposób: „W dzielnicy takich dużych domów wszyscy są zbyt zajęci pracą i myślą stale o pieniądzach”. Może tych dziecinnych zabawek było po prostu za wiele i powoli zaczęła się wkradać nuda, której rodzice nie zauważyli, nie potrafili zapełnić. Jak na ironię, Eric Harris, sam mieszkający w idealnie wypielęgnowanym domu, do którego przyjeżdżał czarnym BMW Dylan Klebold, by w jednym z dwóch garaży produkować bomby, czuł głęboką, wyrażoną w internecie, antypatię do „bogatych snobów”.

Lakis Polikarpou, pisarz mieszkający obecnie w Nowym Jorku, pod koniec lat 80. uczęszczał przez jakiś czas do Columbine High. Po tragicznych zajściach sięgnął pamięcią do wspomnień. To była „podmiejska dzielnica– –sypialnia, gdzie lśniące nowe samochody cicho podjeżdżają pod automatycznie otwierane garaże i nie ma potrzeby udawać się gdzieś dalej niż do stojącej na trawniku przed domem metalowej skrzynki na prywatną pocztę”. Nie zna się tu sąsiadów, dzieci nie bawią się koło domu, dorośli nie są włączeni w żadne osiedlowe sprawy. Nie ma więzi, wszystko jest wymienialne. Nieczynny supermarket staje się miejscem jakiegoś kultu, zmienia się tylko neonowe litery nazwy na neonowy krzyż. W dyskusji po śmiertelnym wypadku samochodowym, spowodowanym przez pijanego ucznia najstarszej klasy, jakaś koleżanka skarży się: „Co mamy robić? Wieczorem nie ma gdzie iść. Nie wolno nam chodzić do barów. Bez auta nie można się nigdzie dostać”. Brutalna kultura żerująca na młodych spieszy zapełnić duchową pustkę wyalienowanej suburbii, zasilaną jedynie monotonną konsumpcją dóbr materialnych.

Eric Harris żywił ogromną antypatię do swojego otoczenia. Chciał być inny. Od pierwszego momentu mówiono o neonazistowskich upodobaniach sprawców szkolnej masakry, o ich nieukrywanej sympatii do Hitlera. Mieli oni, na przykład, zwyczaj salutowania z okrzykiem Heil Hitler, na datę ataku wybrali 110 rocznicę urodzin Führera, przypadającą właśnie 20 kwietnia. Pewna paralela toute proportion gardée wręcz się narzuca po przeczytaniu niedawno wydanej książki Rona Rosenbaurna Esplaining Hitler. The Search for the Orginis of His Evil (Random House 1990). Analogia ta wynika stąd, że w literaturze przedmiotu istnieje poważna liczba teorii, według których Hitler nie może odpowiadać za swoje czyny, był bowiem ofiarą takich czy innych warunków zewnętrznych. W przypadku Harrisa ujawniono fakt, że zażywał on silne lekarstwo antydepresyjne — co wyszło na jaw przy okazji jego zakończonych fiaskiem starań zaciągnięcia się do wojska w związku z planami wzięcia udziału w wojnie kosowskiej — i spekulowano na temat ewentualności wystąpienia nieoczekiwanego efektu ubocznego.

Niewytłumaczalne

Zadufana wiara w możliwość wytłumaczenia wszystkiego prowadzi nas na niebezpieczne tory uspokajającej i komfortowej pewności. Może się nam wydawać, że uchwyciliśmy syndrom, stoimy na naukowym gruncie, mamy pewną wiedzę. Pocieszamy się, że lepsze społeczeństwo, wyposażone w bardziej asekuracyjny system prawny, stosujące bardziej naukowe metody wychowawcze w rodzinach, wdrażające programy self–esleem w szkołach zabezpieczy nas przed możliwością pojawienia się „nowego Hitlera”. Hitlera może tak, ale Erica Harrisa?

Koledzy ze szkoły i wiele osób z otoczenia odrzucają pokusę bardziej czy mniej naukowych teorii. Uważają oni, że zaszło tu coś niewytłumaczalnego, coś, co było poza kontrolą sprawców tragedii. Bywa, że pada słowo szatan. Zastanawia fakt, że mimo znanej w całej szkole animozji między sportowcami i Mafią Trenczową, a także bulwersującej w pierwszych godzinach po masakrze informacji, że napastnicy ostrze swej nienawiści skierowali przeciw sportowcom, z którymi mieli zadawnione i nieskrywane potyczki, oraz uczniom reprezentującym mniejszości etniczne, późniejsze relacje naocznych świadków odsłoniły nieco inny obraz. Zabijając kolegów i koleżanki w bibliotece szkolnej, Harris i Klebold czynili to po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi na pytanie: czy dana osoba wierzy w Boga. Przykład dwóch dziewcząt, znanych przez szkolną społeczność z głębokich przekonań religijnych, skłoniły wielu do refleksji na temat chrześcijańskiego męczeństwa nowych czasów. Tragedia w Littleton stanowi też okazję do dyskusji o bohaterstwie, którego przykład dał zabity nauczyciel oraz kilkoro uczniów umiejących w krytycznej sytuacji pomyśleć także o pomocy innym.

Zrozumieć zło
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....