Życie z kalendarza
fot. praveen kumar mathivanan / UNSPLASH.COM

Od ponad pięćdziesięciu lat robi zapiski – drobne wydarzenia, wydatki, spotkania.
Czasem przemyślenia. Coś, co ucieszyło, zastanowiło. Dzień po dniu. Na naszą prośbę wyjął z szafy stare pudła i zajrzał do swoich kalendarzy.

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Ile ich jest, panie Stefanie?

Stefan Szczepłek: Nie wiem. Zacząłem pisać w 1966 roku. Wcześniej prowadziłem pamiętnik, jak to kilkunastoletni chłopak, zwłaszcza w okresie pierwszych miłości. Byłem młodym Werterem…

Czyli powinny być pięćdziesiąt trzy.

Chyba nie ma wszystkich…

To raczej kalendarzyki niż kalendarze.

Przez pierwszych kilka lat używałem takich małych, z Domu Książki. Ale ponieważ się rozwinąłem literacko, więc przerzuciłem się na większy format. Bo jeżeli chodzi o pisanie, to ja jestem Józef Ignacy Kraszewski. Lubię dużo pisać.

Od początku traktował pan to jako pomysł długoterminowy?

Tak. Ale wyłącznie dla siebie. Nigdy nie myślałem o tych kalendarzach w kategoriach ewentualnej pomocy w przyszłości, że na ich podstawie będę mógł napisać jakąś książkę wspomnieniową. Ta, którą napisałem (Szkoła falenicka – przyp. red.), powstała bez pomocy kalendarzy. W ogóle do nich nie zaglądałem. Nie dbałem specjalnie o fakty i daty. Ufałem swojej pamięci. Nic nie zmyślałem.

Pamięta pan pierwszy wpis do kalendarza?

Kalendarz gdzieś się zapodział, więc mogę się jedynie domyślać. To był 1966 rok, dziesiąta klasa liceum. Rok przed maturą. Pierwsza prawdziwa miłość. Więc pewnie wszystko dotyczyło właśnie tego. No i na pewno pisałem o kinie.

O kinie?

To znaczy o filmach, które obejrzałem. Na pewno w moich wpisach były też piłka nożna i grzybobrania. No i muzyka, która stale siedzi mi w głowie.

Pisze pan codziennie, na bieżąco czy po kilku dniach uzupełnia pan zaległości?

Nie ma reguły. Gdy mi coś chodzi po głowie, to zapisuję.

Co zasługuje na taką uwagę?

To, o co pani pyta, dowodzi, że żadnej głębi w tych kalendarzach nie ma. Zapisuję raczej fakty. Czyli – widziałem film, kupiłem książkę, byłem tu, spotkałem tego. Można powiedzieć, przekładając to na dzisiejsze czasy, że to jest taki Facebook i Twitter w jednym, tylko że dla mnie. Nie lubię pisać o rzeczach przykrych albo takich, które mnie irytują. Jako osoba z natury pogodna staram się pisać o radosnych wydarzeniach.

Czy możemy zajrzeć do któregoś z kalendarzy?

Proszę bardzo.

1972 rok. Proszę wybrać jakiś dzień i przeczytać.

Który jest dzisiaj?

4 marca.

4 marca, faktycznie. Kazimierza. W 1972 roku jestem jeszcze na studiach.

„BUW – czyli biblioteka uniwersytecka, widocznie musiałem coś tam robić, 18–22 z Wandeczką (przyszła żona – przyp. red.) w Metropol Cafe i u niej. Magiel”. Nie wiem, kiedy ja do tego magla zdążyłem pójść. Nienawidziłem magla. A na górze jeszcze sobie zapisałem: Harfy leciały na północ. To książka Waldorffa, którą miałem kupić.

Ale zaraz, zaraz, co ja tu widzę (Stefan Szczepłek wyciąga z kalendarza niewielką tekturkę – przyp. red.)… To jest międzynarodowa legitymacja studencka! I figuruję na niej jako Szczepanek Stefan. Student. Polskie Towarzystwo Schronisk Młodzieżowych. Bardzo wam dziękuję, żeście wpadli. Ile ja tu rzeczy odkryłem (Stefan Szczepłek dalej wertuje kalendarz).

O, proszę, taki wpis dobrze o mnie świadczy. Pozwolicie, że przeczytam pod datą 1 maja 1972 roku: „Po raz pierwszy w życiu byłem na pochodzie”. Niestety, ciąg dalszy mnie dyskwalifikuje: „I nawet mi się podobało”. W nawiasie: „Z Wandą i Cecką”. No to z dwiema pannami byłem. „Godziny 17–19: Dużą paczką koncert pod pomnikiem Chopina. Spacer, ogródek Ambasadora”.

Cóż pana pchnęło na pochód pierwszomajowy?

Wybrałem się, bo przyjechała znajoma Bułgarka. I chciała koniecznie zobaczyć, jak jest

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się