Triduum Paschalne. Przewodnik
Jeśli dopuszczenie męża do mojego ciała w pełnym świetle mnie nie peszy, któż może zabronić mi zamontować w sypialni najmocniejszy reflektor? Wskazania Kościoła nie określają liczby dozwolonych watów.
Zwarte w czułym uścisku nagie ciała kobiety i mężczyzny na białym prześcieradle. Przy kostkach kobiety zaplątana bielizna. Głowy spoczywają na żółtej poduszce. Ale czy to faktycznie tylko poduszka? A może… aureola?
To skojarzenie przy tak śmiałym przedstawieniu, jasno sugerującym moment stosunku płciowego, przyjdzie do głowy tylko osobom, które wiedzą, że oglądany przez nie obraz nosi tytuł Ikona małżeńska. Będzie też oczywiste dla tych, którym nieobca jest twórczość Ventzislava Piriankova. Jeden z obrazów tego pochodzącego z Bułgarii artysty znany jest jako symbol ruchu Spotkania Małżeńskie.
Patrząc na kochającą się parę z płótna Piriankova, możemy raz jeszcze (albo po raz pierwszy) zadziwić się nad tym, jak wielką rangę Kościół katolicki nadaje ludzkiej seksualności – tej właśnie dziwnej choreografii złączonych ciał. Według Jana Pawła II para małżeńska to najlepsza analogia dla miłości między osobami Trójcy Świętej. O małżonkach mówił papież: „Jedno, chociaż nadal dwoje”, jak w przypadku Trójcy moglibyśmy powiedzieć: „Jedno, chociaż nadal Troje”. Najtęższe umysły teologiczne nie wyrażą tej tajemnicy tak dobrze, jak robią to swym życiem mąż i żona, a swój niebagatelny udział ma w tym także seksualne zjednoczenie.
Nie wszystko wolno?
Ciało „zdolne jest uczynić widzialnym to, co niewidzialne: duchowe i Boże” – powie papież – stawia nam ono przed oczami coś z tajemnicy Boga i Jego miłości. Mamy tu przecież radykalną bliskość – nic dziwnego, że od wieków teologowie sięgają po obraz pary małżeńskiej, aby wyrazić, czym jest związek Chrystusa i Kościoła.
Skoro seks jest tak piękny i niesie w sobie tyle głębokich znaczeń, dlaczego jednocześnie kojarzy się czasem z czymś nieczystym? Dlaczego Kościół obwarowuje tę sferę swoimi zaleceniami, tak że niektórzy narzekają: „Obijamy się o ściany zakazów i nakazów”? Czy sama miłość nie wystarczy, aby działać słusznie?
Pamiętam swoją irytację po ślubie. Po pięciu latach bycia razem, w tym dwóch latach narzeczeństwa, wypełnionych oczekiwaniem na poznanie siebie w sensie biblijnym, a więc również na fizyczne bycie jednym… okazało się, że wciąż nie wszystko wolno. Oczywiście, o małżeńskiej etyce seksualnej słyszeliśmy już przed ślubem. Wówczas jednak głowy, serca i ciała zajmowała nam kwestia, jak sprostać wyzwaniu czystości przedmałżeńskiej. Czekaliśmy więc na ów wielki dzień ślubu, a przez kontrast wydawało się, że po nim drzwi doznań seksualnych szeroko się otworzą i nikt już nie będzie nam mówił, co mamy robić, a czego robić nie powinniśmy. Zaraz jednak pojawiły się kwestie związane z NPR (naturalnymi metodami planowania rodziny, opartymi na biologicznym cyklu płodności kobiety), a wraz z nimi czarna chmura myśli pod zbiorczym hasłem: „Dlaczego Kościół ingeruje w to, w jaki sposób wyrażamy naszą bliskość?”.
Nie o same NPR chodziło. Na nie oboje wewnętrznie się zgadzaliśmy. Skoro jednak przyjęliśmy wynikający z tego sposób życia, wymuszający powstrzymywanie się od współżycia przez część miesiąca, jeśli nie planujemy jeszcze potomstwa, to dlaczego nie wolno byłoby nam w tym czasie rozładować swojego podniecenia poprzez petting? Przecież nie o same zmysły tu chodzi, nie o jakieś przyziemności, bo ciało nierozłącznie splata się z duszą. Nasze pragnienie bliskości nie jest przecież zwierzęcą reakcją samego instynktu; działa na nas cała osoba współmałżonka w jej złożoności. Kościół stwierdza wszak, że celem współżycia jest nie tylko prokreacja, ale także wyrażenie jedności, umacnianie zespolenia małżonków. Czy ten drugi cel nie może istnieć samodzielnie i odnosić się nie tylko do pełnego stosunku, ale także do innych form cielesnej bliskości prowadzących nas do szczytu, do uniesienia, do orgazmu? Nie może – powiedział Paweł VI w encyklice Humanae vitae:
Konieczną jest rzeczą, aby każdy akt małżeński zachował swoje wewnętrzne przeznaczenie do przekazywania życia ludzkiego. Nauka ta, wielokrotnie przez Nauczycielski Urząd Kościoła podana wiernym, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać, między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa.
To samo powtórzył Jan Paweł II.
Przez sześć lat naszego małżeństwa nic się w tej sprawie w nauczaniu Kościoła nie zmieniło, trochę natomiast przemeblowało się nasze podejście, o czym napiszę później. Na razie zatrzymajmy się przy pytaniu, skąd te nakazy i zakazy. Dorzućmy jeszcze jedno: czy naprawdę jest ich aż tak wiele?
Czystość małżeńska
Domniemana aureola z obrazu Piriankova może pozostać tylko poduszką. Póki żyjemy, dopiero zmierzamy drogą do świętości: czołgamy się, drepczemy, truchtamy, galopujemy, bywa różnie. Czasami nawet włączamy bieg wsteczny. Na każdym kroku możemy zobaczyć swoją słabość, skłonność do upadku, efekt tej tajemniczej, przedwiecznej katastrofy zwanej grzechem pierworodnym. Przy tym nie trzeba wielkiej błyskotliwości, by zauważyć, że im cenniejsza i piękniejsza jest jakaś sfera, jakaś część naszego życia, jakieś dążenie, tym bardziej jest narażona na zranienie, zniszczenie, zdeformowanie i obrócenie się w coś zgoła przeciwnego.
Nie pozostawajmy przy abstraktach. Mowa cały czas o seksualności. Ta jedna z najpiękniejszych stworzonych sfer ludzkiego życia, dająca nam możliwość wyjścia poza siebie, ku drugiej osobie, zobaczenia jej w całym blasku, a zarazem w całej bezradności, w pełni prawdy, bez masek i barier… ona właśnie może nam przynieść niewiele więcej niż widok pośladka. Ma niezwykłą łatwość zamieniania się we własną karykaturę, w której ze wszystkiego pozostaje tylko pożądanie.
Odrobina realizmu i znajomości siebie podpowiada, że nie każdy akt małżeński jest drogą do spotkania z małżonkiem i z Bogiem. Kiedy zamiast męża przytulam własny egoizm, szukając zaspokojenia tylko własnych potrzeb, analogie z Trójcą pozostają pięknymi słowami z kart książek. Choć przylegam do ciała męża bez milimetra odstępu, ba! mam jego ciało w sobie, nie ma w tym wówczas żadnej jedności, żadnego „jedno, chociaż nadal dwoje”. Jest tylko jedno, moje jedno. I żaden inny metafizyczny rachunek się z tego nie układa.
Lapidarnie i niezwykle trafnie ujmuje to Benedykt XVI w encyklice Deus caritas est: „Owszem eros pragnie unieść nas «w ekstazie» w kierunku Boskości, prowadząc nas poza nas samych, lecz właśnie dlatego wymaga ascezy, wyrzeczeń, oczyszczeń i uzdrowień”. Eros potrzebuje oczyszczenia… Mamy więc słowo „czystość”, które nieodzownie musi się pojawić, gdy Kościół mówi o seksie. Słowo wytrych, mające uwznioślić jedne postawy, a zohydzić inne, owe „brudne”? A może jednak coś więcej?
Istotnie czasami, gdy z ambony lub innego kościelnego centrum nadawczego płynie mowa o czystości, nie bardzo wiadomo, na czym miałaby ona polegać. Dlatego może niektórzy rozumieją przez nią całkowity brak seksu (dobrze znane jest wyrażenie „czystość przedmałżeńska”, a co z czystością małżeńską?). Stąd też pewnie przy bardzo powierzchownym odbiorze (a może i powierzchownym przekazie) rodzi się przekonanie, że Kościół jest wrogiem seksu i zmysłowości.
Tymczasem czystość nie jest jakimś rozmytym pojęciem, etykietką przypinaną na pierś moralnym prymusom. Jeśli sięgniemy po książkę Karola Wojtyły Miłość i odpowiedzialność, znajdziemy taką definicję: „Cnota czystości to po prostu sprawność w opanowywaniu poruszeń pożądawczych. [Jej] zadaniem jest wyzwalać miłość od postawy użycia”1. Za hasłem „czystość” kryje się głęboka myśl personalistyczna, która w najróżniejszych wariantach wybrzmiewa cały czas w tle rozważań Wojtyły, a którą można najkrócej streścić w zdaniu: „Osoba nie może być nigdy środkiem do celu, ale zawsze celem samym w sobie”. Nie ma więc mowy o bezwzględnym potępieniu zmysłowości i przyjemności – ich ocena zależna jest od tego, na ile idąc za nimi, bierzemy pod uwagę całość osoby. Czy nie nastawiamy się na same zmysły i samą przyjemność, czyniąc z nich wartości najwyższe i samoistne? Potrzeba życia w czystości nie kończy się więc w momencie ślubu. Przeciwnie, podnosimy wtedy rękawicę nowych wyzwań.
Przy świetle czy po ciemku?
Wróćmy do pytania, czy rzeczywiście kościelnych nakazów i zakazów w sferze seksu jest tak wiele, jak zwykło się o tym mówić. W Miłości i odpowiedzialności daje się je wszystkie spiąć jedną klamrą – wspomnianą normą personalistyczną mówiącą o wartości osoby. Przyjęcie tej ogólnej zasady za swoją, uwewnętrznienie jej i zrozumienie, powinno umożliwić samodzielną odpowiedź w sytuacjach szczegółowych. Ponieważ w naturę ludzką wpisana jest płodność, także ona będzie silnie obecna w kontekście seksualności. W efekcie zasadę, którą kieruje się Kościół, można streścić tak, jak czyni to Gregory Popcak w książce Święty seks!:
Każdy akt miłosny musi odbywać się z poszanowaniem godności małżonków i musi wyrażać zarówno intencję osiągnięcia większej jedności, jak i otwartości na życie. Ujmując rzecz od strony praktycznej, oznacza to, iż małżonkowie mogą robić wszystko, na co mają ochotę, jak długo oboje czują się kochani i szanowani, a akt małżeński kończy się wytryskiem nasienia w pochwie. To tyle. Tylko ta reguła, Jedyna Reguła. Wszystko inne pozostawione jest rozważnemu osądowi małżonków2.
Pewnej korekty wymagałby fragment mówiący o „czuciu się kochanym i szanowanym”. Wiadomo, że czasami nasze poczucie jest dalekie od rzeczywistości. Norma personalistyczna, wskazująca na bezwzględną wartość osoby, pozwala uniknąć tego subiektywizmu i postawić nacisk na motywację własnych działań.
Tak sformułowana zasada daje możliwość dochodzenia do dojrzałości, odpowiedzialności za własne czyny i mądrze pojętej wolności. Mamy tu ciągłą konieczność dialogu (bez niego nie będziemy wiedzieli, czy druga osoba czuje się szanowana i kochana) oraz wspólnego wewnątrzmałżeńskiego podejmowania decyzji etycznych. Jak bardzo to odległe od zrzucania tych ciężarów gdzieś na zewnątrz, na przykład na księży, poradnie internetowe i radiowe! Czy wolno się kochać przy zapalonym świetle? Jakie pozycje seksualne są dopuszczalne? Czy dozwolony jest seks oralny? Te i tym podobne pytania, mnożące się przecież w życiu pary, znajdują w powyższej zasadzie swoją odpowiedź.
Wszelkie przedmioty pomocnicze, zabawy, stymulacja manualna i oralna mogą być wykorzystywane, o ile tylko efektem tych pieszczot nie będzie wytrysk poza narządami rodnymi kobiety. Poza tym warunkiem decyzja co do ich użycia w pełni zależna jest od indywidualnych upodobań oraz poczucia obu stron, że działania takie rozwijają i pogłębiają relację, a nie jej szkodzą, prowadząc do skupienia się na samych tych atrakcjach3.
Na obrazach Piriankova pary przyjmują podczas stosunku akrobatyczne pozycje. Na dodatek ich zbliżeniu nie towarzyszy skromny półmrok. Czy to znaczy, że nad ich głowami nie rozbłyśnie aureola, że oddalili się przez sam ten fakt od bycia obrazem Bożej miłości? Nic z tych rzeczy! Decyzje co do pozycji seksualnych czy ilości światła także zależą od osobistych upodobań i typu wrażliwości. Fabrice Hadjadj w książce Kobieta i mężczyzna. O mistyce ciała wielki sens znajduje w wygaszeniu świateł, co daje pierwszeństwo zmysłowi dotyku, oraz w wyborze takiej pozycji, która umożliwia spotkanie twarzą w twarz i różni nas od świata zwierzęcego4. Nie ma w tym jednak żadnej zasady moralnej, to jedynie indywidualne preferencje.
Jeśli dopuszczenie męża do mojego ciała (i duszy!) w pełnym świetle mnie nie peszy, a przeciwnie pomaga – któż może zabronić mi zamontować w sypialni najmocniejszy reflektor? Wskazania Kościoła nie określają liczby dozwolonych watów.
Może wcale nie pozycja twarzą w twarz pozwoli nam osiąg- nąć największą bliskość i rytm potrzebny, by dojść do orgazmu, ale właśnie pozycja, w której mężczyzna jest z tyłu. Niektórzy uważają, że jest ona poniżająca dla kobiety jako zbyt sugerująca poddanie się mężczyźnie i kojarząca się z kopulacją zwierząt. Można jednak równie dobrze powiedzieć, że tylko komuś, kogo darzymy ogromnym zaufaniem, pozwalamy zbliżyć się do siebie w taki sposób bez poczucia oporu. Karol Wojtyła w Miłości i odpowiedzialności sens istnienia wstydu upatrywał w potrzebie ukrycia wartości seksualnych, tak aby nie stać się przedmiotem użycia – aby zamiast tej tak przykuwającej uwagę sfery wyeksponować wartość swojej osoby. Jeśli mamy pewność, że postrzegani jesteśmy w całej swej głębi, że nie stanowimy tylko przedmiotu zaspokajania przyjemności – racja istnienia wstydu zostaje usunięta5. Zanikanie wstydu przy wspomnianej pozycji czy też przy zapalonym świetle świadczyłoby więc właśnie o bardzo silnej i pełnej zawierzenia więzi.
Poszukiwanie pozycji, która umożliwi osiągnięcie orgazmu, to niebagatelna kwestia. Choć przy tej właśnie okazji bodaj najsilniej może się ujawnić egoizm czy też symbioza dwóch egoizmów, to równie mocno może tu dochodzić do głosu troska o drugą osobę. Najbardziej zaskakującym fragmentem Miłości i odpowiedzialności jest ten, w którym przyszły papież podkreśla, że „należy wymagać, aby stosunek małżeński nie służył tylko doprowadzeniu do szczytowego momentu podniecenia seksualnego po jednej stronie, ale by odbywał się harmonijnie, nie kosztem drugiej strony, ale przy jej zaangażowaniu”6. Zaznacza też, że sytuacją idealną byłoby, gdyby ten moment wypadał u obojga jednocześnie. Mity o tym, że ludzie Kościoła są przeciwnikami przyjemności, którym słowo „orgazm” nie przechodzi przez usta, pryskają jak bańka mydlana.
Jeśli chodzi o praktykę – to jedno z najbardziej poruszających i więziotwórczych doświadczeń widzieć, jak mąż dba o opanowanie własnego podniecenia, tak abym miała czas na wypracowanie swojego rytmu prowadzącego do szczytu.
Pytanie bez odpowiedzi
Czas… no właśnie. „Nie mam czasu na seks, choć tak bardzo chciałabym mieć” – śpiewa Maria Peszek. Słuchając tej piosenki przed ślubem, miałam wrażenie, że mowa o sytuacji nierealnej, wyłącznie literackiej. Tu także bańka mydlana prysnęła – tym razem niestety. Nadmiar obowiązków i pośpiech sprawiają, że czasu i sił może zabraknąć nawet na tak upragnione działania. Kiedy je znajdę, od męża z kolei słyszę: Nie mam czasu na seks… To sytuacje wymagające od obu stron cierpliwości, ale też zmierzenia swoich wzajemnych potrzeb – która z nich będzie w danym wypadku ważniejsza: potrzeba wypoczynku czy bliskości? Nikt poza nami samymi tego nie rozstrzygnie. Kiedy oboje szukamy dobra drugiej strony, odwiedziny mediatora w kamizelce kuloodpornej nie są potrzebne. Podobnie jak notesik do zapisywania, kto więcej razy ustąpił.
Pozostaje wrócić do NPR i spraw z nimi związanych. Metody naturalne przyjęliśmy bez większych wahań (z początkową tylko obawą o regularność cyklu). Poznawanie kobiecego organizmu przez mężczyznę, jego uczestniczenie w ustalaniu fazy cyklu ma w sobie tyle piękna. Co jednak ze wspomnianą kwestią pettingu, nasuwającą się jako rozwiązanie na czas płodny (o ile akurat nie planujemy poczęcia)? Dlaczego Kościół tak bardzo naciska na zasadę, by wytrysk miał miejsce w pochwie? Nie znalazłam odpowiedzi dających się racjonalnie przekazać. Zgoda na tę zasadę to może bardziej stawanie w milczeniu wobec tajemnicy stworzenia. Skoro w tym czasie ciało daje możliwość uczestniczenia w czymś tak wielkim jak akt stwórczy, nie mogę go wykorzystywać do czegoś mniejszego. Jest w tym jakiś rodzaj ascezy. Jest też wyraz wolności i wyrwania się biologicznemu determinizmowi, który zawsze domagałby się zaspokojenia pożądania.
1 K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 2001, s. 152–153.
2 G. Popcak, Święty seks!, Kraków 2011, s. 201.
3 Por. tamże, s. 203; K. Knotz, Seks, jakiego nie znacie, Częstochowa 2009, s. 41.
4 F. Hadjadj, Kobieta i mężczyzna. O mistyce ciała, Poznań 2013, s. 95 i 99.
5 Por. K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, dz. cyt., s. 156–167.
6 Tamże, s. 243.
Oceń