Manneken Pis z Bombaju
fot. max van den oetelaar / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Spowiedź

0 votes
Wyczyść

Widziałam go tylko przez chwilę przez zabrudzoną szybę autobusu mijającego najuboższe z ubogich dzielnic. Był maleńki, nagi. Stał boso na zardzewiałej rurze kanalizacyjnej, na pewno rozgrzanej od palącego słońca. Na pewno cuchnącej, jak wszystkie stalowe rury biegnące ponad powierzchnią miasta, przepełnione odpadami ludzkiego życia, którego jest tu za dużo. Życie – skłębione, nieproszone, nielegalnie i nieodwołalnie zadomowione w mieście, które nim gardzi, a jednocześnie pozwala mu rozkwitać. Trwa na przekór ciasnocie, w dławiącym stłoczeniu. Namnaża się buńczucznie, wciąż odpychając granice niemożliwego. Triumfuje w otoczeniu ekstremalnie nieprzyjaznym, w katastrofie, którą ludzie sami na siebie sprowadzili. Nie obumiera, nie ulega zniechęceniu pomimo bezmiaru trudności.

Nagi chłopiec miał rok, może półtora. Ciemne, krótkie włosy i brązową, rozświetloną promieniami skórę. Siusiał wprost na pordzewiałą stal, niosącą ekskrementy na obrzeża tego olbrzymiego urbanistycznego tworu, który pochłania coraz odleglejsze tereny, zmieniając je w pokraczną przestrzeń – ani miasto, ani wieś. Część z tych rur biegnie donikąd, kończy się w polu albo w ujściu rzeki. Nieczystość przenika do gleby i powraca – niczym trujący duch – do miejskich kranów, z których ciurka woda o dławiącym, mdłym zapachu. Kranów, w przeciwieństwie do ludzi, jest tu wciąż za mało. Do ulicznych pomp i kursujących beczkowozów ustawiają się długie kolejki. Jeden kubeł do prania, drugi kubeł do gotowania. Na mycie nie zawsze starcza.

Siusiał bezwstydnie, z miną pozbawioną wyrazu. Przywiedziony koniecznością, przyzwyczajeniem, może instynktem. W samym środku jednego z wielkich slumsów. Otoczony zwałami śmieci: porwanych foliowych toreb, gruzu, szmat, prętów. Resztek, które nie nadają się do niczego – nawet do tego, żeby je pozbierać, wrzucić do jutowego wora i zanieść pół kilometra dalej, do jednej z lokalnych „manufaktur recyklingu”, które przetwarzają odpady. Utrzymują setki tysięcy ludzi, utrzymują miasto na krawędzi zapaści. Zapaści zawsze możliwej, a jednak co dzień unikanej.

Wokół rozciągały się sklecone z resztek – blaszanych, foliowych, drewnianych – domy. Byle jakie, ale uparte. Łatane, wzmacniane, niechcące się rozpaść. Brzydkie, nabrzmiałe życiem po brzegi. W jednym ciasnym domu po kilkoro, a czasem kilkanaścioro ludzi. Bez prawa do zajmowania tego skrawka ziemi, który wypełniają rozmowami, awanturami, telewizorami, wycinkami z gazet, garnkami i materacami, chorobami i śmiechem. Bez pewności, czy ich niedole i nadzieje nie zostaną jutro zrównane z ziemią przez buldożer, przepędzone bambusową pałką. Przegnane nieszczęścia nie odchodzą daleko – kilkaset metrów dalej osiadają znów. Za wiaduktem, przy kolejowym nasypie, pod murem nowego apartamentowca. Nie sposób odróżnić desperacji od determinacji, beznadziei od wiary, że przetrwanie pewnego dnia stanie się życiem. Nie sposób wskazać powodu, dla którego nie rezygnują z losu koczowników. Mówi się, że na wsi byłoby im jeszcze gorzej. Choć niepodobna sobie wyobrazić egzystencję trudniejszą niż ta: w sercu gigantycznego, niewydolnego miasta, które magnetyzuje obietnicami, a jednocześnie miażdży przybyszów. Redukuje ich do kasty „padlinożerców”, skazuje na samotność i samowystarczalność.

Życie na krawędzi katastrofy jest równocześnie balansowaniem na skraju nadziei. Bombaj nie jest miastem rozpaczy, w zatęchłym powietrzu czai się szansa. Tym samym ludziom, których spycha na dół społecznej hierarchii, szepcze zaklęcia o dostępności innego losu – czekającego na wyciągnięcie ręki. Tym samym, którym odmawia czystej wody, prądu, dostępu do toalet, wkłada do ręki telefony komórkowe i bilety autobusowe. Szanse, by przenieść się, choćby na chwilę, w inną rzeczywistość. Mobilność, prawdopodobieństwo ruchu wystarcza, by co godzinę indyjskie wsie opuszczało trzydzieścioro ludzi i wyruszało w drogę do bezlitosnego, upragnionego miasta. Nikt nie wie, co będzie dalej. Jak wiele miasto jeszcze wytrzyma. Czy nadejdzie jakiś koniec – choćby tragiczny – który stworzy szansę na nowe, inne istnienie. Hindusi nie wierzą w upływ czasu, wyznają jego trwanie, nawracanie, nieustającą egzystencję jednego bytu w wielości przeobrażających się form.

Widziałam go tylko przez chwilę, a jednak mam wrażenie, że był tam od zawsze. Że donikąd nie odejdzie. Że przyszłość ani przeszłość nie istnieją. Że teraźniejszość, mieszcząca w sobie nieprawdopodobne sprzeczności, obnażająca siłę i potworność życia, jest niemożliwa do przekroczenia. Nieskończona.

Manneken Pis z Bombaju
Paulina Wilk

urodzona 17 września 1980 r. w Warszawie – pisarka, dziennikarka, reportażystka i publicystka. Studiowała w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Wsp...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze