On, czyli ja
fot. priscilla du preez / UNSPLASH.COM

On, czyli ja

On. Syn. Przyszedł w majową, ciepłą, skropioną przez niebo noc pachnącą bzem. Dwadzieścia lat temu. 9 maja 1999 roku: między dżdżem, bzem a jawą – Życia sen.

Maleństwo, 1850 gramów (choć to już 38. tydzień), nie rusza się, nie odzywa, nie umie pić.

Serce bije nieprawdopodobnie szybko, choć przed cesarką biło coraz wolniej, coraz w o l n i e j,

c o r a z w o l n i e j.

– Dziwny przypadek. Nie wiemy, co dalej robić.

Codziennie o siódmej rano u dominikanów msze święte i modlitwa. Prośby i podziękowania. Sił przybywa.

Inkubator przy oknie, majowe słońce, robi się gorąco, coraz goręcej… Uff, ktoś zauważył! Skończyło się tylko zapaleniem płuc. Wciąż kroplówki i karmienie sondą. Serce Syna to przyspiesza, to zwalnia, masa ciała spada.

Jesteśmy sami, możemy go dotknąć, pogłaskać… przez okienko. Wymiana spojrzeń. Odkręcony kran. Dłoń skropiona.

Synu, ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Syn walczy dzielnie, jakby od tej chwili dzielniej! Wierzymy, wiemy, że już będzie z nami.

– Najlepiej, gdy Synem zajmie się bardzo doświadczona lekarka w innym szpitalu.

– Ludzie mówią, że jest ostra, potrafi powiedzieć do słuchu, ale wie, co robi.

O tak! Wie, co robić! Chce (!) wiedzieć, wypytuje pół godziny, godzinę… Dobra, mądra, konkretna, wymagająca. Tak, to właśnie ona. Pani doktor Mariola. Czujemy jej miłość, umiłowanie życia człowieczka – człowieka. Wystarczył miesiąc na krześle przy łóżeczku i już są dwa kilogramy! Jedziemy do domu. Dziękujemy, pani doktor, serdeczności! „Serdeczności” – to jej słowo na pożegnanie. „Serdeczności” są, będą z nami już na zawsze.

***

Za cicho. Za spokojnie. Prawie nie płacze, wcale się nie porusza.

Sąsiedzi: Gdzie to dziecko?

Jeden neurolog: Nie postawię diagnozy, pewnie porażenie, ale nie napiszę, że na pewno, proszę zrozumieć. Drugi neurolog: Proszę spojrzeć, zwisa mi z dłoni jak bezwładne kociątko! (bez diagnozy). Trzeci neurolog: Proszę usiąść, słuchać uważnie – nie będzie chodził, nie będzie mówił, może będzie widział, nie wiadomo, czy będzie słyszał, tu jest książka – poczytać i zdecydować się (mimo wszystko) na rehabilitację, proponuję moją metodę.

Nokaut. Szumi w głowie. Nie ma myśli. Pusto. Nie ma słów. Nie będzie przez kilka dni.

***

Rodzina – pomoc i wsparcie, troska i ciepło. Modlitwa.

Przyjaciele blisko.

Pierwsze podpowiedzi: No jak już gdzieś Syn miał trafić, to właśnie do was, Bóg was wybrał.

Jasne… No jasne! Czy oczywiste? Przyjmujemy. Chyba przyjmujemy. Czy rozumiemy? To nieważne.

Nie rozmawiamy. Chodzimy do tyłu. Tydzień, może dwa. Modlitwa.

***

Pobudka! Ruszamy! Do przodu z panią Renatą – wspaniała rehabilitantka! Dzień po dniu drastyczna metoda Vojty. Syn krzyczy, bo boli i nie jest

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się