Bez

Bez

W ewangelicznych opisach przyjścia na świat Jezusa nie ma słowa o tym, czy Chrystus człowiek, rodząc się, krzyczał; czy Maryja matka uspokajała go śpiewem…

Wiemy tylko, że „powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie” (Łk 2,7-8). Możemy się też domyślać, jak brzmiała wówczas musica mundana („I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: »Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał«”, Łk 2,12).

Jeszcze w Księdze Mądrości czytamy: „I ja jestem człowiekiem śmiertelnym, podobnym do wszystkich (…). W łonie matki zostałem ukształtowany jako ciało (…). I ja, gdy się urodziłem, wspólnym odetchnąłem powietrzem i wypadłem na ziemię, co podobnie cierpi, tak samo [wydając z] płaczem pierwszy głos podobny do wszystkich, w powijakach i wśród trosk mnie wychowano” (Mdr 7,1–7). Jeśli ten fragment, jak wiele innych ze Starego Testamentu, odczytamy jako zapowiedź Dobrej Nowiny, to Jezus, rodząc się, płakał. Jak inni.

Życie bez Bożego Narodzenia gruzińskiego kompozytora Giji Kanczelego nie jest podobne do niczego innego pisanego z myślą o tym świętym czasie. Kompozycja powstawała w latach 1990–1994. Składa się z czterech modlitw: porannych, dziennych, wieczornych i nocnych. Każda z nich trwa ponad dwadzieścia minut.

Kompozytor o swym utworze tak opowiadał krakowskiemu muzykologowi Krzysztofowi Drobie: „Boże Narodzenie to wielka radość. Ta radość się zbliża, następuje, przechodzi, a potem człowiek znów na nią czeka, znów się do niej przygotowuje. W XX wieku świat na nieszczęście został podzielony i tej radości związanej z Bożym Narodzeniem, z wiarą w Boga, pozbawiono ludzi na jednej szóstej planety. Urodziłem się w 1935 roku, więc całe świadome życie wiodłem w świecie bez Bożego Narodzenia, bez tej wielkiej radości” (Duchowość Europy Środkowej i Wschodniej w muzyce końca XX wieku, Kraków 2004).

Może dlatego Życie bez Bożego Narodzenia ma tak wielką siłę rażenia. Jest głęboko smutne, nieutulone, dojmujące, boleściwe; agresywne, intensywne, niespokojne, pełne kontrastów. Bliskie muzyce Arvo Pärta, Alfreda Schnittkego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Johna Tavenera, Sofii Gubaiduliny czy Galiny Ustwolskiej. Jest jednocześnie tak mocno zanurzone w idiomie samego Kanczelego. W muzyce pisanej na długim oddechu, rozległej, powtarzalnej (ale nigdy nudnej!), napiętej, wizyjnej, rozdartej, która mimo wszystko „próbuje opiewać okaleczony świat”.

Modlitwy poranne (na orkiestrę kameralną i taśmę, 1990) Kanczeli zadedykował Robertowi Sturui, reżyserowi teatralnemu, z którym zrealizował kilkanaście spektakli, głównie w Tbilisi. Początek jest spokojny, kontemplacyjny, ewokuje eufoniczne brzmienia, pełne harmonii i blasku.

Gdzieś wybija się suplikacyjna melodia (przywołująca nasze „Święty Boże, Święty mocny”), pojawia się coraz więcej przybrudzonych harmonii, niepokojącego rytmu. Natarcie fortepianu chce całkowicie przekreślić spokój. Kanczeli rozpina te modlitwy między ładem a chaosem, eufonią a kakofonią, wiarą a zwątpieniem, modlitwą a przekleństwem. Poranek przecież zawiera w sobie ciemność nocy i brzask dnia, strach i nadzieję, głuchotę śmierci i radość…

Modlitwy dzienne (na sopran, klarnet i orkiestrę kameralną, 1990 rok), dedykowane klarneciście Eduardowi Brunnerowi, otwiera uderzenie fortepianu. Głuche, jękliwe. Przez nie przebija się zaśpiew klarnetu – jak tafla wody, nieruchoma, pełna sensu.

Kanczeli nie byłby sobą, gdyby ofiarował nam tylko przyjemności. Muzyka gęstnieje, ciemnieje (chorały dętych jak echo zagubionego gdzieś żałobnego marsza), intensywnieje. Wreszcie wybucha z całą siłą piekielnej (puzony!) kadencji. Nagle słychać grecki taniec syrtaki (fortepian), który chyba przyplątał się tu z zepsutej pozytywki. I jeszcze jeden wybuch, a po nim wyciszenie. Kanczeli fantastycznie konstruuje dramaturgię Życia utkaną z nieprzystających do siebie kawałków, polifonicznie porwaną. Jeszcze jedno spiętrzenie – tym razem jak z Szostakowicza (groteskowe, scherzowe, marszowe). Nie ma kościołów, jest cyrk. Proszę państwa, Bóg umarł… Proszę państwa, człowiek umarł… I tak w kółko. Do utraty świadomości. Do ciszy modlitwy (kiedy sopran zaczyna prośbę „Deus meus”, czuje się tylko pustkę tamtych niedobrych czasów…).

Modlitwy wieczorne (na osiem głosów altowych i orkiestrę kameralną, 1991 rok) zostały dedykowane wielkiemu rosyjskiemu kompozytorowi Alfredowi Schnittke. Otwarcie budują małe stojące gesty. Jak wieczność. Melodia altowa wznosi się wolno, stopniowo, naturalnie. Domine, Domine… / Panie, Panie… Jak prośba, błaganie, lament.

Motyw powtarza się, wędruje, jakby przepływał od brzegu do brzegu. Nieruchomy nurt kilkakrotnie łamie kilkunutowe spiętrzenie; jak uderzenie fali, która jednak nie odmienia ruchu. Wciąż niewiele gestów, jeden zatrzymany temat, niewiele nut. Jakże dramatycznie pięknych, nasyconych, cierpliwych. I to ciągłe podsycanie niepokoju. Gaśnie dzień, noc jest czarna, głucha, niebezpieczna… Dobrze, że głosy (i fortepian) pozostają po jasnej stronie świata.

Modlitwy nocne istnieją w dwóch wersjach. Pierwsza (na kwartet smyczkowy i taśmę), dedykowana Kronos Quartet, powstała w 1992 roku; druga (na saksofon sopranowy, orkiestrę smyczkową i taśmę), pisana dla wybitnego saksofonisty Jana Garbarka – dwa lata później.

Pierwsza jest taśma – mająca obudzić poczucie zagrożenia, lęku. Jeśli gra saksofon, to właśnie teraz. Kanczeli pisze te nuty tak, jakby znał Garbarka na przestrzał. Znał jego ulubione zwroty, motywy, sformułowania. Jeśli gra tylko kwartet, możemy stracić panowanie, bo mroczniej być już nie może. Smyczki tną powietrze z regularnością zimnego mechanizmu.

Całość trwa dwadzieścia pięć minut, ale teraz czas już nie ma znaczenia. Zwłaszcza jeśli słuchamy Życia bez Bożego Narodzenia w całości. Wtedy od dłuższego już czasu unosimy się wysoko ponad ziemią. Wbrew tym, którzy projektowali świat, w którym przyszło żyć nie tylko Kanczelemu. W którym nie ma miejsca dla Bożych narodzin, Paschy…

W Polsce cały cykl został wykonany podczas festiwalu Warszawska Jesień w 1995 roku oraz podczas Festiwalu Dialogu Czterech Kultur w Łodzi w 2004 roku. Był początek września, kilka dni po tragedii w Biesłanie; łódzki koncert został poświęcony pamięci ofiar tamtego zamachu terrorystycznego. Bo kiedy umierają dzieci, można albo grać Kanczelego, albo milczeć.

„Muzyka – mówił gruziński kompozytor Krzysztofowi Drobie – dla mnie jest ciszą, idealną ciszą, w czasie której coś się wydarza, dzieje. Tak sobie myślę, że człowiek, rodząc się, wpada w świat muzyki i przez całe życie ta muzyka mu brzmi, dźwięczy. Niektórzy przejdą przez życie i nie usłyszą tej swojej muzyki, inni będą ją stale słyszeli”.

Przypomniał mi się jeszcze wiersz Tadeusza Różewicza bez (z tomu Płaskorzeźba, 1991). Zwłaszcza jeden fragment.

życie bez boga jest możliwe życie bez boga jest niemożliwe.

Napięcie emocjonalne tego wzajemnie wykluczającego się dwuwersu jest równie niewyobrażalne jak Życie bez Bożego Narodzenia Giji Kanczelego. Jak życie bez Bożego Narodzenia w ogóle.

Bez
Tomasz Cyz

urodzony w 1977 r. w Tarnowie) – polski publicysta literacki i muzyczny, eseista, współpracownik „Zeszytów Literackich” i „Didaskaliów”. Był dramaturgiem Teatru Wielkiego Opery Narodowej za kadencji Mariusza Trelińskiego....