Od świtu do zmierzchu
fot. carlos de toro carlosdetoro / UNSPLASH.COM

Od świtu do zmierzchu

Noc była krótka, ciemna i z zakłóceniami. Łaziły po mnie karaluchy, a po chatce polne szczury. Jedne i drugie bardzo szybkie, tupiące. Nie dało się ich przepędzić, za bardzo one były u siebie, a ja – intruzką bez planu pozostania na dłużej. Naciągnęłam śpiwór na głowę i zmarznięty nos, na zmianę przysypiałam i wybudzałam się bez poczucia, że udało się przejść na drugą stronę, trochę odpocząć.

„Nie szkodzi” – myślałam w ciemności, która przykleiła się do oczu i nawet gdy były otwarte, nie oddawała im ani pół cienia, ani plamki światła, ani zarysu jakiegoś kształtu. Nie szkodzi, bo nigdzie mi się jutro nie spieszy, nie muszę być wypoczęta.

Leżałam więc, czekając na świt, o którym wiedziałam, że przyjdzie nagle i będzie krótki, bo zaraz za nim wyskoczy słońce – od razu mocne, wszystko biorące pod siebie, rozpalające.

Ale najpierw przyszły dźwięki. W półśnie zdawało mi się, że wołają muezini, ale to byli mnisi z klasztorów ortodoksyjnych, przyklejonych do skał i zboczy wielkiego wąwozu, na skraju którego stoi moja eukaliptusowo-błotnista chatka z dachem z falistej blachy. Męskie głosy, śpiewające powoli, przesuwające się po skal

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się