Nie z obowiązku

Nie z obowiązku

Pocieszałem się nadzieją, że zdołam wzbudzić w moich dzieciach przynajmniej taką myśl: jeśli ojciec mówi o tym, w co wierzy, to chyba wierzy w to, co mówi. To by już nie było źle.

Nie istnieje chyba żadna niezawodna metoda przekazu wiary z ojca na dzieci. Może jednak niektórzy dorobili się w miarę uporządkowanego i przemyślanego zbioru zasad czy sposobów postępowania, który akurat w ich przypadku, czy raczej w przypadku ich dzieci, okazał się skuteczny. Nie mogę się podzielić niczym takim – kierowałem się tylko bardzo ogólnymi przekonaniami, po części intuicyjnymi tylko. I nie wiem jeszcze, w jakiej mierze byłem skuteczny. Zresztą chyba za wcześnie na bilanse. Co prawda, moje dzieci są już dorosłe, ale cała trójka dopiero układa sobie życie, w tym także swoje życie z Panem Bogiem, i każde nieco inaczej. A i ja nie powinienem chyba uznawać swej roli za skończoną. Pewnie już mi się nie uda wiele zmienić na lepsze, jeśli nie udało się do tej pory. Muszę jednak ciągle uważać, żeby czegoś nie popsuć, bo to się zawsze zdąży.

Więc zamiast bilansu czy recept – tylko parę myśli.

Wiara bierze się ze słuchania

Zdaje się, że popularny wciąż slogan „czyny, nie słowa” jest poręcznym alibi dla facetów, którzy nie umieją mówić o wierze. Twierdzą, że najważniejsze to dawać przykład, ale mówić o własnej wierze się boją albo wstydzą jeszcze bardziej niż o „tych sprawach”. Tyle że w tej drugiej sferze można mieć pewność, że jeśli nie tatuś, to zawsze ktoś inny opowie i objaśni. A o Panu Bogu najwyżej ksiądz na religii. Jednak ksiądz na lekcji może nauczyć religii właśnie, z wiarą gorzej. Tak jak z nauką obcego języka – na kursie można dojść do wprawy w odrabianiu ćwiczeń z gramatyki, ale jeśli tym językiem nie mówi się w domu, pozostanie obcy.

Trzeba więc mówić. Może miałem łatwiej przez to, że przez całe dzieciństwo naszych dzieci mieszkaliśmy w obcym kraju. Z różnych względów nie posyłaliśmy ich na religię do parafii, więc nie było na kogo spychać. Do pierwszej komunii przygotowywaliśmy je w domu – najpierw sami, później też przy pomocy zaprzyjaźnionych księży. Pamiętam (czy one też?), że w ramach wstępnego kursu przerabiałem z nimi dekalog. To nie było łatwe. Nie tylko ze względu na szyderczą inteligencję mojego syna czy na skłonność starszej córki do śmiechu napadowego, ale właśnie na trud ubierania w słowa tego, jak sam rozumiem przykazania. I odpowiadania na pytania, zdolne zdemontować najsprytniejsze konstrukcje myślowe, nawet ściągnięte żywcem z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Pocieszałem się nadzieją, że zdołam wzbudzić w moich dzieciach przynajmniej taką myśl: jeśli ojciec mówi o tym, w co wierzy, to chyba wierzy w to, co mówi. To by już nie było źle.

Duże i różowe

Inna rzecz, jak mówić. Jakiego języka wiary uczyć. Tradycyjne opcje, które pozostawiło nam nasze własne wychowanie, są marne: katechizmowe formułki mnemotechniczne, wymyślone chyba jeszcze dla niepiśmiennych, etyka pod postacią kodeksu karnego, język zdziecinniały i przez to właśnie niezrozumiały dla dzieci – to wszystko jest niezawodny patent na ateizację.

Córka, może ośmioletnia wówczas, poprosiła mnie o pomoc w odrobieniu szkolnego zadania: opisz swoje doświadczenie religijne. Spytałem, czy widziała kiedyś coś takiego. Owszem, w kościele. I jakie było – duże czy małe? Duże. Jakiego koloru? Różowe. Duże i różowe doświadczenie religijne mojej córki upewniło mnie w przekonaniu, że tym językiem się nie dogadamy. W poszukiwaniu właściwszego kierowałem się zarozumiałą intuicją, że skoro dzieje objawienia to opis Bożej metody wychowywania ludzi do wiary, to i ja mogę z powodzeniem zastosować tę metodę wobec moich dzieci (toute proportion gardée oczywiście). W sensie: czytać im Biblię na dobranoc. Nie od razu tysiąclatkę z przypisami, ale opowiadania historii biblijnych przełożone na język wolny od „niewiast” i „albowiem”. Same fabuły, bez tłumaczenia, jaki z nich płynie morał. Pewnie nieprzypadkowo książka z takimi opowiadaniami, które czytałem przed snem moim dzieciom, była wydana przez protestantów. Oni chyba wiedzą lepiej, że wiara bierze się ze słuchania, jeśli „tym, czego się słucha, jest słowo Boże”. Wiara moich dzieci (całkiem katolicka zresztą) bierze się, myślę, w dużej mierze z tych wspólnych wieczornych lektur.

Kryptopromocja

Inny język, który zawsze wydawał mi się nieprzydatny czy wręcz szkodliwy w rozmowach z dziećmi o wierze, to tradycyjny język zakazów i nakazów, najczęściej arbitralnych, niedomagających się zrozumienia, tylko posłuszeństwa ze strachu przed karą. Wspólnymi siłami próbowaliśmy je przekładać na język „drogowskazów” – żeby nie mówić o tym, co musisz i czego nie wolno, ale co warto robić. Żeby nie mówić o Bogu buchalterze, który „za dobre wynagradza, a za złe karze”, ale o Bogu – dobrym ojcu, który chce, żebyśmy byli szczęśliwi, i wie, którędy droga (przy okazji kryptopromocja figury ojca – polecam).

Z tym wiąże się oczywiście ryzyko. Odkryłem, jak trudno jest mówić takim językiem, kiedy mój własny syn zaczął testować, czy jestem równie liberalny jak Pan Bóg z moich pogadanek. Myślę, że właśnie konieczność sprostania temu testowi uchroniła mnie od tyrańskich odruchów, które mogłyby tylko utrwalić nastoletni kryzys wiary. Nie twierdzę, że dzięki temu mój syn powrócił nieomylnie na drogę cnót teologalnych, ale przynajmniej wiara pozostała dla niego opcją, którą wciąż może wybrać.

Ksiądz wierzący

Skoro już mowa o kryzysach – zdaje się, że jednym z częstych pretekstów, a może rzeczywistych powodów kryzysu wiary u młodocianych jest instytucja Kościoła – jego zewnętrzność, ten pozór skostniałego establishmentu, który młodych odstręcza i stanowi wdzięczny obiekt kontestacji. Myślę, że dla moich dzieci skutecznym antidotum na to były nasze liczne przyjaźnie z księżmi i zakonnikami – były świadectwem, że ksiądz to niekoniecznie frustrat i nieudacznik albo karierowicz, a Kościół to nie struktura władzy i diler opium dla ludu. Po niezliczonych kolacjach w towarzystwie wujków w koloratkach (które zresztą najczęściej zostawiali w korytarzu), ktoś, kto by powiedział coś takiego u nas przy stole, naraziłby się tylko na zasłużone szyderstwa całej rodziny. Ci wujkowie byli zarazem dla moich dzieci katechetami, spowiednikami, powiernikami, z czasem przyjaciółmi. Jestem wdzięczny im wszystkim, nawet tym, którzy odeszli od kapłaństwa, za przekonanie moich dzieci, że czasem ksiądz jest naprawdę wierzący. I że nie przeszkadza mu to być szczęśliwym i spełnionym, a może nawet pomaga. A to jest najważniejszy powód, dla którego próbowałem moim dzieciom przekazać wiarę – nie z poczucia misji czy obowiązku, ale po to, żeby dzięki wierze były szczęśliwe i spełnione, tak jak ja jestem. O tym też im mówiłem.

Nie z obowiązku
W.U.

urodzony w 1959 r. – od 25 lat żonaty, ma troje dzieci (syn 24 lata, córki: 23 lata i 20 lat), z wykształcenia anglista, w latach 80. redaktor Wydawnictwa W drodze, wraz z rodziną spędził 16 lat w Rzymie....