„Jupiter”, „Fronda”, „Teologia Polityczna”

„Jupiter”, „Fronda”, „Teologia Polityczna”

Wolfgang Amadeusz Mozart, JUPITER (Symfonie – nr 40 i 41, Idomeneo – finał), Les Musiciens du Louvre, Marc Minowski (dyr.)

Symfoniczni giganci

Skończył się Rok Mozartowski, zaczęła się codzienność. Najlepiej spędzać ją przy dźwiękach genialnej płyty Marka Minkowskiego i jego Les Musiciens du Louvre. Jednej z najlepszych, jaką wydano w 2006 roku.

Zaczyna się od Symfonii nr 40 gmoll (KV 550): od Molto allegro, które Minkowski prowadzi wartko, ściszonym głosem, powściągliwie – tym bardziej zatrzymując naszą uwagę, budząc ciekawość. Nie ma miejsca, które byłoby mniej ważne, nad którym nie trzeba się zastanowić i zatrzymać. I to cudowne prześwietlenie wszystkich barw (dęte!) i planów, bez wyjątku, ze zwróceniem szczególnej uwagi na przetworzenie. Andante zatrzymuje czas; jakby chciało tylko się bawić, cieszyć dźwiękiem, jakby nie było żadnego końca. Tylko błogość (znów dęte!), wieczne szczęście (chociaż…). Minkowski wie, że jest jeszcze Menuet (tutaj rwany, dziwnie niespokojny), a po nim Allegro assai (dzikie, nieutulone, kłujące).  ?Dalej słuchamy wyrwanego z kontekstu finałowego baletu z opery Idomeneo. Tutaj brzmiącego jak fantastyczne interludium – radosne, pędzące, unerwione, ukrwione, cudownie zmienne, słodkie, kuszące (żeby poznać całą operę; żeby poznać całego Mozarta; żeby słuchać już tylko Minkowskiego…). Być między dwoma symfonicznymi gigantami i nie zniknąć – to wielka zasługa interpretacji Minkowskiego.

Wreszcie Symfonia nr 41 Cdur Jowiszowa (KV 551). Wspaniałe dopełnienie. Dopiero teraz słychać (i widać), dlaczego francuski dyrygent wybrał taki układ utworów; dlaczego tak wstrzemięźliwie poprowadził Symfonię gmoll; dlaczego rozdzielił dwie ostatnie symfonie Mozarta operowym (lżejszym) baletem. A przecież żadnemu z tych trzech dzieł boskiego Amadeusza nic nie brakuje. Wprost przeciwnie: słuchane z osobna nabierają jeszcze większej siły, energii, prawdy. Wracając do Jowiszowej… Zadziwiające jest Andante cantabile – przecież znane, przewiercone niemal na wylot. Aż tu, nagle, Minkowski dokonuje cudu. Gra je tak, jakbyśmy nic o nim nie wiedzieli. Jakbyśmy musieli położyć uszy po sobie i… słuchać, tylko słuchać. Inaczej nie można. Inaczej nie warto. (TC)

Umęczone ciało, umęczona osoba

Dawniej człowiek był integralnie związany ze swym ciałem. Tatuaże, ścinanie włosów lub ich zapuszczanie czy wreszcie blizny po ranach stanowiły dowód przejścia obrzędów rytualnych, które potwierdzały osiągnięcie pewnego etapu rozwoju: pełnoletniego i świadomego członka społeczności, wojownika, męża, zakończenia okresu dojrzewania i stania się kobietą, mężczyzną. Znaki pokrywające ciało noszono z dumą i były one potwierdzeniem naturalnego rozwoju człowieka. Tak chciała tradycja.

Współczesny człowiek kształtuje ciało nie według tradycyjnych kanonów, gdyż takie już nie istnieją, a współczesna cywilizacja odwróciła się od widocznych oznak na ciele potwierdzających posiadane umiejętności. Jedynym kryterium zmian jest wolna wola jednostki. Są to zmiany wprawiające w osłupienie: piłowanie zębów, by przypominały zwierzęce, rozszczepianie języka, by przypominał gadzi, wszywanie w ciało drogocennych kamieni. Zaczęto traktować ciało jako coś obcego, oddzielnego od osoby, co można kształtować według własnych wyobrażeń. Transhumanizm postuluje połączenie ciała ludzkiego ze współczesnymi zdobyczami technologii i stworzenie nadczłowieka. Charakteryzować go będzie m.in. powiększenie ciała przez implanty, aseksualne rozmnażanie, tożsamość, która rozdziela się na wiele istot.

Niezwykle ciekawy jest artykuł psychiatry Paula McHugha, który zajmował się osobami pragnącymi zmienić płeć. Jego badania ujawniły, że osoby po operacyjnej zmianie płci w dalszym ciągu nie są szczęśliwe, wręcz przeciwnie, cierpią na depresję, zaburzenia psychiczne, prowadzą nieuporządkowane życie erotyczne (brak stałych więzi, nieustanne poszukiwanie czegoś/kogoś nowego), samobójstwa. McHugh stawia prowokujące pytanie: dlaczego osobom chcącym zmienić tożsamość płciową idzie się na rękę, spełniając ich życzenie, zamiast wspomagać je w dalszej pracy nad sobą w taki sposób, jak robią to towarzyszący alkoholikom psychiatrzy zgodnie z zasadą: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co zmienić mogę, mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”? „My, psychiatrzy – pisze dalej McHugh – osiągniemy lepsze wyniki, jeśli skoncentrujemy się na leczeniu umysłów, a nie genitaliów”.

Podczas lektury „Frondy” nie mogłem się oprzeć dwóm myślom. Pierwsza to ta, że dualistyczne traktowanie ciała, tak charakterystyczne dla starożytności i średniowiecza, wciąż ma się dobrze. Druga to ta, że pojęcie osoby, powstałe w teologii chrześcijańskiej, oraz stwierdzenie Akwinaty, iż człowiek to jedność ciała i duszy, wciąż brzmi zbyt rewolucyjnie. (MC)

Bezkrólewie. Rok pierwszy

Żyjemy w krainie liliputów – biją na alarm redaktorzy i autorzy nowego numeru „Teologii Politycznej”. Odszedł Jan Paweł II, a my pozostaliśmy dalej oszołomieni, zbyt mali, aby zgłębiać przesłanie Papieża. Czekamy na mądre książki, czekamy na kogoś innego, kto zabierze głos, podczas gdy to my, jego rodacy, możemy bardziej zrozumieć pisma papieskie, sposób myślenia i odczuwania właśnie przez wzgląd na wspólną historię i kulturę. Czas odejść od kserokopiarki – nawołują autorzy rocznika filozoficznego. Polacy przestali być obecni w badaniach nad myślą Jana Pawła II, za to chętnie powtarzają cudze myśli, nieraz bezkrytycznie. Nikt nie czeka na kolejne odkrycia w interpretacjach Szekspira, Dostojewskiego. Świat czeka na tych, których zafascynuje myśl Jana Pawła II.

Żyjemy w epoce bezkrólewia. Papież był dla nas kimś więcej niż ponadpolitycznym przywódcą religijnym. Skupiał wokół siebie wszystkich Polaków już chociażby w ten sposób, że mimowolnie czuliśmy się jemu podporządkowani. Mieliśmy jego, on miał nas. Stało się to bardziej widoczne po jego śmierci. Społeczeństwo dało wyraz niechęci i zniecierpliwieniu wobec rządzących polityków, hierarchowie Kościoła także nie potrafili się odnaleźć. Naród wskazał jednoznacznie, kogo uważał za swego przywódcę. Relację między Janem Pawłem II a Polakami coraz częściej określa się jako monarchię. Zauważano to już wcześniej, lecz dyskusji nikt nie podejmował. Czesław Miłosz w 1988 roku stwierdził: „Na dnie swojej nędzy Polska dostała króla, i to takiego, o jakim śniła, z piastowskiego szczepu, sędziego pod jabłoniami, nieuwikłanego w skrzeczącą rzeczywistość polityki”. Niemal dziesięć lat później Dariusz Karłowicz pisał: „W rzeczywistym (…) porządku naszej wspólnoty politycznej Papież uosabia i reprezentuje autorytet właściwy pierwiastkowi monarchicznemu (…). Jako Król Polski Jan Paweł II pełni funkcję Wielkiego Ogrodnika Pamięci Aksjologicznej”. Teraz, dopiero teraz, zaczynamy rozumieć te słowa.

Rocznik został podzielony na kilka części: Śmierć króla, Papież i polityka, Filozofia i teologia. Sporo miejsca poświęcono wystąpieniu Jana Pawła II w polskim parlamencie 11 czerwca 1999 roku, które autorzy potraktowali jako rzeczywistą preambułę polskiej konstytucji. Czytam te artykuły i jestem pełen podziwu dla ich autorów ze względu na wnikliwość, szczerość, odsłaniającą się przed naszymi oczyma wizyjność przesłania Jana Pawła II. Musiało minąć tyle czasu, żebyśmy zaczęli powoli coś z tego rozumieć, ledwo się zbliżać?

„Jupiter”, „Fronda”, „Teologia Polityczna”
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....